Reklama

Sztuka kręcenia

31/08/2012 00:00
Palcami pobiera pasemka włókien, wyciąga je z kądzieli, tworzy tasiemkę i, naciskając stopą rytmicznie pedał, wprawia kołowrotek w ruch - Teresa Wiśniewska jest ostatnią kobietą we wsi Walentynowo, która potrafi robić przędzę z włókien...

Wyciąga pasemko włókien z kądzieli i skręca je ręcznie, częściej z pomocą wrzeciona, aż do uzyskania odcinka przędzy o długości ok. jednego metra. Koniec utworzonej przędzy przeciąga przez otwór w osi wrzeciona i przewleka ją przez jeden z haczyków na skrzydełku. Koniec nawija na szpulkę. Od tego momentu kołowrotek jest gotów do przędzenia ciągłego. Prządka pobiera palcami pasemka włókien, wyciąga je z kądzieli uważając, by nie przerwać pasma włókien, tworzy tasiemkę i, naciskając stopą rytmicznie pedał, wprawia kołowrotek w ruch. Szybkością wyciągania włókien z kądzieli i napięciem nitki reguluje ilość skrętów. Od ilości pobranych włókien zależy grubość uzyskiwanej przędzy…

Jak to dawniej bywało

Dziś prządek już nie ma, a kołowrotki możemy obejrzeć jedynie w muzeum. Na szczęście są ludzie, którzy nie tylko potrafią o tym opowiedzieć, ale i pokazać młodym, jak dawniej życie kobiet wyglądało. Teresa Wiśniewska z Walentynowa jest ostatnią kobietą we wsi, która potrafi prząść włókno na kołowrotku i, co ważne, wiedzę tę zamierza w najbliższym czasie przekazać młodym. Gdy tylko skończy się zbiór wiśni, w Walentynowie odbędzie się pokaz wraz z nauką przędzenia na kołowrotku. Pani Teresa już teraz ostrzega, że nie będzie to łatwa zabawa. – Ale wystarczą dobre chęci. Trzeba mieć tylko trochę cierpliwości, szczególnie, gdy sznur spadanie. Wtedy człowiek może się zezłościć - ostrzega.

Tylko nie pierz w pralce

Kołowrotek pożyczy sołtys, wełnę dał jeden z mieszkańców, który trzyma jeszcze owce w swoim gospodarstwie. Zwierzę jest już ostrzyżone, a wełna wyprana. - Dawniej strzygło się nożycami, dzisiaj są specjalne maszyny – z sentymentem wspomina pani Teresa Wiśniewska, która nie tylko podjęła się nauki młodych, ale i przygotowała wełnę do przędzenia, bo o wypraniu jej w pralce należało zapomnieć. – Najpierw ręcznie trzeba wybrać nieczystości, potem delikatnie zamoczyć ją w proszku i wypłukać kilka razy. Suszyć na sicie, żeby obciekło, ale nie na słońcu – instruuje pani Wiśniewska, przestrzegając przed wyciskaniem wełny z wody. – Jak obeschnie trzeba ją palcami porozciągać - radzi. I materiał gotowy jest do użycia, szczególnie, gdy robi to wprawiona prządka.

Zimowa robota

Teresa Wiśniewska doskonale radziła sobie z pracą na kołowrotku już jako szesnastolatka. - Mama potrafiła prząść, nawet tata sobie radził – zdradza pani Wiśniewska. - Ośmiu nas było w domu, to trzeba było jakoś sobie pomagać. Mamy brat, Wachowski, produkował kołowrotki. Jak się komu popsuł, to też potrafił naprawić i jeszcze nauczył, jak go prawidłowo ustawić – wspomina.

Przędzenie to zimowa praca. Kobiety siadały do kołowrotków po wszystkich świętych. – Wieczory były długie – wspomina kobieta, odruchowo skubiąc wełnę. - Nie było telewizora, a przy kołowrotku jakoś ten czas leciał. Z wełny najczęściej robiłyśmy skarpety, mama robiła też dla dzieci bambosze, obheklowała je ładnie – ze wzruszeniem opowiada kobieta, przyznając, że heklowanie to jedyna ręczne praca, której nie lubiła.– Teściu onuce z tej wełny nosił miesiąc bez prania. Noga się nie pociła, nie było po co prać. To nie to co dzisiaj. Dzieci też w takich skarpetach do szkoły chodziły.

Dziura to problem

O ile zrobienie skarpetek na drutach nie stanowiło większego problemu, o tyle zacerowanie zniszczonej skarpety z wełny było większym wyzwaniem. – Najczęściej na pięcie się wydarło. Nie lubiłam cerować. Wolałam wyciąć kawałek i zrobić od nowa – przyznaje mieszkanka Walentynowa, która także jako dorosła kobieta, a potem żona i matka nadal przędła wełnę. – Mieliśmy owce, to i wełna była Dzieciaki też w tych skarpetach chodziły – uśmiecha się kobieta. O babcinych umiejętnościach przekonały się także wnuki pani Teresy. – Jeszcze osiem lat temu, trochę z głupoty, dla zabicia czasu, uczyłam wnuczkę jak prząść wełnę na kołowrotku, a dzisiaj chętnie się tą wiedzą podzielę z innymi – dodaje kobieta.

Ocalić od zapomnienia

Teresa Wiśniewska jest jednym z miejscowych wolontariuszy, którzy podczas tegorocznych wakacji prowadzą wakacyjne zajęcia dla najmłodszych mieszkańców wsi. A wszystko w ramach wakacyjnego projektu „Ocalić od zapomnienia”. Jego autorami i realizatorami są mieszkańcy wsi, którzy pod przywództwem sołtysa Zenona Polachowskiego i rady sołeckiej organizują wolny czas dzieciom. Najpierw pozyskali sponsora i zaplanowali program oparty na przybliżaniu młodemu pokoleniu tradycji regionalnych i folkloru ziemi krajeńskiej, a potem zabrali się do działania. - Planujemy też zakup śpiewników, dzięki którym podczas spotkań przy ognisku przy dźwiękach gitary moglibyśmy nauczyć dzieci i młodzież piosenek turystycznych, ogniskowych i tradycyjnych pieśni ludowych – zdradza sołtys, dodając, że z otrzymanych pieniędzy planowane jest także odtworzenie strojów ludowych, które wykorzystywane są zwłaszcza podczas dożynek gminnych i parafialnych. I, co najistotniejsze, w ramach programu „Ocalić od zapomnienia” trwa nauka plecenia wieńca dożynkowego od szkieletu, przez misterne układanie kwiatów i innych ozdób.

A. Głyżewska
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama
Reklama