- Nie chciałbym usłyszeć, jak ktoś powie, że ma wf z dziadkiem Ziatykiem – mówi Mariusz Ziatyk, który po 37 latach zakończył pracę jako nauczyciel. Kariery trenera nie zamierza jednak kończyć, chce dalej szkolić talenty. Który z nich był największy? O tym w wywiadzie z Leszkiem Chełmowskim
Podsumujmy krótko te długie 37 lat w zawodzie nauczyciela.
Swoją karierę zacząłem w Szkole Podstawowej nr 1 w Pyrzycach, we wrześniu 1985 roku. W Szkole Podstawowej nr 2 w Złotowie pracowałem od 1986 do 1991 roku. Potem na trzy lata trafiłem do Ośrodka Sportu i Rekreacji w Złotowie, gdzie udzielałem się jako kierownik obiektów sportowych. Po trzech latach wróciłem do szkoły, ale tym razem już do Jedynki. Tu spędziłem 29 lat swojego życia, „przeżyłem” w sumie siedmiu kolejnych dyrektorów.
Jedynka to było Pańskie „miejsce na ziemi”?
Może nie sama Jedynka, to raczej bycie nauczycielem było dla mnie rodzajem powołania. Odnalazłem się w tym, pomimo różnych zawirowań, które przeszły przez nasz kraj. Jako młody człowiek zetknąłem się z komuną. W 1981 roku brałem udział w strajkach, które zakończyły się stanem wojennym. Demokracja zawsze leżała mi mocno na sercu, dlatego podczas niedawnych strajków w szkole byłem jednym z pierwszych, którzy byli za. Chciałem stanąć po stronie przeciwnej rządowi, żeby wywalczyć coś dla naszego nauczycielskiego stanu. Niestety dość szybko zostaliśmy stłamszeni i nic się nie udało. Myślę, że jest to jedna z przyczyn, dla których mam po prostu dość walki z wiatrakami. Łudziłem się, że coś drgnie w warunkach pracy szkół i nauczycieli, ale najwyraźniej nie ma na to szans. Mógłbym jeszcze pracować, mam 61 lat, ale postanowiłem skorzystać z przywileju emerytury kompensacyjnej, przysługującej tym, którzy „przy tablicy” przepracowali przynajmniej 25 lat.

Jakie to uczucie zostawiać za sobą tak ważną i obszerną część życia?
Często pojawia się takie pytanie: czy osiągnąłeś sukces? Mam nadzieję, że jeszcze trochę sukcesów przede mną, niekoniecznie w roli nauczyciela i wychowawcy. Zdecydowanie czuję się spełniony. Pierwszy rocznik, jaki „wypuszczałem” ze szkoły, to był rocznik 1972, czyli dzisiejsi pięćdziesięciolatkowie. Wtedy mieli po kilkanaście lat. Z chwilą, kiedy przyszło mi uczyć nie tylko ich dzieci, ale też i wnuki, stwierdziłem, że trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść. Wydaje mi się, że jeszcze nie usłyszałem w szkole, że ktoś ma wf z dziadkiem Ziatykiem i chyba nie chciałbym do tego dopuścić. Nie chciałbym być przez dzieci tak postrzegany, jak relikt dawno minionych czasów. Póki co nie kuleję, nic mnie jeszcze nie boli, a znam takie przypadki, kiedy ktoś przeciągnął swoją karierę odrobinę za długo. Nauczyciel wychowania fizycznego raczej nie powinien przewracać się o własne nogi. Jestem dziadkiem, ale tylko dla swoich wnuków. To bardzo wyczerpująca praca, dzieci zabierają codziennie mnóstwo energii i trzeba temu podołać. Dlatego też już wcześniej założyłem, że w tym roku mówię sobie wreszcie pas! Z kontrą czterech pików! [śmiech]
Czy gdyby można było cofnąć czas i zacząć wszystko od nowa, Pańska kariera potoczyłaby się inaczej?
Jeśli chodzi o zawód nauczyciela, to wydaje mi się, że raczej nie. Było kilka propozycji związanych z piłką nożną, tutaj na pewno można było spróbować czegoś innego. Ja jednak zawsze na pierwszym miejscu stawiałem zawód nauczyciela, być może wyssałem to z mlekiem mamy, która też uczyła. Śmiało można powiedzieć, że kocham pracę z dzieciakami. Kiedy zaczynałem swoją pracę, w ogóle nie zdawałem sobie sprawy z tego, co człowieka czeka, nie tylko na lekcjach. Tego akurat się nie obawiałem, bo wiedziałem, że jestem dobrze do tego zawodu przygotowany. AWF Poznań z filią w Gorzowie, którego jestem absolwentem, robił wtedy fantastyczną robotę. O jednym nie miałem za to pojęcia – o całej organizacji, jaka kryje się pod hasłami szkoła, szkolnictwo, kuratorium czy ministerstwo oświaty. Na szczęście z biegiem lat człowiek uczył się tego wszystkiego i potrafił się w tym odnaleźć. Na pewno nie zmieniłbym tej decyzji i gdybym znowu miał wybierać, ponownie wybrałbym zawód nauczyciela. Czy wytrwałbym w tym tak samo długo, tego nie wiem. Różne były okresy mojego nauczycielstwa, ostatnie lata są jednak w mojej ocenie bardzo, bardzo słabe dla szkolnictwa.
Propozycje piłkarskie wiązały się zapewne z wyprowadzką ze Złotowa?
Tak, szczególnie w okresie, kiedy byłem związany z piłką nożną kobiet i z kadrą młodzieżową do lat 18, najpierw jako asystent, a potem już jako samodzielny trener. Nie ukrywam, że ta praca bardzo mnie wciągnęła, aczkolwiek, jak wspomniałem, na pierwszym miejscu była dla mnie zawsze szkoła.
Co Pana najbardziej cieszy w związku z zakończeniem pracy nauczyciela?
Nie wiem, jak to będzie, na razie są wakacje, jak co roku. Zobaczymy, jak zareaguję, gdy przyjdzie wrzesień, ale na brak pracy na pewno nie będę narzekał. Wciąż mam sporo do zrobienia w jedynym klubie sportowym, w jakim pracowałem, czyli w Sparcie Złotów. Jestem tam nieprzerwanie od października 1986 roku. Zaczynałem jako instruktor piłki siatkowej dziewcząt, potem była przyjaźń z Januszem Patriakiem i piłką nożną kobiet, a dopiero potem zaczął się długi rozdział z piłką nożną mężczyzn. Zawsze działałem tylko dla klubu Sparta, mimo tego, że udzielałem się też jako trener koordynator w Pile, byłem trenerem kadry Polski i Wielkopolski. Barw klubowych jednak nigdy nie zdradziłem. Chcę nadal przekazywać swoje doświadczenia młodszym kolegom. Zdecydowana większość młodych trenerów Sparty to moi byli zawodnicy z różnych roczników i zespołów. Jestem koordynatorem Akademii Piłkarskiej i to z nią związanych jest najwięcej moich obowiązków, prowadzę też drużynę juniorów, ale jak długo jeszcze - zobaczymy. Chcielibyśmy, aby każda drużyna miała dwóch trenerów, co wiąże się z koniecznością uzupełnienia kadr, do czego nieustannie staramy się w Sparcie dążyć. Chcemy zapewniać naszym zawodnikom jak najlepsze warunki i dobrą przyszłość. Przez te lata pracy w Złotowie udało się wielu chłopców - dziś już mężczyzn – wypromować i radzą sobie nie tylko w Polsce. Ostatni dobry przykład to Wojtek Golla, który podpisał niedawno nowy kontrakt na Węgrzech. To na pewno cieszy każdego, kto go gdzieś tam po drodze spotkał. Trenował u Andrzeja Bednarka, a ze mną miał zajęcia wf w Jedynce. Jeździliśmy razem na różne zawody szkolne, byliśmy m.in. na finale Wielkopolski turnieju Coca-Cola Cup w 2004 roku.
Wynika z tego, że Sparta to Pan. Ze świecą bowiem szukać kogoś, kto byłby aktywnie zaangażowany w sprawy klubu przez tak długi czas.
No paru prezesów już się przewinęło. Jak przyszedłem do Sparty, klubem zawiadywał jeszcze pan Bruno Radowski. Praca w klubie ma wiele różnych płaszczyzn, warto się temu przyjrzeć nie tylko z perspektywy kibica, zawiedzionego porażką seniorów. Klub to nie tylko mecz. Żeby ten mecz się odbył, trzeba zorganizować całe zaplecze, a to naprawdę duże wyzwania dla tych, którzy się w to angażują. Dla mnie także, bo jestem nie tylko koordynatorem akademii i trenerem, ale też członkiem zarządu. Chcemy jak najlepszych warunków dla naszych podopiecznych, ale nie zawsze na wszystko mamy decydujący wpływ.
Za czym w pracy nauczyciela będzie Pan najbardziej tęsknił?
Za dziećmi. Za zwykłymi, codziennymi zajęciami z nimi, za ich uśmiechem. Zdecydowana większość dzieci to są naprawdę bardzo fajni mali przyjaciele, z którymi można porozmawiać na wiele tematów. Nigdy nie miałem problemu z nawiązywaniem kontaktu, prowadziłem wiele klas jako wychowawca, również klasę sportową w Dwójce, jeździłem z dzieciakami na obozy, np. do Ustki, mecze Amiki czy Lecha, biwaki nad Juchaczem. Organizowałem wiele takich przedsięwzięć. Jednym z moich atutów jest gra na gitarze, zawsze mogę coś zaśpiewać, jakieś piosenki nawet wspólnie poukładać. Mam dość szeroki repertuar. Dzieci są bardziej otwarte, lubią takie zabawy i fajnie można z nimi spędzić czas. Za tym na pewno będę tęsknił, to są fantastyczne wspomnienia. Teraz w pewnym stopniu zrekompensują mi to obozy z Akademią Sparty. Już niedługo sześćdziesiąt dzieciaków pojedzie na obóz na Kaszuby, tam na pewno będzie co robić i gitara też może się jeszcze przydać. Będę też oczywiście tęsknił do kadry nauczycielskiej, bo miałem okazję i szczęście współpracować z naprawdę wspaniałymi kolegami i koleżankami
Ma Pan tendencje do wzruszeń? Obawia się Pan pożegnania z młodzieżą na zakończenie roku szkolnego?
Tak, dlatego na ostatnich apelach będę miał założone ciemne okulary [śmiech]. Miałem już okazje żegnać kolegów i koleżanki, odchodzących na emeryturę i jest to zawsze wielkie przeżycie, wielkie wzruszenie. Na ostatnich zajęciach z poszczególnymi grupami czułem się podobnie. Pozostaną spotkania klasowe, mam już zresztą za sobą parę takich zjazdów, m.in. z klasą sportową i to są naprawdę świetne spotkania. Warto się widywać, ale nie co 20 lat, tylko przynajmniej raz na pięć.
Jak dba Pan o formę?
Dużo chodzę. Tak naprawdę jestem w ciągłym ruchu i na uprawianie sportu nie mam zbyt wiele czasu. Jest mnóstwo obowiązków w Akademii Sparty, treningi, mecze, wyjazdy, także dobową normę ruchu, zalecaną przez WHO, zazwyczaj osiągam bez trudu. Teraz, gdy odejdą obowiązki związane ze szkołą, obiecuję sobie więcej jeździć rowerem, trochę więcej czasu poświęcić przydomowemu ogrodowi, może nawet wrócić do biegania. Lubiłem chodzić na basen, aczkolwiek z tego przyzwyczajenia mocno wybiła mnie pandemia. W okresie zimowym jeżdżę na łyżwach, lubię też poszusować na nartach.
Jak przez te wszystkie lata zmieniały się lekcje wychowania fizycznego? Wydaje się, że kiedyś sport miał w naszym życiu ważniejszą rolę do spełnienia?
Kiedy w 1986 roku trafiłem do Dwójki, wf i sport to była domena dziewcząt. To taka kolebka złotowskiej siatkówki, z dziewczynami z klasy sportowej pracował wtedy pan Osipiak. Potem przejął je Janusz Patriak, a ja zająłem się chłopakami. Kiedyś wf dziewczyny i chłopcy mieli osobno. Moim zdaniem nie powinno się tego łączyć, tak jak teraz to zrobiono. To już nie jest wf, tu trzeba bardziej zwracać uwagę na bezpieczeństwo niż na same zajęcia.
Wtedy wystarczyło flamastrem na tablicy ogłoszeń napisać o zajęciach SKS-u i pojawiało się mnóstwo chętnych. Na zajęcia, które odbywały się stadionie przy ul. Wioślarskiej, przyprowadziłem grupę czterdziestu osób. Jak to zobaczył ś.p. Adam Kaliniak, który organizował tam zakładowe rozgrywki piłki nożnej, to się trochę przestraszył. Nie był zachwycony, że taka rzesza chłopaków będzie nagle zakłócała mu porządek. Przekonałem go szybko argumentem, że to są właśnie przyszli zawodnicy, którzy tylko marzą o tym, żeby trenować i móc grać w rozgrywkach ligowych. Tak przełamaliśmy pierwsze lody z Adamem, który niebawem został kierownikiem mojej drużyny w piłce nożnej kobiet.
Kiedyś więcej się wymagało?
Rozgrzewka to były cztery okrążenia, czyli 1600 metrów biegu. Gdybym dzisiaj, po dwóch latach pandemii, zaproponował to swoim dzieciakom, to pewnie z trzy karetki by były potrzebne. Rodzice też wtedy darzyli nas większym zaufaniem, teraz ktoś kliknie coś w internecie i już mu się wydaje, że wszystko wie. Zapomina się o tym, co napisano dalej, drobnym druczkiem, jak działa nasza fizjologia, co to jest anatomia, jakie procesy biochemiczne zachodzą podczas pracy mięśni.
Przez te wszystkie lata program nauczania przeszedł wiele metamorfoz. W skrócie można powiedzieć, że kiedyś działo się znacznie więcej i lepiej, a teraz podstawa programowa wf-u to są bardziej zajęcia rekreacji ruchowej. Społeczeństwo się nam niestety trochę rozleniwiło. Kiedyś wracało się do domu ze szkoły, odrabiało lekcje albo rzucało teczkę w kąt i do wieczora było się na powietrzu, grało w nogę, klasy, bawiło się w chowanego czy podchody, dzieci były w ciągłym ruchu. Dlatego ich motoryka była na zupełnie innym poziomie. Teraz motorykę mają tylko ci, którzy chodzą na zajęcia dodatkowe, trenują w jakichś klubach. Sportowcy kiedyś zajęcia mieli praktycznie codziennie, teraz są to trzy, cztery jednostki w tygodniu, a to za mało, żeby myśleć o znaczących sportowych sukcesach. Dużo powszechniejszy jest też problem otyłości i braku wytrzymałości czy to tlenowej, czy beztlenowej.
Jak ewoluowała sportowa infrastruktura w Złotowie?
Jak przyjechałem do Złotowa, Wioślarska była w żużlu, po każdej ulewie na boisku roiło się od kałuż. Nie było Orlika, tylko boisko główne na Mickiewicza. Były za to osiedlowe boiska, których teraz w naszym pejzażu jak na lekarstwo. Na przestrzeni blisko 40 lat wiele się zmieniło, powstały nowe obiekty, nowe dyscypliny sportu. W dalszym ciągu jest tego jednak za mało, takie jest moje zdanie. Ktoś związany z kulturą może śmiało powiedzieć, że w Złotowie jest za mało jazzu. Wiadomo, koszula zawsze bliższa ciału. Na pewno jest duże zapotrzebowanie na większą ilość obiektów sportowych, jest coraz więcej klubów, grup, stowarzyszeń. Wszyscy muszą się gdzieś podziać. Dużo się na ten temat rozmawia i debatuje, ale niewiele z tego na razie wynikło. Mamy praktycznie jedno pełnowymiarowe boisko, na prawie 20-tysięczne miasto. To temat dla samorządowców.
Paradoksalnie polska piłka największe swoje sukcesy odnosiła w tamtych, „dzikich”, czasach.
Kiedyś do piłki nożnej trafiali tylko ci najlepsi, teraz do dobrych szkółek chodzą ci, których rodziców stać na opłacenie wysokich składek. Efekt sportowy wynika z zaangażowania, samozaparcia, poświeceń, dużo mniejsze szanse ma na to ktoś, kogo mama odwiezie i odbierze z treningu. Tak nie tworzą się prawdziwe sportowe charaktery, a to o charakter głównie tu idzie. Program szkolenia PZPN-u dobrze się prezentuje na papierze. Poszczególne jednostki w certyfikacji są odpowiednio doglądane i monitorowane i mam nadzieję, że w pewnym momencie przyniesie to zamierzony efekt. Na pewno drzemie w tym jakiś potencjał.
Laureat honorowej nagrody PZPN, najlepszy trener powiatu, etc., etc. Czy tego typu wyróżnienia są dla Pana ważne?
Wszelkie plebiscyty to tylko rodzaj zabawy, jak wysłanie sms-a na ulubioną piosenkę. To takie kopniaki, dodające wiary w to, co się robi. Na pewno miło być dostrzeżonym i obdarowanym zaufaniem. Z własnego doświadczenia wiem jednak, że łatwiej być docenionym przez obcych niż przez swoich.
Innym rodzajem wyróżnienia jest pamięć i wdzięczność wychowanków, takich jak Paweł Buzała, bracia Rajsowscy, Mateusz Chudziński, Marek Bianga, Grzegorz Grzebel, Marcin Ziatyk, Wojciech Golla, Kamil Czapla, Michał Fertikowski, Damian Buczek, Bartek Imosa, Olaf Bruski, Marcin Grabowski, Maksymilian Manikowski, Hubert Grabowski czy Miłosz Wódecki.
Z tym mogę się zgodzić w stu procentach. Co ciekawe, zawsze byłem raczej wymagający. Właśnie spotkania po latach utwierdzają mnie w przekonaniu, że fajną robotę razem zrobiliśmy, że udało mi się ich zarazić sportem, niektórych całkiem poważnie. Część z nich to już ludzie po czterdziestce, ale wciąż blisko im do sportowego trybu życia, ciągle są aktywni i przekazują pałeczkę kolejnym pokoleniom. Dla nauczyciela wychowania fizycznego to naprawdę bardzo pocieszające, bo na tym amatorskim poziomie nie wynik jest najważniejszy, ale relacje, które nas łączą. To właśnie moi wychowankowie są moim największym sukcesem, to były takie zespoły-rodziny. Z drużyny piłki nożnej kobiet, założonej przez nas w 1987 roku, do reprezentacji Polski trafiło 11 zawodniczek: Beata Bąk, Aneta Cienkosz, Iza Kachnowicz, Monika Kachnowicz, Dorota Adamczyk, Katarzyna Łyjak, Basia Mirr, Natalia Pisula, Ula Chomontowska, Hania Serocka, Grażyna Dąbrowska. Wszystkie zagrały z orzełkiem na piersi, to jest dla mnie prawdziwe szczęście i prawdziwy powód do dumy.
Największy talent, z którym miał Pan przyjemność do tej pory pracować?
To jest temat rzeka, bo ciężko ocenić czyjś potencjał w wieku 12 lat. Niektóre talenty wybuchają prędzej, inne później. Moim sukcesem jest zaszczepienie wiary w to, że można coś osiągnąć tylko dzięki swojej ciężkiej pracy. Jeśli masz możliwość iść wyżej – musisz iść, musisz chociaż spróbować. W Złotowie mówiło się o różnych talentach, był Janusz Biela, Janek Turkowiak, ale talent to jest zaledwie 15 procent w tym równaniu. Żeby coś w sporcie osiągnąć, to poza chęcią do ciężkiej pracy trzeba też mieć dużo szczęścia. Zbyt wiele jest historii obiecujących zawodników, których kariery przekreśliła pechowa kontuzja czy labilna konstrukcja psychiczna. To wszystko musi być jeszcze poparte odpowiednimi cechami wolicjonalnymi. Kiedy ktoś szuka pretekstów, to raczej niczego nie osiągnie. Dlatego ciężko powiedzieć, kogo uznałbym za największy talent spośród moich wychowanków.
Na emeryturze nie będzie czasu na nudę. Dojdą jakieś nowe obowiązki?
Nudzić się raczej nie będę. Pewnie poprowadzę drużynę juniorów w lidze wojewódzkiej, chciałbym też zacieśnić naszą współpracę z Lechem Poznań. Będzie też okazja jeździć na spotkania koordynatorów do Wronek, bo do tej pory, ze względu na szkołę, byłem trochę ograniczony w możliwościach wyjazdów.
Czy jest szansa, że zobaczymy jeszcze kiedyś Mariusza Ziatyka jako trenera drużyny seniorów?
Takie rozmowy były ze mną prowadzone nie raz i nie dwa, ale raczej nigdy do tego nie dojdzie. U mnie zawodnicy musieliby trenować codziennie, musiałoby też być więcej osób zaangażowanych przy takiej drużynie. Wymagałbym też przynajmniej 25-osobowego składu, a póki co, w takich amatorskich warunkach, jest to mało prawdopodobne. Już to przerabiałem wcześniej i dobrze wiem, czym pachnie gra na tym poziomie rozgrywkowym.
Na co, poza piłką nożną, będzie Pan teraz poświęcał więcej czasu?
Jestem wielkim kibicem żużla, jeżdżę na mecze do Gorzowa i do Torunia. Do Piły jeździłem jak była tam ekstraklasa. Zawody Grand Prix to naprawdę są wielkie emocje, mamy świetnych zawodników, fajne obiekty i kibiców. Mam nadzieję, że teraz, na emeryturze, tego „zapaszku” żużla uda się doświadczać trochę więcej. Tak jak jazdy na nartach, bo jako nauczyciel miałem taką okazję właściwie tylko w krótkim, feryjnym okresie, a wiadomo, że wtedy ceny są podwójne. Teraz sezon otwierał będę w grudniu, a zamykał w marcu [śmiech].

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!