Kiedyś żył, jakby był nieśmiertelny. W krytycznej chwili przyszło opamiętanie. Wszedł na drogę medytacji i szkolenia w kung fu. Od lat Irek Zaręba zgłębia tajniki tej chińskiej sztuki walki
Z Irkiem spotykamy się nad Jeziorem Zaleskim. Goszcząc w ostatnim czasie w rodzinnym Złotowie, zamieszkał na kilka tygodni na jednej z działek miejscowych ogrodów działkowych. Ma tutaj wszystko, czego do szczęścia mu trzeba: ciszę, spokój, możliwość skupienia i ćwiczenia. Ciała, ale przede wszystkim ducha i umysłu.
Mówi spokojnie, wypowiada przemyślane zdania, co jakiś czas okrasza je charakterystycznymi, płynnymi ruchami. Atmosfera kontemplacji szybko udziela się i naszej rozmowie. Odmiennej od wielu innych. Irek stawia na słuchanie swojego ciała i umysłu.
Nie było tak zawsze. Obecne jego życie ma podwaliny w tym, kim był wcześniej. I w sytuacji, która mogła skończyć się tragicznie.
– Moja przygoda z kung fu, a wcześniej właściwie z medytacją, zaczęła się na studiach, gdy wylądowałem na intensywnej terapii – 47–latek wspomina moment, gdy liczył 24 wiosny.
– Byłem wyznawcą hedonizmu. Wydawało mi się, że jestem nieśmiertelny. Zabawa była ponad wszystko. W tym alkohol, lekkie narkotyki… – przyznaje, że były wtedy nierozłączną częścią jego życia.
– Byłem totalnym ignorantem dla siebie, dla swojego ciała – krytyczny moment, gdy trafił do szpitala, zakończył się zapaścią.
– Nagle mój świat legł w gruzach. Miałem stany lękowe. Podczas jednego z wielu ataków paniki doszło do tego, że rodzice musieli wezwać karetkę – do dzisiaj ma w pamięci obraz przerażonych matki i ojca. Lekarze nie potrafili mu pomóc, odsyłali do psychiatrów.
– Ten strach w oczach rodziców sprawił, że zdecydowałem wtedy, że nie chce być więcej słaby. Psychicznie, bo byłem ruiną, ale także fizycznie. Bo nigdy niczego nie trenowałem – wspomina młodość.
– Zawsze byłem natomiast poszukiwaczem tej… głębokiej prawdy i czegoś naturalnego. Postanowiłem, że będę robił wszystko, żeby uzyskać kontrolę nad swoim ciałem, nad tym, jak je wzmacniać. Nie od razu było to jednak kung fu. Zaczynałem od medytacji, choć i o niej nie miałem pojęcia. Po prostu siadałem w kącie pokoju, w ciszy, i zacząłem badać, co dzieje się we mnie i wokoło. Chodziło o spirytualistyczny kontakt ze światem – dopiero z czasem postanowił zgłębiać tajniki sztuki walki.
– Żeby podbudować swoją wartość, poprzez dyscyplinę, trening – mówi o motywacji.
– Zaczynałem od tai chi chuan. Na pierwsze zajęcia do Piotra Zięby zaprowadził mnie kolega ze studiów. Wtedy też coraz bardziej zgłębiałem ćwiczenia chi kung, czyli chińskich praktyk dla zdrowia i długowieczności, świadomej pracy z energią. Chi to właśnie krążąca w nas energia, kung to kultywacja, praca z nią. Praca z energią, wykonywanie ruchów, w których wszystko wynika z obrotów ciała. Zachowujemy się jak Ziemia, która obraca się wokół własnej osi i orbituje wokół Słońca. To ruch obrotowy z wewnętrzną rotacją, ciało jest w relaksie, od mięśni po luźne stawy. Na przykład w jednym z elementów chi kung, którego uczę, jest wibracja, kiedy ciało całkowicie rozluźnia się, a kości gęstnieją – Irek w skrócie mówi o praktykowaniu tych tajników.

Irek Zaręba w towarzystwie swojego mistrza
Skąd sam czerpie inspirację?
– Również słucham podcastów, joginów, ludzi, którzy wiedzą, jak medytować i jak to przenieść na codzienne życie – podkreśla, że jednym z jego największych mentorów jest jego mistrz Sam Chin, który m.in. Irka uczy systemu Zhong Xin Dao Iliqchuan.
– To styl kung fu, którego sam jestem instruktorem – wyjaśnia.
– Jestem po ceremonii Bai Shi, czyli symbolicznego przyjęcia studenta z zewnątrz do rodziny systemu – Irek zaznacza, że chińskich stylów walki nie nauczano wszystkich, tylko ludzi z rodziny.
– Stylów kung fu jest ogrom, może nawet nieskończenie wiele, również w ramach danego stylu są jeszcze różne szkoły. Niektóre są rodowe – zauważa, że początki tej sztuki walki sięgają przynajmniej tysiąca lat.
– Mówi się o legendarnym mnichu buddyjskim Bodhidharmie, który przybył z Indii do klasztorów w Chinach, m.in. do Shaolin. Zastał wiotkich mnichów, którzy poprzez metody oddechowe oraz trening z nim zaczęli się wzmacniać – nawiązuje do legend.
– Kung fu oznacza dosłownie energię i czas. Może być kung fu gotowania czy gry na pianinie. W naszym przypadku to kultywacja życiowej energii – sprowadza do meritum.
Szkoła i styl, w jakim doskonali się Irek, nie mają wielu praktyków.
– Stanowi je kilkaset osób rozsianych po świecie. Dla porównania, najliczniejsze szkoły mają nawet po kilkadziesiąt tysięcy zrzeszonych studentów – porównuje.
– Sam Chin to założyciel naszego stylu. Żyje wśród nas. Można go postawić w jednym rzędzie z legendarnymi mistrzami kung fu, a wśród żyjących jest na absolutnym topie. Jego ojciec Chin Lik Keong i on sam urodzili się w Malezji, przy czym mój mistrz ponad 30 lat temu wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, stamtąd rozprzestrzenia swój styl na świat. Ojciec mojego mistrza był założycielem stylu Iliqchuan, a mój mistrz udoskonalił go, zaimplementował do niego filozofię Zhong Xin Dao, a więc neutralność – Irek wprowadza nas w tajniki swojej sztuki walki.
– Byłem w Malezji, w domu, gdzie urodził się mój mistrz. Miałem spotkać się z jego ojcem, twórcą systemu rodowego, niestety zmarł miesiąc wcześniej – nawiązuje.
– Walczyć można w dwojaki sposób. Albo być w stanie flow, zmieniać się wraz ze zmianą, dostosowywać się do zmiennych warunków bez napięć w ciele, albo wytwarzając opór i używając siły – potwierdza słuszność naszych skojarzeń pierwszego ze sposobów z aikido.
– Rzeczywiście jest w tym coś wspólnego, tam też mówimy o ruchu z rotacji. W naszym stylu kung fu nawet nie mówimy o walce z drugim człowiekiem, a raczej o połączeniu się dwóch kul energii w jedną. Mało który system mówi takim językiem. To tak jakby z walczących jeden jest w centrum, drugi na obwodzie, gdzie wszystko wiruje szybciej. Dlatego niekiedy jest taki efekt, że ludzie są wyrzucani, nawet wysoko i daleko – wyjaśnia to, jak wyglądają takie walki.
Rzeczywiście jest to możliwe?
– Oczywiście. To kolejny etap wtajemniczenia, treningów, tzw. „lepkie dłonie”, czyli bardzo wysoki już poziom umiejętności, w którym kogokolwiek można swobodnie kontrolować. Dwa ostatnie poziomy umiejętności walki to stosowanie dźwigni oraz, finalnie, San Shou lub Sanda, czyli chiński boks – wyjaśnia, że to freestyle, gdzie używa się wszystkiego, nawet głowy.
– To może już być już bardzo brutalna forma walki – charakteryzuje.
W jaki sposób on zdobywał kolejne poziomy umiejętności?
– Mamy określone curriculum, drogę postępowania. Osobną ścieżkę dla studentów i instruktorów. Dopiero od trzeciego studenckiego szczebla możesz mieć pierwszy stopień instruktora, i tak dalej… – przyznaje, że przed nim jeszcze długa droga do pokonania wszystkich szczebli.
– Jestem instruktorem drugiego stopnia, tych jest sześć. Wcześniej jest jedenaście stopni studenckich, a po instruktorskich są już tylko cztery stopnie mistrzowskie – opisuje.
– Pierwszy element nauki walki to unifikacja z samym sobą, nauka własnego ciała. Trzeba ustosunkować się do grawitacji i być w swoich centrach obrotu, aby móc swobodnie się ruszać. Później następuje unifikacja z partnerem, ze środowiskiem. To nie tylko ja, grawitacja i moje ciało, ale trzeba też zbalansować siebie w ruchu i w punkcie kontaktu – opisuje proces nauki.
–Jeździłem na warsztaty mistrza, które prowadzi w wielu miejscach świata. W Europie jest kilka razy w roku. Najczęściej trenowałem pod jego okiem w Moskwie, byłem w niej niezliczoną ilość razy. Oczywiście zanim jeszcze rozpoczęła się inwazja na Ukrainę. W spokojnych latach odbywały się nawet obozy na Ukrainie, które także organizowali Rosjanie – poznawanie kung fu to nieustanna podróż, również dosłowna.
Od kilkunastu lat Irek mieszka w Anglii, tutaj też ma swoją szkołę.
– W ciągu roku jest naprawdę wystarczająco dużo okazji, żeby uczyć się od innych, także od mistrza. Później nagromadzoną wiedzę praktykuję w Londynie, sam bądź w treningach z partnerami. We wrześniu mistrz ponownie gościł u niego w Anglii, a w listopadzie przyleci do Białegostoku, gdzie też pewnie będzie okazja do spotkania – Irek nie kryje, że we wczesnych latach treningów szkolił się także w innych stylach, a był okres, kiedy próbował również stworzyć własny.
– Sądziłem, że stworzę coś jeszcze lepszego. Niestety ta praktyka poszukiwania kosztowała mnie parę straconych lat. Dzisiaj wiem, że styl mojego mistrza, który ćwiczę od dziesięciu lat, jest kompletny, znalazłem w nim wszystko, czego potrzebuję – zapewnia.

W kung fu Irek nie szuka konfrontacji. Poza pojedynkami podczas turniejów czy zawodów, gdzie m.in. wywalczył medale mistrzostw Europy.
– Odkąd zacząłem ćwiczyć, nie uczestniczyłem w żadnej bójce – kilkakrotnie zaznacza, że kung fu uczy pokory.
– Jeśli ktoś rzuca w twoją stronę „spieprzaj dziadu”, należy traktować to wyłącznie jako wibrację w powietrzu. Ludzie niepotrzebnie przypisują temu wagę. Nie uczymy się mordobicia, ale tego, że największym wrogiem jesteś sam, twoje ego – podkreśla, że m.in. na ćwiczeniu tej materii skupiają się praktyki medytacji.
– Choć jasne, że możesz dać łupnia i to działa. Tradycyjne szkoły chińskie sprawdzały cię, w jakim jesteś miejscu rozwoju. Trzeba jednak podkreślić, że współcześnie kung fu nie jest do agresji, ale do obrony, głównie słabszych. Kiedy zajdzie potrzeba, nie możesz się zastanawiać, ale zdecydowanie wejść do akcji. Temu to służy.
Dlatego też mój mistrz oczekuje od nas również walki na wyższym poziomie. Przygotowuje nas na zewnętrzny rynek, świadom, że będą w końcu ludzie, którzy ćwiczą inne systemy i będą chcieli nas sprawdzić – nie ma wątpliwości nasz rozmówca.
– Stąd też mój mistrz mówi o treningu bycia w gotowości, a nasz system to właśnie sztuka walki opartej na świadomości. Czasami na treningach się lejemy, i to mocno. Nie są do tego potrzebne pięści, wystarczy otwarta ręka – mówi z uśmiechem.
– Przykładów tego, że jesteśmy i będziemy sprawdzani, nie muszę daleko szukać. Miałem kiedyś spotkanie z kolegą, który szkoli się w innym stylu wing chun, a który był choreografem walk w znanych filmach, m.in. w „Ip Manie”. Już po pierwszych sekundach mnie „badał”, próbował, chcąc zobaczyć, ile wiem, ile potrafię – Irek wyjaśnia, że do takiego przetestowania wystarczy zaledwie krótki styk dłoni.
Potyczki z mistrzem?
– On wie, ile umiemy i dostosowując się do nas, obniża swój poziom. Robi to w taki sposób, że jest tylko trochę lepszy od każdego z nas. Myślisz, że prawie go masz… – ponownie się uśmiecha.
– Mistrz dziesięć lat spędził w buddyjskiej świątyni, pracował tam z mnichami. Nie ma przed nim wielu tajemnic – ocenia.
Jeśli klasztor i kung fu to oczywiście nie sposób nie wspomnieć o Shaolin.
– Nigdy jeszcze nie byłem w Chinach, ale na pewno będę. Miałem natomiast przyjemność bycia w Malezji, gdzie urodził się mój mistrz, i dotykania – bo mówi się, że „oferujemy swoje dłonie” – mistrzów różnych innych stylów Shaolin, którzy byli wcześniej studentami ojca mojego mistrza. Widziałem różnicę w tej nauce. Dzięki temu rozumiem, jak wiele mistrz zaimplementował do swojego stylu. Ci mistrzowie, to naprawdę byli goście, a mimo to widziałem, że byłem w stanie ich zatrzymać, jak to określamy, w punkcie kontaktu. To pokazuje też, jak mój mistrz umiejętnie zmodyfikował swój styl i jak jest on mocny.
Czym w ogóle są dla naszego rozmówcy tak kultowe pojęcia jak wspomniany Shaolin czy postać Bruce’a Lee? Kino zdeformowało ich realny kształt?
– Niekoniecznie. Bruce Lee nie był przerysowany, nawet jako postać w kinie. Był bardzo dobry, stworzył własny styl, który był znakomity w jego wykonaniu i który dopracował do perfekcji. W jego czasach nie było na niego mocnych. Butą i pewnością siebie narobił sobie jednak wielu wrogów i ktoś pomógł mu zejść z tego świata.
Można się tylko domyślać, że chodziło o Hongkong, branżę filmową, o grube miliony dolarów – to przypuszczenie nie tylko Irka.
– To była też swoista chińsko–japońska konfrontacja. Chińskie kung fu kontra japońskie karate czy aikido – to ostatnie Irek też zresztą trenował przez krótki czas w Złotowie.
– Miałem wtedy jakieś sześć lat. Wiem, że w Złotowie jest dobra szkoła aikido. Z tradycjami, gdzie pracują i przyjeżdżają senseje najwyższego stopnia. Tam również mówi się o „ki” jako o energii. Nie chcę jednak porównywać tych sztuk, bo żeby tego dokonać, musiałbym dojść do wyższego poziomu – szczerze przyznaje.
– Jeśli natomiast chodzi o karate, jest bardziej zewnętrzne, skupia się na używaniu mięśni, a w kung fu skupiamy się na strukturze (kościach) i energii wynikającej z połączenia całego ciała. Implementujemy też punkty akupunkturowe – nawiązuje m.in. do, w kinie wyglądających niewiarygodnie, a jednak możliwych, ciosów zadawanych np. palcem: w ciemię, skroń, gardło czy tchawicę.
– Choć trzeba zaznaczyć, że współczesne sporty walki znacząco różnią się od dawnej, brutalnej rzeczywistości. W czasach kiedy jedyną regułą było przetrwanie, ta brutalność w kung fu miała rację bytu. Dzisiaj w zawodach nie chce się nikogo uszkodzić, stąd też do głosu dochodzą inne systemy, poprzez ograniczone przepisy w walkach. Kiedyś to były same bitwy, szable, miecze, włócznie, halabardy, niekończący się trening. Zresztą zdecydowana większość stylów kung fu była kultywowana na wioskach, dlatego używano wtedy narzędzi rolniczych, farmerskich. Nunchaku to nic innego jak forma cepa do odseparowywania ziaren od plew. Zasada od wieków jest ta sama: jak wyprowadzić energię z nóg do rąk, a każda broń to przedłużenie dłoni. Cokolwiek robię, odbywa się to bez użycia napięcia – Irek podkreśla, że to rotacja pochodząca od wewnątrz.
– I dlatego nie ma znaczenia, kto jaki jest wysoki czy ile waży. Gdy wiesz, jak użyć techniki, swobodnie możesz się obronić – mówi o sednie trenowanej sztuki walki.
– Inna sprawa, że sam wielokrotnie byłem sprowadzany na ziemię. To normalne, że zawsze będzie ktoś lepszy od ciebie. Kiedy mówimy sobie, że coś już wiemy, znaczy to tylko tyle, że dalej nie musimy szukać. W taki to właśnie sposób wstrzymuje się proces doskonalenia. Rozłącza to też nas z przebywania w chwili obecnej.
Irek Zaręba to nie tylko instruktor kung fu, ale też, jak sam określa, nauczyciel ludzkiego potencjału i coach wolności.
– Chodzi o to, żeby rzeczy związane z kung fu zaimplementować do naszego życia. Mam na myśli głównie kwestie związane z medytacją. Ona jest narzędziem do tego, żeby pracować nad własnym ego – ponownie podkreśla.
– W walce albo zmieniasz się zmianą, albo powstaje blokada i napięcie w ciele. Tak samo jest w życiu. Dlatego całą filozofię sztuk walk włożyłem w coaching. To może być doradztwem dla każdego, niekoniecznie musi to być związane ze sztukami walki – odróżnia.
– I tak dość walczymy z problemami codziennego dnia – podstawy tych właśnie rzeczy pokazywał podczas zajęć, jakie organizował niedawno w Złotowie.
W codziennej pracy Irek duży nacisk kładzie też m.in. na żywienie.
– W tym zakresie natrafiłem na Dave’a Asprey’a, który jest ojcem biohackingu i wymyślił między innymi bulletproof coffee, czyli kawę z tłuszczami naturalnymi, którą również spożywam. Taka kawa pozwala ciału na nowo przestawić się ze spalania glukozy, by wykorzystywać zasoby energii z nagromadzonych w ciele tłuszczów, ogranicza też nasze łaknienie. Poza tym Dave Asprey, wspólnie z Markiem Atkinsonem, stworzyli Instytut Ludzkiego Potencjału. Uczą w nim, jak funkcjonuje nasz organizm na poziomie molekularnym, co i jak jeść i jaki ma wpływ na nasz organizm. Jestem w kontakcie z Markiem Atkinsonem, stał się jednym z moich mentorów. Bardzo ciekawa postać. Jest doktorem medycyny zachodniej, ale wszystko to porzucił i poświęcił się świadomej pracy z ciałem, z emocjami, z połączeniem z naszym prawdziwym „ja” i potencjałem, który w nas drzemie. To wszystko razem, w połączeniu ze sztuką wschodu, przenoszę na swoich studentów – wyjaśnia.
Czy będą wśród nich również złotowianie?
– Współcześnie jest to o tyle dogodne, że mogę wspierać innych poprzez internet i tak też prowadzę niektóre zajęcia – nasz rozmówca nie wyklucza, że owocem pobytu w rodzinnym mieście, będzie zawiązanie się grupy, z którą będzie pracować online.
Na rozmowę z Irkiem zapraszamy również do naszego podcastu „Pogadajmy na zlotowskie.pl”, który niebawem będzie dostępny na naszym portalu.
Piotr Steffen, fot. P. Steffen, arch. Ireneusza Zaręby

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Na pizde go
Ja też tak umiem.
Na pizde go
Ja też tak umiem.