Co do genezy tego pomysłu to, szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. O ile pamiętam, zawsze ten magiczny dystans Ironman’a (zawody thriatlonowe, gdzie 3,8 km to pływanie, 180 km – jazda na rowerze i ponad 42 km biegu) był w głowie. Chęci na wystartowanie miałem już jakieś 4 lata temu, ale wtedy trochę zdrowie nie pozwalało na przyłożenie się do treningów. Poza tym te liczby robią wrażenie. Proszę sobie wyobrazić, że sam maraton jest niesamowitym obciążeniem dla organizmu, a tutaj przecież wcześniej trzeba przepłynąć prawie 4 kilometry w otwartej wodzie, walcząc z falami i cały czas nawigując, a potem wysiedzieć na siodełku przez 6 godzin, aby przejechać te 180 kilometrów. Na samo wyobrażenie człowieka bolą nogi. Pewnie dlatego tak niewielu jest śmiałków na taki dystans. Wielu znajomych, którzy uprawiają ten sport, ukończenie pełnego dystansu zostawia sobie na wiele lat w przód, np. jako prezent z okazji 40 urodzin. Niektórzy wcale nie mają zamiaru podejmować się tego wyzwania, bo wiedzą, ile to kosztuje wyrzeczeń. A sam triathlon jest na tyle ciekawym sportem, że nie sposób się znudzić. Nie ma żmudnego biegania lub jeżdżenia na rowerze czy monotonnego pływania w basenie. W tygodniu treningi są wymieszane, dzięki czemu i lepiej znosi to psychika, bo nie ma monotonii, jak i nasze ciało, bo angażuje się więcej partii mięśni.
Ostatni tytuł wyszedł trochę w wyniku przypadku. Na początku tego roku trener zadzwonił do mnie na 2–3 tygodnie przed zawodami, że potrzeba jakiegoś silniejszego bodźca treningowego i nakłonił mnie do zapisów na Mistrzostwa Polski Amatorów w Triathlonie Zimowym, które odbywały się w Olsztynie. Podzieleni na fale startowe mieliśmy do przepłynięcia 750 metrów w basenie olimpijskim na pięknym obiekcie Aquasfera, później przejechać 20 kilometrów wymagającej górskiej trasy na trenażerach rowerowych, a na koniec pokonać dystans 5 kilometrów na bieżni. Koniec końców trochę się zdziwiłem, że w kategorii do lat 30 uzyskałem 3 miejsce. Fajne przeżycie, tym bardziej, że to dopiero mój trzeci start w triathlonie. Poza tym można było spotkać kilku czołowych triathlonistów z polskiej areny. Wcześniej ukończyłem „połówkę Ironmana” i w sierpniu 2016 roku zawody Ironman, właśnie na morderczym pełnym dystansie (3.8 km pływania, 180 km rowerem i 42 km biegu). Na domiar złego przez prawie cały dystans roweru padał mocny deszcz, więc poprzeczka była podniesiona trochę wyżej. Później sam ją jeszcze bardziej podniosłem, bo krótko po rozpoczęciu biegu uszkodziłem stopę. Poza tym każdy, kto ukończy zawody na tym dystansie zostaje przysłowiowym „Człowiekiem z żelaza”. Ponadto razem z Katarzyną Borkowską jesteśmy jedynymi „żelaznymi ludźmi” z naszego powiatu, więc zawsze cieszy łatka tego „pierwszego faceta”, który tego dokonał. Kasia ukończyła zawody rok przede mną.
Reklama
Pierwszym krokiem w triathlonie był zapis na zawody, dopiero potem zacząłem szukać jakiejś wiedzy, która pozwoliłaby na efektywny trening. A że w Toruniu, gdzie obecnie studiuję, nabór prowadził Toruński Klub Triathlonowy, który właśnie zaczynał działalność, to zacząłem chodzić na treningi grupowe. Po półrocznych przygotowaniach przyszedł czas na debiut w Charzykowych, w połówce Ironmana (1.9 km pływania, 90 km rowerem, 21 km biegu), wtedy jeszcze z nie do końca skompletowanym sprzętem. Miałem jednak jasno nakreślony cel – to był tylko punkt na drodze, pewien rodzaj nauki tego, co miało mnie czekać w sierpniu. No i nauczyłem się bardzo dużo. Zresztą taki dystans jest też wyzwaniem. Pomimo kilku kluczowych błędów, jakie popełniłem, ukończyłem zawody poniżej 5h:30min, co ukróciło trochę nosa tym, którzy wcześniej powątpiewali w projekt „Ironman w debiutanckim sezonie”. Na drugi dzień wracałem z domu rowerem do Torunia – największy błąd w życiu, bo dojeżdżając do Bydgoszczy moje nogi były już jak z waty. W poniedziałek na zajęciach byłem w pół żywy.
Niestety każdy kij ma dwa końce. Jest to też po części spowodowane pracą zawodową, bo ciężko jest dostać 3–4 tygodnie wolnego, aby gdzieś wyruszyć. Z drugiej strony, nawet podczas treningu zdarzało mi się wyjechać w góry, aby pobiegać w innych warunkach, czy też rowerem nad morze, w formie jednodniowego treningu, akurat 200 kilometrów, potem wychlapać się w morzu i można wracać pociągiem z uśmiechem.
Reklama
To zależy od dystansu. Są dystanse 1/8 czy ¼ IM (750 m pływania, 45 km rowerem i 10,5 km biegu), one nie wymagają aż nadto treningu. Jestem skłonny powiedzieć, że zwykła osoba, która umie pływać i przebiegnie 5 km jest w stanie bez zbędnego przygotowania zmieścić się w limicie czasowym. Dla wielu startujących właśnie na takich krótkich dystansach jest to swoista odskocznia od stresującej pracy i traktują to jako zabawę. Triathlon na dystansie długim jest wymagającym sportem, chyba nie ma osoby, która ukończyła go z marszu, bez dłuższych przygotowań. U mnie trwały około 9 miesięcy. Jest to żmudna droga zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym. W okresie zimowym dłuższe, 2–3 godzinne treningi, wykonywane na rowerze stacjonarnym są katorgą dla głowy. Wczesnym latem często było tak, że w sobotę zamiast wypoczywać musiałem przejechać 200 km, aby potem pójść pobiegać 20–25 km w spokojnym tempie. W niedzielę oczywiście spokojny trening na rowerze, czyli kolejne 150 km. W ten sposób przyzwyczajałem się do wysiłku na dużym zmęczeniu. Dodajmy do tego obowiązki w pracy, na uczelni, niektórzy przecież mają rodziny. Dlatego jest potrzebnych tak wiele wyrzeczeń. Podsumowując poprzedni rok, wyszło mi, że codziennie byłem na treningu przez półtorej godziny. To dużo, a gdyby odliczyć prawie miesięczny okres odpoczynku po Ironmanie, wynik byłby jeszcze wyższy. Teraz trenuję już trochę inaczej, chociaż, porównując z poprzednim rokiem, to minimalnie więcej, choć na ten sezon porzuciłem dystans długi. Przynajmniej na sezon albo dwa. Głównym celem w tym roku jest połówka Ironmana. Złamanie pięciu godzin traktuję jako cel minimum, po cichu liczę na uszczknięcie jeszcze kilku minut. Jak na razie okres przygotowawczy idzie wzorcowo. W tym roku też mam dużo więcej startów, bo aż 6. Odwiedzę Lubasz, Bydgoszcz, Charzykowy, Susz, gdzie jest najlepsza impreza w całej Polsce, czy też nasze bliższe tereny jak Jastrowie, gdzie w końcu doczekaliśmy się imprezy w naszym terenie. Sezon zakończę w Chodzieży, gdzie na pewno będzie ogień i walka do samej mety.
Twoja pasja to przede wszystkim aktywność fizyczna. Zapytam przekornie – nie męczy Cię to? Odpoczywasz w jakiś sposób od swojej pasji?
Czym zajmujesz się na co dzień?
Dużo się mówi ostatnio o osiąganiu celów, o samozaparciu, o tym, aby być doskonalszą wersją siebie. Masz jakiś sposób na to, aby wytrwać w postanowieniach?

Przed Remigiuszem kolejne wyzwania. Jeden z celów to zagraniczne zawody w 2020 roku (fot. prywatne arch. R. Küblera)
Po części to prawda. Nie lubię siedzieć bezczynnie. Zresztą jak człowiek siedzi bezczynnie to szybciej się starzeje. Zmęczenie treningowe to naturalna kolej rzeczy. Po każdym mocniejszym treningu wszystko boli. Czasami zdarza się, że ledwo wchodzę po schodach na 3 piętro, ale czasami o to chodzi. Trzeba się „upodlić”, żeby być silniejszym. Oczywiście w zdrowym rozsądku, bo zjawisko przetrenowania jest bardzo groźne. Czasami, gdy czuję, że nie mam siły wykonać treningu z taką intensywnością, jaką powinienem w niego włożyć, przekładam go na inny dzień, a w tym czasie wybieram chociażby dłuższy spacer. Oczywiście nie żyję tylko sportem. Odpoczywam w kinie, czasami zdarza się „zniknąć na Instagramach” czy innych portalach społecznościowych, gdzie, przeglądając je, człowiek traci rachubę czasu. W wolnych chwilach cały czas dokształcam się też zawodowo, bo jednak praca i nauka to podstawa, a hobby to tylko amatorska ścieżka.
Reklama
Na co dzień jestem studentem ostatniego roku studiów magisterskich na UMK w Toruniu na kierunku informatyka. Ponadto na Uniwersytecie pracuję też jako informatyk, gdyż niestety trenowanie ciągnie za sobą wydatki. Mój dzień wygląda dosyć schematycznie. Rano 6–7 staram się upchać trening, potem do 16:00 –17:00 na uczelni i wieczorem drugi trening. Jeśli nie ma drugiego treningu, to mam więcej czasu na pisanie pracy czy doszkalanie się w zawodzie. Wieczory to zazwyczaj czas odpoczynku czy też wyjście do kina lub czas spędzony z dziewczyną. Zawsze w poniedziałek układam sobie plan godzinowy na dany tydzień, uwzględniający wszystkie nadchodzące zadania i terminy w danym tygodniu. Można powiedzieć, że dzięki temu hobby nauczyłem się efektywnie organizować swój czas. Ale muszę stwierdzić, że tydzień planuję pod treningi, a nie treningi w wolnym czasie. Ale chyba taka kolej rzeczy...
W tym roku będę mieć dopiero 25 lat. W triathlonie na średnim i długim dystansie najbardziej optymalny wiek to 35–40 lat. Wtedy to organizm jest najbardziej wydajny. Mam więc sportowy pomysł na 10–15 lat. Na chwilę obecną mam zaplanowane, że w 2020 roku będę chciał wystartować za granicą na zawodach pod egidą Ironman. Na takich można zyskać kwalifikację na Mistrzostwa Świata. Jednak do tego celu jeszcze 3 lata naprawdę ciężkich treningów przede mną. Jednak jest to cel jak najbardziej realny.
Reklama
Oj, bardzo często są myśli: na co mi to wszystko. W szczególności, gdy są cięższe okresy treningowe. Na myśl o poddawaniu się od razu przychodzi mi ranne wstawanie, często nawet przed 5:00, gdy ciągnie z powrotem do poduszki. Kilka razy wracałem z treningu, nie robiąc nawet połowy z zaplanowanego. Takie dni to normalność. Zresztą na samych zawodach, gdy motywacja powinna być największa ze względu na adrenalinę, to jednak przychodzą momenty, że ciało zwalnia, organizm daje znak, że jest wyczerpany, w głowie bywają dosłownie myśli: Zejdź z trasy. Po co masz się męczyć, skoro możesz potruchtać. Ale właśnie to jest w tym fajne, że pomimo takich myśli człowiek jeszcze bardziej przykręca śrubę i wbiegając na metę przy głośnym dopingu pada z wycieńczenia. Wtedy wie, że dał z siebie wszystko, przybija z rywalami piątki, wymienia z nimi wrażenia i miło spędza czas. A potem są niesamowite wspomnienia, właśnie z tych chwil.
Najważniejsze to chyba stawiać sobie cele, które są dla nas osiągalne. Lepsze jest stawianie sobie małych kroczków niż kroków milowych. Inaczej, nie realizując wyznaczonych celów, będziemy podcinać sobie skrzydła, rozgoryczeni porażką. To tak jak postanowienia noworoczne. Ktoś wyznacza sobie, że będzie biegał kilka razy w tygodniu, no ale niestety ostatnim biegiem był ten za czasów szkolnych na wychowaniu fizycznym. I pójdzie taka osoba na promenadę, nagle po 10–15 minutach będzie wkurzona, włócząc nogami i mówiąc sobie w duchu, że co ją naszło z tym bieganiem. Jeżeli nie ma ktoś tyle sił, aby biegać cały czas, wystarczy maszerować. Sam pamiętam, jak po urazie wracałem do biegania i naprzemiennie po 10 minutach spokojnego biegu 1 minutę maszerowałem. I taki trening trwał przykładowo pół godziny. Z czasem, gdy siły przychodzą, przerwy się skraca, aż znikną całkowicie. To stawianie małych kroków przybliża nas do sukcesu.
Reklama
Rozmawiała Klaudia Siekańska [[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
a to na pewno wyrwal sie z peletonu orzeszko..
Haha brawo !!!zaraz kamizelka może w kuloodporne by nas poubierali mi też ciągle jeden baran uwagę zwraca
W świetle prawa nie jest wymagane ani oświetlenie (jazda w dzień) ani kamizelka odblaskowa ;-) Możemy skierować wniosek do PiS, o dofinansowanie kupna kodeksu ruchu drogowego ;-)
a gdzie kamizelka...a gdzie oswietlenie w rowerze? 500 zł mandatu ! przyjmuje pan mandat czy kierujemy wniosek do PIS.
a to na pewno wyrwal sie z peletonu orzeszko..
Haha brawo !!!zaraz kamizelka może w kuloodporne by nas poubierali mi też ciągle jeden baran uwagę zwraca
W świetle prawa nie jest wymagane ani oświetlenie (jazda w dzień) ani kamizelka odblaskowa ;-) Możemy skierować wniosek do PiS, o dofinansowanie kupna kodeksu ruchu drogowego ;-)