Mówi się o niej: kobieta - instytucja. Zna w Okonku niemal każdego. Była dostarczycielem dobrych i złych wiadomości. - Znam więcej ludzkich tajemnic niż niejeden ksiądz - mówi o sobie
Było mi strasznie głupio, kiedy zadzwoniłem do mojej rozmówczyni z prośbą o spotkanie. „Z jaką Celiną chciał pan rozmawiać, proszę o nazwisko”? - usłyszałem jej charakterystyczny głos w słuchawce. W głowie pustka, bo pani Celina to po prostu… pani Celina. Podejrzewam, że dziewięćdziesiąt procent mieszkańców w Okonku najbardziej znaną listonoszkę w Okonku zna po prostu jako Celinę.
Celina Haraf mieszka w Lotyniu, w „czworakach”. Już na klatce schodowej czuć zapach placków ziemniaczanych. Odmawiam z trudem, bo jestem po obiedzie. Kiedy patrzę na nią to jakby czas zatrzymał się w miejscu, taką ją zapamiętałem, kiedy zaczęła pracować jako listonoszka w Okonku. [[reklama]]
W Okonku w 1980 roku znalazła się przypadkowo, miała zastąpić koleżankę, została tu trzydzieści jeden lat i pięć miesięcy. Zaczynała pracę w Lotyniu, tu przepracowała cztery lata, w sumie więc ponad trzydzieści sześć lat była listonoszką (dzisiaj mówi się „doręczycielem”).
Z początku była zła, bo w Lotyniu i okolicznych miejscowościach znała wszystkich, w Okonku musiała ludzi uczyć się na nowo. Trwało to zaledwie kilka dni, pierwszym oprowadzającym ją po nowej trasie był były naczelnik poczty, Sikora.
Sześćset gazet dziennie
Uważa, że w pracy listonosza przez tych trzydzieści sześć lat niewiele się zmieniło. Dawniej również nosiło się emerytury i to nie takie jak dzisiaj. – W 1976 roku na ogromnej płachcie wielkości tej ławy – wskazuje na mebel w pokoju – były wypisane nazwiska rolników, przy nich kto, ile litrów oddał mleka, potrącenia, kwota do wypłaty – wspomina. Teraz w większości emerytury czy renty przekazywane są na indywidualne konta.
Do dzisiaj listonosz oprócz listów doręcza paczki, oczywiście te mniejsze, które może wziąć na rower. [[reklama]]
– Mam gdzieś jeszcze schowany spis wszystkich czasopism, które dostarczałam. Była to m.in. Trybuna Ludu, Głos Koszaliński, Głos Wielkopolski, Gromada Rolnik Polski, pisma kobiecie jak: Gospodyni, Kobieta i Życie, Przyjaciółka, potem doszła Gazeta Wyborcza – wymienia. Dzisiaj gazety to zaledwie niewielki procent tego, co dostarcza listonosz, głównie czasopisma z programem telewizyjnym, prenumerowane przez ludzi na wsiach i osoby starsze. Na początku pracy dostarczała też telegramy, najczęściej o śmierci kogoś bliskiego. Ale były też o narodzinach, ślubach czy z innych okazji. Dzisiaj to już zapomniany środek komunikowania się.
Mimo że gdy zaczynała pracę istniały już „hermesy”, czyli skrzynki w blokach na parterze, bardzo często trzeba było wejść na czwarte piętro, bo przesyłka była polecona, bo renta albo gazeta. Trudno zliczyć, ile w ciągu dnia takich pięter zaliczała. Dawniej przed świętami Bożego Narodzenia i Wielkanocy ludzie hurtowo wysyłali kartki z życzeniami. Dzisiaj też, ale znacznie rzadziej, ich rolę przejęły maile czy smsy. – Potrafiłam przed świętami sprzedać około tysiąc osiemset kartek, wiele z nich musiałam potem roznieść, bo znaczna część była adresowana do miejscowych. Ale dzisiaj lukę w kartkach wypełniły wszelkiego rodzaju rachunki, głównie za telefony komórkowe i mnóstwo listów poleconych.
Reakcja ludzi na nie była różna, wiadomo było, że to była bardzo ważna przesyłka, często z sądu czy komornika. Zdarzało się, że ktoś nie odbierał listu, mimo że był domu. Nikogo nie można było do tego zmusić. [[nowa_strona]] Dla każdego dobre słowo
Zawsze zastanawiałem się, jak listonosz daje sobie radę z dostarczaniem przesyłek, przecież dzisiaj niemal na każdej furtce czy bramie wisi tabliczka „Uwaga groźny pies”. – Ja się bardzo boję psów, cztery razy zostałam ugryziona przez psy w Okonku. Ostatni raz poważnie, musiałam dostawać między innymi antybiotyki, zastrzyki, jeden jeszcze jest przede mną. Pies był na obserwacji w Poznaniu. Boję się, ale dużo psów „wyrosło” przy mnie, pamiętam je od małego. Większość mnie poznaje, wita się, merda ogonem. U jednego gospodarza jest ogromny wilk, po urlopie miałam obawy, czy mnie pozna, ale jak mnie zobaczył to było widać, że się cieszy - opowiada. – To kwestia wzajemnego zaufania, przecież ja ich nie biję, nie kopię – dodaje.
Zapamiętała niemal każde dziecko, które urodziło się na „jej” trasie. Pierwszą była Iwona Garaszczukowska, która przyszła na świat 5 marca 1980 roku (pani Celina zaczęła pracę 3 marca). Są tacy, którzy z dzieciństwa zapamiętali tylko panią Celinę, bo to ona była najczęstszym gościem w ich domu. [[reklama]]
Zdarzało się, chociaż rzadko, że jak przyszła do kogoś z przesyłką lokator zachowywał się agresywnie, ale to były najczęściej osoby pod wpływem alkoholu. – Nikt nigdy mnie nie uderzył, nie napadł na mnie – twierdzi - mimo że czasami miałam przy sobie znaczne kwoty, przeważnie emerytury.
Oprócz tego, że była listonoszem, pani Celina musiała również wysłuchać ludzkich skarg, narzekań. Najczęściej zaczepiali ją na ulicy, ale zdarzało się, że w domu częstowano kawą czy herbatą, pragnąc zatrzymać ją dłużej, żeby się po prostu wygadać. Na wszystkie zaproszenia nie można było sobie pozwolić, bo dzień byłby za krótki. – Starałam się każdemu pomóc, choćby dobrym słowem. Ludzie zwierzali się z problemów rodzinnych, z kłopotów w pracy czy ze zdrowiem. I nie były to jedynie osoby starsze, samotne, ale w każdym wieku. Czasami koleżanki w pracy narzekały, że późno wracam, ale z każdym, kto mnie zaczepił, chciałam porozmawiać. Takie wsparcie duchowe naprawdę niektórym wiele dawało – twierdzi najbardziej znana listonoszka w Okonku. [[reklama]] Zima stulecia
Najtrudniejsze momenty? Na pewno podczas „zimy stulecia” w 1978 roku. Pracowała wówczas jeszcze w Lotyniu i musiała pieszo chodzić do oddalonych o kilka kilometrów Borek czy Glinek. Drogi były zasypane śniegiem, szło się najczęściej po stwardniałym śniegu. – Jak wracałam z Borek przez pola, to trasa była oznaczona niedopałkami „Klubowych”, których przez drogę potrafiłam spalić dwadzieścia sztuk. Czasami dochodziło się tylko do samej wioski i przesyłki zostawiało w pustych kanach na mleko, każda była podpisana nazwiskiem. W Okonku mieli lżej, bo przesyłki pomagały rozwieźć ciągniki z Kółka Rolniczego, a nawet wojsko. My chodziliśmy pieszo – wspomina tamte czasy.
Dla listonosza nie ma dobrej pogody, każda musi być dobra. Słońce, deszcz, śnieg i mróz – nie było tłumaczenia - torba z przesyłkami i w drogę. Pani Celina nawet w największe mrozy nie używała rękawiczek, po prostu nie umiała w nich pracować, przeszkadzały jej.
Zdarzały się również nieco humorystyczne sytuacje. – Zapukałam kiedyś do drzwi frontowych i usłyszałam: „proszę”. Wchodzę do jednego z dwóch mieszkań i widzę kobietę stojącą w wannie, krzyczącą. Przeprosiłam i mówię, że nic się nie stało, gorzej, jakby wszedł mężczyzna. Zawsze pukam i czekam na zaproszenie, w wyjątkowych przypadkach, kiedy wiem, że w domu tym mieszkają osoby słabo słyszące, lekko naciskam na klamkę, żeby sprawdzić, czy drzwi są otwarte – mówi.
Często trafiała na czyjeś imieniny - zapraszali do stołu, częstowali kawą i ciastem; rzadko korzystała, bo czas naglił. Najbardziej natrętni byli goście weselni, którzy któryś dzień z rzędu imprezowali, czasami trudno było się jej wyrwać z domu, ale grzecznie i stanowczo odmawiała. – Najczęściej brało się kawał ciasta w rękę i w drogę – twierdzi.
Mimo że już nie pracuje, są domy, które, będąc w Okonku, odwiedza. Przez te trzydzieści lat zżyła się z ludźmi. Kiedy idzie ulicą, każdy ją pozdrawia, kłania się, zatrzymuje na chwilę, żeby pogadać. [[nowa_strona]] Bez munduru
Twierdzi, że trzydzieści sześć lat temu, jak zaczynała pracę, bała się ludzi. Nigdy nie wiedziała, jak kto zareaguje. Z czasem poznała niemal wszystkich. Jej zdaniem listonosz musi być takim psychologiem – amatorem.
W Okonku mówi się o Pani Celinie, że to człowiek – instytucja: wie wszystko o wszystkich. – Zawsze się śmieję, że ja znam takie ludzkie sprawy, których nawet ksiądz nie zna. [[reklama]]
- Skoro ktoś mi w ten sposób zaufał, nie mogę zawieść – mówi zdecydowanie.
Osoby, które ją znają, mówią, że jest zawsze bardzo pogodna, czasami podśpiewuje sobie. Zdaniem byłej listonoszki nawet jak się ma osobiste problemy, jak jest się złym czy nawet chorym, nie można pokazywać tego po sobie.
Gdyby dzisiaj miała wybierać, na pewno zostałaby ponownie listonoszem. Chociaż zdarzały się momenty, że chciała zrezygnować. – Były dni, że trzeba było dostarczyć siedem, osiem toreb przesyłek. Jak były reklamy z „Klubu dla Ciebie”, to był to stos wysokości półtora metra, czyli taki jak ja. I to trzeba było w dwa, trzy dni roznieść – mówi.
Ile ton przez te trzydzieści sześć lat przeniosła? Ile przeszła kilometrów? Twierdzi, że na pewno okrążyła kulę ziemską i przeniosła setki ton ciężarów. Wie, kto gdzie mieszka lub mieszkał. Jak pada czyjeś nazwisko, to w głowie od razu pojawia się informacja: ulica, numer domu i numer mieszkania. Jest wzrokowcem, jak raz kogoś zobaczy, zapamiętuje już na zawsze, chociaż ma równie doskonałą pamięć do nazwisk. W pracy listonosza to bardzo pomaga.
Kiedyś listonosz był rozpoznawalny głównie po mundurze. Pani Celina „przeżyła” już pięć kolorów służbowych ubrań. Najpierw był stalowy, potem morski wchodzący w zielony, następnie grafitowy, potem jasnogranatowe, a teraz czarne, z tym że na co dzień nikt z zasadzie w mundurze nie chodzi. Było też pięć kolorów koszul. [[reklama]]
Niedawno zrobiła pożegnanie dla współpracowników. Z pewnością w niejednym oku łezka się zakręciła, ale pani Celina zapewnia, że kontaktów z kolegami z pracy na pewno nie zerwie. Oni z pewnością też nie.
Ryszard Mikietyński
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze