Wychował ósemkę własnych dzieci, piątkę zabrał z domów dziecka. Nie miał lekkiego życia, nigdy jednak przez myśl mu nie przeszło, że podjął niewłaściwą decyzję. Franciszek Kowalski - najstarszy w Pieczynku, i kto wie czy nie najbogatszy w doświadczenia, tata
Życie napisało panu Franciszkowi ciekawy scenariusz. Mamiło go dobrymi chwilami, za moment odwracało fortunę, by próbował się z losem. Wojna, ciężka praca, nie dająca się zdiagnozować choroba syna… - F. Kowalski kilka razy musiał wziąć się za bary z życiem. Układało się różnie, nasz rozmówca raz zyskiwał, raz tracił. Stracił 2 żony, zyskał 13 dzieci.
Historia jednej znajomości…
Rok 1952, Sędziniec. W Urzędzie Stanu Cywilnego młodzi ślubują sobie miłość. Na kościelną przysięgę przyjdzie jeszcze czas. Pan młody musi się najpierw wyrwać z kopalni, do pracy w której skierowano go w związku z tym, że jego ojciec służył w Armii Andersa. – Byłem tam 2 lata i 14 dni – F. Kowalski dokładnie pamięta czas spędzony w Dąbrowie Górniczej – siedzieć tam na dole, Boże, co to było… Później, mężczyzna parał się różnymi rzeczami. Pracował w kołchozie, stawiał ze zdunem piece, po kursie, który rozpoczął w 52`, dostał się do POM-u, potem do mleczarni. Musiał zapewnić byt powiększającej się rodzinie – na świecie pojawiały się kolejne dzieci. Żona dała mu siódemkę pociech: sześciu synów i córkę. – Prawie ojca nie widywaliśmy – opowiada Jolanta Tomczak, jego córka – cały tydzień pracował, wolną miał tylko niedzielę. – Dzień w dzień o 4.00 byłem na nogach – wspomina mężczyzna. Praca była ważna, ale nie najważniejsza. Pan Franciszek wszystko podporządkowywał rodzinie. – Przedostatni brat od małego chorował, nikt nie mógł rozpoznać, co mu dolega. Tata motorem pojechał do Wyrzyska po znachora, przywiózł go do nas, a potem z powrotem odwiózł. Po drodze kupił lekarstwa. Pomogły – przypomina sobie J. Tomczak. Trudnych sytuacji było więcej. – To było na zająca, dobrze pamiętam, bo dostaliśmy wtedy prezenty. Ganialiśmy się, a na podłodze stał kocioł z gorącą serwatką. „Nie biegajcie, bo wpadniecie do kotła” powiedziała mama i zaraz potem do kotła wpadł brat. Stracił przytomność. Jak ściągali mu rajtuzki, to razem z nimi odchodziła skóra – wspomina kobieta. – Brat stracił mowę i władzę w nogach. Od początku uczyliśmy go mówić i chodzić. Udało się, wyszedł z tego. Dzisiaj nie ma ani jednej blizny. F. Kowalskiemu było ciężko, najgorsze miało jednak dopiero nadejść. W 85` na zawał zmarła jego żona.
Dwa serca, pięć smutków
Wieluń. Układane z mozołem życie od ponownej dezorganizacji dzieli krok. Pan Franciszek robi go bez wahania. Znika za żelazną bramą. Niewiele później przekracza ją kolejny, tym razem ostatni raz. Nie jest sam, wraca do domu z Krzysiem i Januszkiem. Dom dziecka znika w oddali, autobus nabiera prędkości, potem PKP, pociąg mija kolejne stacje. – Krzysiek cały czas beczał, uspokoił się dopiero w Krzyżu. Pytałem, co mu jest, ale przecież on nie mówi. Jak tu do mnie przyszli to nie wiedzieli co to jest kura, co to kaczka, a co kot. Nie znali tego – wspomina nasz rozmówca. Czekało na nich wiele nowego, nową była też sytuacja rodzinna – w domu czekała już na nich trójka rodzeństwa, które przyszywany tata zabrał wcześniej z jastrowskiego domu dziecka. - Rok trwało nim je ściągnąłem. Pytali o wszystkie moje prace, z każdego zakładu wyciągnęli opinię – nasz rozmówca opowiada o procesie adopcji. Dlaczego mężczyzna się na nią zdecydował? Jak się okazuje, cała piątka była dziećmi kobiety, którą pan Franciszek poznał po śmierci małżonki i z którą związał swoją przyszłość. – Na początku się nie przyznała, że ma dzieci. Czarowała. Trochę sam się dowiadywałem, więc w końcu się przyznała, ale nie powiedziała ile i gdzie – wspomina nasz rozmówca. Sporo czasu upłynęło zanim mężczyzna dowiedział się prawdy. [[nowa_strona]]
Czy mężczyzna, niemłody już, mający szóstkę własnych dzieci nie miał wątpliwości, czy zdoła wychować kolejną piątkę? – Byłem na emeryturze, co mi zależało? – pan Franciszek ze zdziwieniem, spokojnie kopcąc papierosa odpowiada na moje pytanie. – Powiedziałem żonie: „Ty będziesz dobrze mieć, a dzieciaki tam mają być?” – mówi, mając na myśli domy dziecka.
Rodzinne życie przerwała kolejna śmierć. W 1996 roku pan F. Kowalski pochował małżonkę, tym razem nie został jednak w domu sam – miał adoptowanych dzieci i rodzonego syna z drugiego małżeństwa. – W gminie pytali mnie wtedy, co ja z dziećmi zrobię. A co, myśleli, że je wygonię? – zastanawia się. – Dopóki będę mógł to się będę nimi opiekował.
Kawa i ciasteczko
Wszyscy w Pieczynku znają Krzysia i Janusza. Chłopcy dają się lubić, są towarzyscy. – Jak coś się święci we wsi, to Krzysiu jest pierwszy – mówi J. Tomczak. Krzysiu bardzo ładnie rysuje. – Niektóre obrazki są jak żywe – wyjaśnia pani Jola. – Nie musi mieć linijki, od ręki rysuje – chwali tata. Początki nie były jednak takie łatwe. – W Wieluniu nie mieli chyba za dobrze – domyśla się kobieta, wyjaśniając, że jeszcze przez długi czas, już w Pieczynku, ukradkiem chowali sobie jedzenie na później. – Jak znalazłem chleb pod łóżkiem, to opieprzyłem – opowiada F. Kowalski – po co to chować? Jak nie zjedzone to można kurom dać. Mężczyzna zwyciężył jednak nawyk synów – kluczem okazała się systematyczność. – Śniadanie, obiad, kolacja, wszystko ma swoją porę. - Januszowi nie trzeba zegarka, sam wie, że już pora na śniadanie czy obiad – opowiada pani Jola. – Jak robiłem sobie kawę, to pytałem, czy też chcą, bo czemu im nie zrobić? Chcieli, to robiłem – z uśmiechem opowiada pan Franciszek. – Codziennie jest kawa i ciasteczko – dodaje córka.
Chłopaki, mimo niepełnosprawności, pomagają w domu. Pozamiatają, jak F. Kowalski tnie drewno to je układają. – Są chętni do pomocy. Bez taty ani rusz. Januszek, jak rano wstaje, pierwsze co robi to zagląda do taty. Jak go kiedyś zabraknie, to oni z tęsknoty… - pani Jola nie kończy. – Jakby musieli gdzieś iść do zakładu to by się załamali – przyznaje pan Franciszek.
- Kiedyś kręciła się koło mnie trzecia kobieta, ale postawiła warunek: oddać Krzysia i Janusza. W życiu. Nie po to ich ściągałem z domu dziecka, mają być przy mnie – mężczyzna mówi twardo.
A czy to ważne?
- Na jakie upośledzenie cierpią chłopcy – pytam? – Trzeba by zajrzeć w dokumenty – mówi pani Jola. Pan Franciszek też sobie nie przypomina. A czy to w sumie ważne?
Patrycja Koplin
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze