Edyta Szulczyńska od 13 lat pracuje w zawodzie. Jest opiekunką domową. Odwiedza seniorów i osoby niepełnosprawne w ich domach i wykonuje usługi opiekuńczo-pielęgnacyjne. Obecnie opiekuje się piątką pacjentów, w tym chorym na schizofrenię sześćdziesięciolatkiem.
Z zupełnego przypadku. Straciłam poprzednie miejsce pracy. Przechodziłam obok agencji opiekunek i postanowiłam wejść i zapytać. Miałam szczęście. Akurat jedna z opiekunek, młoda dziewczyna, wyszła za mąż, zmieniła miejsce zamieszkania, a ja przejęłam jej pacjentów i środowisko pracy. Od tego się zaczęło i tak zostało. Praca z ludźmi daje mi satysfakcję, poza tym zawsze chciałam pomagać i realizuję się w tym zawodzie.
Reklama
To zależy od indywidualnych potrzeb pacjenta. Pracujemy na godziny i u każdego chorego ta godzina wygląda inaczej. U jednego pacjenta wykonuję tylko poranną toaletę i idziemy na spacer. Inny pacjent wymaga opieki kompleksowej, tj. toaleta, ubranie, pościelenie łóżka, przygotowanie posiłku, nakarmienie, przesadzanie itd. Opieka odbywa się praktycznie cały dzień, w porach porannych, obiadowych i wieczornych. Trzy razy dziennie chodzimy tylko do pacjentów bardzo ciężko chorych. Czasami idziemy do chorego tylko na godzinkę. Trzynaście lat temu, gdy zaczęłam tę pracę, dostałam pod opiekę panią Halinkę z depresją. To była moja weteranka. Przez te dwanaście lat, czyli od samego początku była moją podopieczną, zmarła niedawno.
Najczęściej są to zaburzenia otępienne, związane z wiekiem, choroba Alzheimera. Kilka lat chodziłam np. do pani Zosi. Była samotna, cierpiała na demencję i mieszkała w starym domu, który już zburzono. Któregoś razu wyszła z mieszkania w koszuli nocnej i spacerowała po oblodzonym chodniku. Zwykle opieka odbywa się według rozpiski, ale zdarzają się takie nietypowe sytuacje. Druga pod względem częstotliwości przypadłość to choroby psychiczne. Nie mówi się o tym, ale problemy natury psychicznej, od przewlekłej depresji po schizofrenię, przytrafiają się coraz częściej. Poza tym mamy pacjentów po udarach, z porażeniem mózgowym. Oprócz seniorów opiekujemy się też dziećmi i ludźmi w średnim wieku.
Reklama
Dostajemy zalecenia lekarskie i dyspozycje z harmonogramem pracy od szefowej, która w porozumieniu z pracownikami socjalnymi określa, jakie zadania należy u danego pacjenta zrealizować. Są to zakresy czynności, np. podać leki, wykonać toaletę ciała, nakarmić, wyjść na spacer itd. Trudne sytuacje życiowe i chorych do opieki zgłasza się w MOPS-ie. Był przypadek pacjenta, który nie pozwalał na pomoc z zewnątrz. W końcu o sytuacji opiekę społeczną poinformował… ksiądz. Nie rodzina, nie najbliżsi sąsiedzi, ale ksiądz. Takie są procedury. Potem jest już nasza praca. U wszystkich pacjentów staramy się dawać z siebie wszystko. Oczywiście pracujemy w różnych domach. Niektórzy chorzy pochodzą z zamożnych rodzin i ich dzieci dbają o to, by mieli w mieszkaniu wszystkie udogodnienia od szpitalnego łóżka, po wózki inwalidzkie czy nakładki na sedes z poręczami w łazience. Inni nie mają praktycznie nic i leżą na starym, kilkudziesięcioletnim tapczanie, choć mają odleżyny.
Od rana do wieczora z przerwami. Mam pod swoją opieką piątkę dorosłych podopiecznych od 30 do 86 lat, trzy kobiety i dwóch mężczyzn.
Reklama
Nie miałam wielu trudnych pacjentów. Do każdego można dotrzeć, chociaż czasami trwa to dość długo. Miałam wśród podopiecznych osiemdziesięcioletniego pana, który był strasznym nerwusem i tyranem. Był nieprzyjemny w obyciu, chociaż bardzo słaby, nie wstawał z łóżka i miał niewydolność nerek. Buntował się, krzyczał, kazał mi kiedyś wyjść za drzwi. Nie zrobiłam tego. Nie traktuję takich zachowań personalnie. Staram się przywyknąć do pacjenta i jego odmiennych stanów. Nie poddaję się i nie zmieniam pacjentów po pierwszej zwadzie, choć w trudnych przypadkach można zrezygnować z pracy z daną osobą i iść do innego domu. Według mnie nawet oporny podopieczny z czasem ustępuje. Temu nerwowemu panu serce zmiękło, gdy przyniosłam mu na święta małą choinkę. Na początku nie było reakcji, nie pochwalił, nie zganił, ale na drugi dzień przyznał, że te lampki pięknie świecą. Był samotny, nie miał żony, dzieci. Trzeba po prostu znaleźć sposób na pacjenta. Upór tego mężczyzny objawił się też pod koniec życia. Ciężko chory powinien trafić do szpitala, ale nie wyraził zgody. Powiedziałam mu: Pan umrze, jeśli nie pójdzie do szpitala, a on na to: To co? Najwyżej zamknę oczy, ale chcę być w domu. Faktycznie niedługo po tym zmarł w swoim łóżku w samotności. Gdy do niego przyszłam już nie żył.
Spora część naszych pacjentów jest samotna, ale zwykle ludzie ci mają jakąś bliższą lub dalszą rodzinę. Rodziny są dość silne i zwykle pomocne. Zdarza się, że ja przychodzę rano, potem jedna córka, później druga i osoba chora ma zapewnioną opiekę niemal non stop. Opiekunki starają się włączać rodziny pacjentów do opieki. Jeśli coś jest potrzebne, coś się dzieje, dzwonię do najbliższych chorego. Są też takie rodziny, które uważają, że KUPIŁY opiekę. „Zapłaciliśmy to wymagamy…”. A to nie tak. My jesteśmy od pomagania rodzinie, a nie na odwrót. Nie mamy wyręczać od obowiązków rodzinnych, na które dorosłe dzieci naszych pacjentów nie mają ochoty. Czasami, gdy rodzina jest niedomyślna, sama przypominam o ich roli i nalegam, by angażowali się w pomoc. Świadomość rodzin jest bardzo mała, gdy nie zajmują się opieką na co dzień. Nie przypuszczają nawet, jakie wybiegi stosują czasem pacjenci, ale skoro powierzyli nam swoich krewnych powinni nam ZAUFAĆ. Nikogo nie krzywdzimy.
Reklama
Miałam pod swoimi skrzydłami wspaniałe małżeństwo z chorym na schizofrenię synem. Ona była po udarach, on miał problemy ze stawami kolanowymi. Wpierw pani była na chodzie, ale potem przeszła kilka udarów. Oboje stali się pacjentami leżącymi. Byłam przy śmierci obojga małżonków. Jedno zmarło rok po drugim. To byli cudowi ludzie. Ciężko chora kobieta opiekowała się swoim chorym mężem. Byli bardzo wyrozumiali i życzliwi. Pamiętam, jak przyszłam do nich któregoś razu z bólem głowy. Wiedzieli, że źle się czuje, senior podniósł się nieco z łóżka, mówiąc: Trzeba było nie przychodzić. Dalibyśmy radę. Choć to ja miałam się nimi opiekować, oni troszczyli się o mnie. Senior zmarł w swoim łóżku. Karmiłam ich na dwie ręce, gdy nagle mężczyzna osunął się z wezgłowia. Szeroko otworzył oczy, złapał ostatni oddech i zmarł. Kobieta też umarła w domu. Miała duże skoki ciśnienia, mierzyłam kilka razy dziennie, któregoś dnia na aparacie zabrakło skali. Wezwałam pogotowie. Przyjechali szybko. Podłączyli EKG, linia podniosła się jeszcze dwa razy i serce stanęło. Seniorka spojrzała na mnie i swojego syna i tak z odwróconą do nas głową została. Rozpłakałam się, a trzeba było natychmiast się pozbierać i iść do kolejnego pacjenta. Ta kobieta do dziś mi się śni. Zresztą jej mąż zaraz po śmierci też mi się przyśnił. Był spowity ciemnością i pytał, gdzie moja „Lalka” - tak mówił na żonę. Nie wiedział, gdzie jest, a bardzo chciał do niej wrócić. Gdy zmarło drugie z małżonków przyśnili mi się razem. Siedzieli przy ławie tak jak pierwszego dnia, gdy się u nich pojawiłam. Seniorzy podjęli mnie wtedy kawą, pani wyszukała dla mnie ekskluzywną filiżankę, nie przyjmowała odmowy. Zasiedliśmy razem do stołu i tak zaczęła się nasza współpraca. W moim śnie staruszkowie też pili kawę. Byli szczęśliwi. Miłość po grób, a nawet dalej.
Ciągłe przemieszczanie i brak czasu. Pracujemy na godziny. Przykładowo mam pacjenta, który źle się czuje, ale muszę go zostawić i biec do następnego, bo tamten już czeka. Gdybym wiedziała, że zaraz ktoś zajrzy do tego człowieka, miałabym komfort psychiczny, odchodziłabym spokojna, ale wielu chorych to ludzie samotni, nikt ich nie odwiedza, nikogo nie mają. Gdy pacjent umrze jest jeszcze gorzej. Muszę przekazać lekarzowi potrzebne informacje, muszę być logiczna i rzeczowa, ale jak to zrobić, gdy w środku płaczę? A zaraz sprint do kolejnego pacjenta. Można się nauczyć ukrywać swoje emocje, ale zakładanie masek jest trudne. Pacjenci też wyczuwają fałsz. Niekiedy muszę się uśmiechać, gdy nie mam na to ochoty, bo wracam od męczącego lub umierającego pacjenta. To bardzo obciążające psychicznie.
Reklama
Zależy od osoby. Niektórzy żyją świadomie i przygotowują się na ten moment. Inni żyją z dnia na dzień, nie myśląc o tym, co będzie jutro. Wielu seniorów jest aktywnych do końca, walczą o siebie, ale sporo ludzi odrzuca takie myśli. To czy są przygotowani na starość, czy też nie, zależy od ich stylu życia. Niektórzy łatwo wchodzą w starość i dobrze się z nimi pracuje. Inni wręcz przeciwnie. Wyolbrzymiają się ich wady, np. złośliwość, upór, niecierpliwość, skąpstwo. Tacy zupełnie nie akceptują swojej starości, a w chorobie stają się jeszcze bardziej uciążliwi. Kultura życia i kultura osobista pacjenta odbija się potem w jego zachowaniach względem rodziny i opiekunek.
Wspaniałych, wyrozumiałych pacjentów oraz cierpliwości. Dobra opiekunka musi być dobrym negocjatorem. Nie powinna podnosić głosu, krzyczeć czy wymuszać czegoś. Pacjenci są pamiętliwi, wypomną to kiedyś. Wystarczy użyć właściwych argumentów. Miałam kiedyś pacjenta z cukrzycą, z którym miałam chodzić na spacery. Pan za żadne skarby nie chciał wyjść. Potem wydzwaniał do mnie jego syn. Pacjent przeinaczył fakty i powiedział synowi, że jestem leniwa i nie chciało mi się iść na spacer, bo wolałam siedzieć z nim i oglądać telewizję. Zrobił to świadomie, wiedział, że synowi zależy na rehabilitacji i będzie dochodził, kto zawinił. Było mi przykro, ale na takie akcje trzeba się uodpornić.
Reklama
Rozmawiała Małgorzata Modrak[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
D**a do d**y nie podobna bo tamta jest nazisty oprawcy to ten sam naród tylko teraz nazywają się inaczej.
Dla Twojej wiadomości wykształciłam się sama i nie jestem dzieckiem więc wybacz ale jesteś w dużym błędzie... Moi rodzice nigdy nie pracowali na państwowych posadach ale Ty zapewne jesteś kolejnym sfrustrowanym Polaczkiem, któremu pozostało zganiać wszystko na rządy.
Dziewczyny, a raczej kobiety pracujące u Pani Grochowski, to wieloletnie, oddane chorym pracownice. Powierzyłabym im swoją mamę, gdybym miała taką potrzebě.
Jaka w Złotowie jest opieka paliatywna i facet, który nią zarządza - to kpina! I nikt z dyrekcji nie zrobił nic od dawna!, żeby cokolwiek zmienić, to prawdziwa porażka tych ludzi i niestety pacjentów.
A nikt nikogo nie zmusza do pracy za granicą. A może za tę samą pracę wolą zarobić więcej kasy. A d--a do d--y podobna.
Ludzie!!! Co ma polityka do podcierania tyłka. Ustroje się zmieniają, rządy też, a problem z tym podcieraniem jest stary jak świat i ktoś to robić musi. W sumie nie dziwię się, że akurat za tych rządów toczy się na ten temat dyskusja. Jakie rządy taki temat. Miłego weekendu.
Brak wyboru to był za rządów PO ty go może nie pamiętasz bo może jesteś dzieckiem rodziców co pracowali na państwówce lub coś w tym stylu i nie wiesz jak robotnicy chodzili do urzędów pracy i nie mieli nawet czego się chwycić. Dzieci ludzi bądź ludzie którzy dobrze zarabiali za PO będą narzekać na szczęście oni są w znacznej mniejszości a to przekłada się na poparcie procentowe partii politycznych.Na pewno robisz jakieś studia albo jesteś po za pieniążki rodziców dlatego twoje myslenie jest ograniczone.
Tak ale niech to niemiec niemcowi podciera tyłek. A oni są tacy bogaci ze polaków zatrudniają bo sami mają lekką i lepiej płatną prace.
Jest Agencja Usług Opiekuńczo-Pielęgniarskich przy ul. Moniuszki w Złotowie. Świadczone są usługi w zakresie opieki nad osobami starszymi, chorymi, niepełnosprawnymi.
Niezależnie od tego jaki rząd będzie przy władzy przyjdzie czas, że i ty będziedz potrzebować "podcieracza". Zapewniam cię, że będzie ci obojętne jakiej on będzie narodowości. Byleby był dobrym człowiekiem.
A jest w Złotowie taką agencja opiekunek? Gdzie można uzyskać info na temat pracy na takim stanowisku
teraz rządzi PiS a Polacy dalej podcierają tyłki Niemcom... więc nie zganiałabym winy na rządy tylko wybór albo jego brak...
Uczciwa kobieta, bardzo oddana swojej pracy. Takich więcej
To dobrze ze te kobiety opiekują się naszymi rodakami. Ale to wstyd żeby nasi obywatele musieli jeździć do niemiec podcierac niemcom tyłek.To wina rządów PO.
D**a do d**y nie podobna bo tamta jest nazisty oprawcy to ten sam naród tylko teraz nazywają się inaczej.
Dla Twojej wiadomości wykształciłam się sama i nie jestem dzieckiem więc wybacz ale jesteś w dużym błędzie... Moi rodzice nigdy nie pracowali na państwowych posadach ale Ty zapewne jesteś kolejnym sfrustrowanym Polaczkiem, któremu pozostało zganiać wszystko na rządy.
Dziewczyny, a raczej kobiety pracujące u Pani Grochowski, to wieloletnie, oddane chorym pracownice. Powierzyłabym im swoją mamę, gdybym miała taką potrzebě.