Reklama

Stanisław Lewandowski, były prezes GS Łobżenica wspomina dawne czasy

22/01/2018 10:00
Modernizował, budował, ścierał się z partią, a po coca-colę jeździł do Warszawy

Ta historia rozpoczyna się w 1931 roku, czyli w czasie trwającego na świecie „Wielkiego kryzysu”.

Urodziłem się w Lądku niedaleko Konina. Ojca nigdy nie poznałem. Mama i ojczym pracowali jako robotnicy rolni

– rozpoczyna Stanisław Lewandowski. Na teren Krajny trafili za chlebem, ale nie od razu na stałe.

Rodzice wyjeżdżali do pracy sezonowo, od wiosny do jesieni. Jeździli na majątki do Mroczy, Witosławia, Wiela czy Rataj. W moich rodzinnych stronach panowała wówczas straszna bieda. Dzięki pieniądzom przywiezionym stąd szło przeżyć jakoś zimę

Reklama

– mówi pan Stanisław. W 1938 roku postanowili przenieść się na stałe do Czajcza niedaleko Wysokiej, gdzie jego rodzice zatrudnili się w majątku hrabiego von der Goltz. Tam też zastała ich wojna.

 


Czytasz artykuł premium. Pozostało jeszcze 91% tekstu[[pay]]

Ojczym poszedł walczyć, później dowiedzieliśmy się, że zginął na froncie. Zostało po nim zdjęcie w mundurze wojskowym. Mama pracowała w gospodarstwie oraz jako krawcowa, bo miała ten fach w ręku. Ja w okupację służyłem u gestapowca, który nazywał się Koepenick. Pilnowałem jego córek. Jak skończyłem 10 lat posłano mnie do pracy u gospodarza, gdzie pasałem krowy

Reklama

– wspomina Stanisław Lewandowski. Jednym z wydarzeń, które najbardziej wryło mu się w pamięć z czasów wojennych było znalezienie przez niego pistoletu.

Mieszkaliśmy w sporym, drewnianym baraku. Trzy rodziny – każda w innym rogu dużej, otwartej sali. Broń znalazłem idąc po mleko. Leżała obok wychodka przed tym barakiem, była zapakowana w kaburę. Obejrzałem ją dokładnie, wyglądała, jakby zablokowała się w niej łuska. Może dlatego ktoś ją wyrzucił, a może zgubił? To znalezisko postanowiłem ukryć w sienniku. Powiedziałem o tym mamie dopiero dwa dni później. Mocno mi się wtedy dostało. Mama poinformowała hitlerowców o tej broni. Wezwali ją na komendę Gestapo do Wysokiej. Z życiem uszła głównie dlatego, że wstawili się za nią Niemcy, dla których szyła

Reklama

– mówi pan Stanisław. Zapamiętał też wkroczenie do wioski Armii Czerwonej.

Niemcy uciekali ze wsi na wieść o zbliżającym się wojsku. My schroniliśmy się w piwnicy. Do dzisiaj pamiętam krzyki czerwonoarmistów, które potęgował strach przed tym, czy czegoś nam nie zrobią i półmrok pomieszczenia, gdzie siedzieliśmy. Gdy zrobiło się cicho - wyszliśmy

– dodaje.

- Na miłą pamiątkę ze służby granicznej, zasyłam swą podobiznę - na zdjęciu z 1953 roku, zrobionym w Jaworzynce napisał pan Stanisław

Poznaliśmy się przez mamę

Druga połowa lat czterdziestych to zmiana miejsca zamieszkania i pracy.

Reklama

Za drugim ojczymem trafiliśmy do Broniewa koło Nakła nad Notecią, a potem do Olszewki. Tam zaczynałem moją pierwszą, poważną pracę w istniejącej do dzisiaj Rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej

– mówi pan Stanisław. Tam też poznał swoją żonę.

Tu znowu przydał się fach mamy. Regina przychodziła do niej jako do krawcowej. Od razu wpadła mi w oko

– śmieje się. Szybko okazało się, że zainteresowanie było odwzajemnione, a każda okazja do spotkania, np. wspólne zakopywanie okopów powojennych jako czyn Związku Młodzieży Wiejskiej, była dobra. Ślub odbył się w 1952 roku. Niedługo po nim pan Stanisław został wcielony do wojska.

Reklama

Trafiłem do Wojsk Ochrony Pogranicza, co oznaczało wydłużoną służbę. Skierowano mnie na placówkę do Wisły. Tam zostałem szefem strażnicy, bo mój poprzednik wpadł na przemycie. Szmuglowano wtedy jedzenie do Czech, które wymieniano np. na buty

– wspomina Stanisław Lewandowski. Gdy powrócił w rodzinne strony w 1954 roku rozpoczął pracę jako referent w siedzibie Komitetu Powiatowego PZPR w Nakle nad Notecią.

Nie wytrzymałem tam długo. Nie szło znieść tej indoktrynacji. Zwolniłem się, jak zaczęli chodzić po mieszkaniach i patrzeć, kto ma pozawieszane np. obrazy ze świętymi. To oczywiście wiązało się z sankcjami. Czasy były, jakie były, ale jestem zdania, że przenikanie pracy, ideologii w życie prywatne i w prywatne wartości było złe

Reklama

– mówi pan Stanisław. Następną pracę znalazł w GS-ie w Wyrzysku.

Te spółdzielnie były wtedy wszędzie, w każdym mieście, wsi. W Wyrzysku powierzono mi pracę kierownika gospody w Osieku nad Notecią. Nazywaliśmy ją „Karolinka”, bo taką nazwę nosiło najpopularniejsze wówczas wino, które i my serwowaliśmy. Potem zostałem wiceprezesem GS w Wyrzysku

– dodaje.

Rok 1972 - Walne Zgromadzenie Przedstawicieli GS w Łobżenicy. Za mównicą pan Stanisław

Jak Kazimierz Wielki

Łobżenicki rozdział jego pracy rozpoczął się w lipcu 1964 roku.

Reklama

Wówczas wszystko było kierowane centralnie, przez władzę i partię. W Osieku i Wyrzysku dobrze sobie radziłem, natomiast ci u góry stwierdzili, że coś nie tak jest w Łobżenicy. Zaproponowano mi, żebym został prezesem tamtejszej GS. Dano mi zielone światło do zmiany zarządu, ale postanowiłem tego nie robić, lecz po prostu rządzić po swojemu

– mówi Stanisław Lewandowski. Pierwsze wyzwania pojawiły się od razu na starcie.

Śmieję się, że byłem trochę jak Kazimierz Wielki, co Polskę zastał drewnianą, a zostawił murowaną. Fakt, byliśmy wówczas monopolistą w szeroko pojętej branży rolno-spożywczej, mając kilkadziesiąt różnych punktów i zatrudniając około 200 ludzi, ale to nie oznaczało, że można spocząć na laurach. W tamtych czasach w Łobżenicy były tylko dwa prywatne sklepy. Zacząłem od modernizacji sklepów i doprowadzenia do sytuacji, żeby sklep był w każdej wiosce. Nie wszystkie budowaliśmy, niektóre były najmowane, dzisiaj powiedziałoby się na zasadach franczyzy. Kilka sklepów postawiłem od zera, np. w Luchowie, Dębnie czy Liszkowie. Co ciekawe, podobne im można spotkać w całej Polsce. To był tzw. „pawilon za 200 tys. zł”. Składał się on z sali sprzedaży, zaplecza socjalnego i magazynu towarów. Choć materiałowo można mieć do niego zastrzeżenia, bo budowano go z prefabrykatów, to funkcjonalność do dziś nie jest najgorsza

Reklama

– mówi pan Stanisław. Za jego kadencji wybudowano też m.in. nową piekarnię, bazę rolniczą w Dźwiersznie Małym z wagą wozową i pierwszą w powiecie suszarnię zbóż.

Jako pierwszy w regionie sprowadzałem też coca-colę. Jeździłem po nią aż do Warszawy!

– dodaje. Ponadto w zasobach GS Łobżenica znajdowały się m.in. restauracja, bar, wytwórnia wód gazowanych, masarnia, magazyny zbożowe, magazyny materiałów budowlanych i pasz oraz baza rolnicza w Ratajach.

Chociaż nie zmagaliśmy się z brakiem towarów w takiej mierze jak np. w latach 80-tych, to jednak czasy były trudne. Magazyny zaopatrzeniowe PZGS w Nakle nad Notecią czy w Złotowie albo w Bydgoszczy, skąd braliśmy towar, często świeciły pustkami. Bez zgody partii nie można było zrobić prawie nic. Klienci też musieli starać się o przydziały, żeby zdobyć co potrzebniejsze rzeczy. Z drugiej jednak strony odnoszę wrażenie, że wówczas ludzie byli wobec siebie bardziej szczerzy, ufni, mniej zazdrośni i zawistni. Pracowali rzetelnie, co przekładało się na zyski – dbaliśmy o siebie nawzajem, a spółdzielnia liczyła ponad dwa tysiące członków. We wsiach powstawały Kluby Rolnika, organizowaliśmy kursy gotowania, które prowadziła pani Zych, zabawy, sylwestry. Na tych ostatnich grał nasz zespół, czyli chłopacy, którzy później założyli kapelę Łobżanie. Jako pierwsi w powiecie dla żon pracowników i naszych pracownic zorganizowaliśmy Dzień Kobiet. Panie obowiązkowo otrzymywały goździki i rajstopy

Reklama

– wspomina pan Stanisław. Zaznacza też, że bycie prezesem nigdy nie oznaczało dla niego, że innych należy traktować z góry. Pomimo wielu sukcesów i najdłuższej jak do tej pory prezesury w GS, ze stanowiskiem musiał pożegnać się w lutym 1977 roku.

Po raz kolejny ściąłem się z Towarzyszami, bo nie do końca chciałem wykonywać ich polecenia

– śmieje się.

Stanisław Lewandowski nadal udziela się w spółdzielczości, pełniąc rolę członka zarządu Banku Spółdzielczego w Łobżenicy

To nie koniec

Pan Stanisław powrócił do GS w Wyrzysku. Po trzech latach związał się z Browarami Bydgoskimi, dla których kierował ośrodkiem wypoczynkowym w Gródku Krajeńskim oraz skupował jęczmień browarny przez blisko dwie dekady. Chociaż formalnie od 1990 roku, po ponad 41 latach pracy, został emerytem, nadal trudno mu usiedzieć w miejscu.

Reklama

Pracuję jeszcze w zarządzie Banku Spółdzielczego w Łobżenicy. Interesuję się tym, co się dzieje w regionie, w spółdzielczości. Trudno się od tego odciąć, gdy poświęciło się temu całe życie. Zresztą ładne to było życie, niczego w nim nie żałuję

– kwituje Stanisław Lewandowski.
[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama