The Doors jako drzwi do zaginionych lat wolności i do swobody wyrażania siebie. The Doors jako Jim Morrison, "Król Jaszczur" wiecznie żywy dzięki pięknej poezji i wokalowi, to skandale i tragiczna historia, tak typowa na tamte lata
Jeżeli życzysz jakiemuś zespołowi źle, określ go mianem klasyki, na pewno będzie spalony na całe lata, jeśli nie wieki. Klasyk znany jest każdemu, ale nie każdy zna go na tyle aby móc o nim cokolwiek powiedzieć, szczerze powiedzieć. W końcu dzieje się tak, że ludzie dzielą się na takich, co kochają dany zespół, ale skrycie i tacy, którzy otwarcie bojkotują wszelkie aktywa grupy. Mam wrażenie, że tak właśnie jest z The Doors. Przesadzam ? Kiedy uprzedziłam znajomych, że następną płytką do recenzji będzie „The Doors”, zobaczyłam kwaśne miny. „Kto tego w ogóle słucha ?”, „To staroć, weź coś żywszego!” A właśnie, że nie!
The Doors trafiło do mnie kiedy miałam około 13 lat. Byłam wówczas zagorzałą wyznawczynią ruchu hippisowskiego, słuchałam muzyki jedynie z tamtych lat. Żałując, iż nie urodziłam się znacznie wcześniej, w innym kraju, pozostało mi tylko wpijanie się w dźwięki, które pozostawili po sobie legendarni przedstawiciele dawnego nurtu. Nie byłam wtedy wybredna. Zachwycałam się każdym drobnym brzdękiem, pod warunkiem, że wyszedł w tamtych latach. Dziś twierdzę, że naprawdę dobrych kapel była zaledwie garstka, a całe multum to tylko zbiorowisko czegoś, co i tak pewnie było wynikiem białego szaleństwa.
[[reklama]]
Olśnienia doznałam, kiedy po raz pierwszy usłyszałam The Doors. Ta muzyka pochłonęła mnie do reszty, otumaniła i uzależniła. Sprawiała, że chciałam być smutna i wiecznie zamyślona, pisałam tony wierszy, byłam zuchwała, nie bałam się niczego – podobał mi się taki stan rzeczy. Lata mijają, a ja wciąż ich uwielbiam. Nie Jima, a zespół. Nie byłoby „Króla Jaszczurów” gdyby nie wspaniałe tło stworzone przez resztę muzyków.
Płyta „The Doors” jest pierwszym wspólnym dokonaniem czwórki. Pomijając pojedyncze utwory z innych krążków, jest to płyta, na której znajduje się wszystko, co kocham w tej muzyce. „Break on Trough”, singiel i pierwszy kawałek. Ma wszystko, to esencja. Ray Manzarek na instrumentach klawiszowych pokazał w tym utworze, jak się gra, żeby słuchacza wprawić w muzyczną hipnozę. Również perkusja, gitara, na medal. Co z wokalem ? Aż dziw bierze kiedy słyszy się historię początków Jima, kiedy wstydził się wejść na scenę. Nigdy nie chciał śpiewać, chciał być poetą, to widać w każdym jego tekście. Dalej mamy „Soul Kitchen” z charakterystycznymi znów partiami gitarowo – klawiszowo – basowymi. Jim łączy u siebie łagodność z krzykiem i jękami. „Alabama Song” to znakomity cover, podobnie „Back Door Man”, gdzie Jim przechodzi samego siebie. Tak właśnie było – chciałeś krzyczeć, darłeś się głośniej niż mogło znieść Twoje gardło. „End of the Night” to spowolnienie i chwila na smutek, liryczna osobowość wokalisty już wtedy dawała o sobie znać. Jego głęboki baryton idealnie tutaj pasuje. A już następny utwór to skok w całkiem inną stronę. „Take it as it comes” ze sporą dawką klawiszy, lekko jazzującą perkusją w przejściach i w końcu głos Jima, opowiadający, że w życiu należy brać wszystko i być gotowym na wszystko. I na sam koniec … epicki „The End” – któż tego nie zna i nie kocha ? Godzinami słuchałam tego w kółko.
Psychodelia na długie minuty, ekspresja bez granic, dziki Jim Morrison na tle zamkniętych w swoim światku muzyków– taki jest The Doors. Jeśli tak właśnie wygląda klasyk, życzę sobie i całemu światu więcej takich klasyków na przyszłość.
Agnieszka Piec
Posłuchajcie całego albumu :
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze