- Jestem zbulwersowany, poirytowany... Nie wiem, jak wyrazić swoje emocje, ale na pewno są one negatywne - o zdarzeniu, które miało miejsce w szynobusie Przewozów Regionalnych mówi Martyn Rogóż
16 sierpnia, stacja Piła Główna, godzina 15.30 – przy peronie stoi szynobus. Martyn Rogóż wsiada do wagonu, na swoje nieszczęście zajmuje miejsce tuż przy szybie. Nie przeczuwa niczego złego. Czekając na odjazd spokojnie siedzi w fotelu, w uszach ma słuchawki. Unosi w ich kierunku rękę. W tym samym momencie rozlega się huk – z ramy wypada górna część okna, szyba rozbija się w drobny mak. Jej odłamki rozpryskują się wokół, wpadają za koszulę, wciskają się w buty. Ręka, która na szczęście zamortyzowała siłę uderzenia, krwawi. I M. Rogóż, i osoby, które były świadkami zdarzenia, są w szoku. Nasz rozmówca czeka chwilę na pomoc, a gdy ta nie nadchodzi, wstaje, częściowo otrzepuje się ze szkła i zaczyna szukać pracownika obsługi autobusu szynowego, by powiadomić go o sytuacji. Odnajduje motorniczego. Wraca z nim do chwilę przedtem zajmowanego miejsca, mężczyzna dopytuje, czy aby na pewno szyba wypadła sama. Słowa Martyna Rogóża potwierdza jedna z pasażerek, lipczanka, która relacjonuje, że zanim chłopak zajął miejsce, ktoś usiłował otworzyć okno – bezskutecznie. Po tych wyjaśnieniach motorniczy daje wiarę relacji naszego rozmówcy, rozpoczynają się poszukiwania apteczki. Mijają minuty – materiałów opatrunkowych najpierw nie udaje się zlokalizować, potem okazuje się, że ich jakość pozostawia wiele do życzenia. - Dostałem kawałek starego bandaża, którego bałem się użyć. Nie skorzystałem. Wody utlenionej nie było – wspomina M. Rogóż, dodając, że rany na rękach udało się opatrzyć wyłącznie dzięki pomocy jednej z pasażerek, która akurat miała przy sobie plastry. Konduktor, który się później pojawił, jak opowiada nasz rozmówca, był nieco rozdarty – z jednej strony sprawdzał bilety, z drugiej próbował coś zrobić w sprawie M. Rogóża – ten ostatecznie żadnej pomocy od niego nie otrzymał. Motorniczy miał poinformować naszego rozmówcę, że nie jest sanitariuszem i że jego obowiązkiem jest zajmowanie się pociągiem a nie nim, konduktor natomiast podobno zapytał tylko, czy pan Martyn ma… bilet. - Dlatego nie zamierzam odpuścić – mówi nam poirytowany zachowaniem pracowników kolei pan Martyn i wspomina, że już chwilę po zdarzeniu zaczął działać – przygotował dokumentację fotograficzną, zebrał kontakty do świadków zdarzenia, spisał numer identyfikatora konduktora. Już w Złotowie, bezpośrednio po zdarzeniu, poszedł do lekarza. Zamierza dochodzić swoich praw, zwłaszcza, że sytuacja została udokumentowana – w pociągu sporządzono stosowną notatkę. - Zależy mi choćby na przeprosinach, bo wiele nie oczekuję – mówi, nadmieniając, że jeśli oczywiście istnieje szansa na uzyskanie zadośćuczynienia – skorzysta z niej. [[reklama]]
[[nowa_strona]]
Czy taki scenariusz jest prawdopodobny? Jak mówi Naczelnik Działu Sprzedaży Wielkopolskiego Zakładu Przewozów Regionalnych – w tym celu zainteresowany musi w skardze, z podaniem daty, nakreślić okoliczności sytuacji, załączyć bilet, kserokopię posiadanych i związanych ze zdarzeniem dokumentów, a także informację o sporządzonej na miejscu notatce. Wówczas sprawa zostanie podjęta i na pewno nie zostanie odłożona w kąt – Przewozy Regionalne są bowiem zobowiązane do udzielenia pisemnej odpowiedzi. M. Rogóż ma prawo wystąpić o przeprosiny, o odszkodowanie – w drugim przypadku samodzielnie musi „wycenić” szkodę, po czym zostanie ona przez pracowników PR zweryfikowana. Skargę można zaadresować do Wielkopolskiego Zakładu Przewozów Regionalnych (ul. Dworcowa 1, 61-801 Poznań), zostanie ona przekazana według właściwości miejscowej.
Patrycja Koplin
[[reklama]]
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze