Wyprawa Lifepackers tylko symbolicznie dobiegła końca. Aleksandra i Maciej Pulit, którzy dwa tygodnie temu zawarli związek małżeński, nadal będą podróżować, ale nieco inaczej. Więcej w rozmowie z Piotrem Steffenem.
Małżeństwo to zazwyczaj początek podróży. W Waszym przypadku oznacza koniec tej dotychczasowej, dookoła świata?
Symbolicznie okrążyliśmy świat – wyruszyliśmy w 2016 roku na wschód, a wróciliśmy z zachodu. Szacowaliśmy, że podróż zajmie nam dwa lata, a skończyła się po prawie czterech. Możliwe, że trwałaby nawet po dzień dzisiejszy, ale dość drastycznie przerwał nam ją covid. Będąc w północnej Argentynie zdecydowaliśmy o powrocie do ojczyzny. Nie zabawiliśmy w niej jednak zbyt długo i wyjechaliśmy do Norwegii, gdzie od kilku miesięcy mieszkamy i nadal podróżujemy, ale nieco inaczej.
Nie dało się podróżować w warunkach pandemii?
Naszym założeniem było podróżowanie blisko lokalnych społeczności, głównie autostopem albo transportem publicznym. Z dnia na dzień stało się to jednak niemożliwe. Covid zastał nas na północy Argentyny, przy granicy z Boliwią. Zaczęły docierać sygnały o zamykaniu się kolejnych krajów Ameryki Południowej. Na ulicę wyszło wojsko i policja, a bez specjalnych przepustek utrudnione było jakiekolwiek przemieszczanie się nawet na terenie miasta. Początkowo wynajęliśmy pokój na dwa tygodnie z myślą, że przeczekamy tę niespokojną sytuację i ruszymy dalej. Okazało się, że sytuacja nie ulega poprawie, a nasz odmienny odcień skóry powoduje u przechodniów lęk oraz złość. Trudno się dziwić takim reakcjom, nikt nie wiedział przecież jak długo jesteśmy poza Europą, a media przepełnione były informacjami o ogromnej liczbie umierających. Jednym słowem, stosunek do obcokrajowców był dość niechętny i nieufny.

Baliście się bardziej o bliskich w Polsce czy o siebie?
Zdecydowanie o rodzinę. Sytuacja zmieniała się bardzo dynamicznie, a loty do Europy „znikały” z rozkładów albo osiągały absurdalnie wysokie ceny. Wiedzieliśmy, że dostanie się do Polski będzie coraz trudniejsze. Nasz znajomy z USA utknął w argentyńskim mieszkanku na dobrych kilka miesięcy. Nie wyobrażaliśmy sobie takiej sytuacji, dlatego wzięliśmy udział w zorganizowanej akcji #lotdodomu z Buenos Aires do Warszawy.
W Polsce, po odbyciu kwarantanny, spędziliśmy trzy miesiące, nadrabiając zaległości towarzysko–rodzinne. W połowie lipca wyjechaliśmy bez większego planu i pomysłu do Norwegii.
Dlaczego tam?
Nie mieliśmy pomysłu na to, co robić w Polsce, wyrwani tak nagle z podróży. Chcieliśmy zwiedzić obie Ameryki, docierając aż na Alaskę i zakładaliśmy, że w międzyczasie wszystko naturalnie ułoży nam się w głowach. Tak się jednak nie stało.
Pomysł z Norwegią pojawił się spontanicznie. Dostaliśmy zaproszenie od znajomych w Oslo i stwierdziliśmy, że przyda nam się zarobić trochę grosza. Zaczęliśmy orientować się w temacie i szukać pracy, ale bez konkretnej wizji na to, na jak długo tam jedziemy. Norwegia była naszym marzeniem podróżniczym od wielu lat, dlatego sama wizja zamieszkania w tak pięknym rejonie świata była dla nas niezwykle kusząca.
I wpadliście na pomysł, że skoro macie już lukę, to weźmiecie ślub?
(Śmiech) Trochę tak. Jakiś czas byliśmy już zaręczeni, więc ta myśl przyszła bardzo naturalnie.
Jak wyglądały oświadczyny?
Oczywiście w podróży! Podczas niespodziewanego lotu do Polski na ślub kuzynki. To były podniebne zaręczyny.
Spontaniczne?
Nie do końca spontaniczne, choć nie planowałem tego z pilotem. W trakcie lotu ukradkiem poinformowałem załogę o moim pomyśle i poprosiłem o możliwość nagrania. Ola niczego nieświadoma, była totalnie wzruszona. Dostaliśmy szampana, a pasażerowie bili nam brawo. Przemiłe wspomnienie.
Było Wam szkoda, że ślub nie odbył się w podróży?
Nie. Mogliśmy to zrobić w zasadzie wszędzie, ale nie miałoby to dla nas odpowiedniego wymiaru. Mamy liczne rodziny i poczucie przynależności do nich jest ogromne. Nasi przyjaciele są też w zasadzie częścią nas więc nie wyobrażaliśmy sobie, że mogłoby ich przy nas zabraknąć w tak ważnym dniu.
Gdzie odbyło się wesele?
W sali wiejskiej w Starej Wiśniewce. Jest to przestronny obiekt z ładnym wnętrzem, a w dodatku bardzo dobrze wyposażony, jak na tego rodzaju imprezy. Choć nie wszyscy zaproszeni goście zdołali dotrzeć, to bawiliśmy się w niemałym gronie 120 osób.
Nie przypadkiem do ślubu pojechaliście autostopem?
Tak, chodziło o symbolikę naszej podróży. Początkowo myśleliśmy, żeby pojechać skuterem Vespa, gdyż wielokrotnie nią wspólnie jeździliśmy. Jednak podróżowanie w sukni ślubnej i z wiankiem zamiast kasku na głowie, mogłoby być niebezpieczne, dlatego zmieniliśmy koncepcję.
Autostop nie był reżyserowany?
Nie. Gdyby jednak nikt przypadkowy nie zdecydował się zatrzymać, ktoś z bliskich pewnie by nas podwiózł na ceremonię zaślubin. Staliśmy na drodze dosłownie chwilę, zabrało nas drugie czy trzecie przejeżdżające auto. Tyle jeździliśmy na stopa po świecie, więc tym razem również oddaliśmy się losowi. Gdybyśmy nie zdołali dotrzeć na czas, może oznaczałoby to, że nie należy brać tego ślubu? (Ola i Maciek głośno się śmieją).
Jak się po nim czujecie? Coś się zmieniło?
Chwilami czuję się trochę dziwnie – mówi Ola – trzeba było załatwić wiele formalności związanych ze zmianą nazwiska. Nawet nie wiedziałam, jak mocno byłam związana z moim nazwiskiem panieńskim. Muszę być teraz podwójnie skupiona, żeby pamiętać o nowym. Poza tym jest trochę inaczej, gdy gdzieś wchodzę i mówię, że przyjechaliśmy z… mężem, a nie z moim Maćkiem.
Maciek: mimo, że tyle ze sobą przeżyliśmy, to ślub był dla mnie wyjątkowym doświadczeniem. Mam takie mocne poczucie, że rzeczywiście jesteśmy ze sobą na dobre i na złe. Jak patrzę na żonę, jest trochę inaczej niż kiedy patrzyłem na dziewczynę. Trudno to wyrazić, ale czuję, że to innego rodzaju połączenie, choć razem jesteśmy już 5,5 roku.
Można powiedzieć, że dotychczasowa podróż poprowadziła Was do ślubu.
Na pewno. Bez wątpienia podróż jest genialnym testem dla pary, choć nie zawsze łatwym. Oczywiście, nie trzeba jechać dookoła świata, żeby się do siebie przekonać, ale choćby 2–3 tygodniowy wspólny wypad może pokazać wiele kwestii w zupełnie nowym świetle. Podczas przebywania ze sobą 24 godziny na dobę nie ma miejsca na udawanie kogoś innego. Wychodzi jak na dłoni, co cię denerwuje, jak reagujesz gdy jesteś zmęczony, głodny czy przemoczony albo gdy skomplikuje się twoja sytuacja zdrowotna. Przy takiej intensywności o wiele łatwiej i szybciej można wiele rzeczy o sobie zweryfikować. Przynajmniej te kluczowe, bo co do reszty, będziemy uczyć się siebie i docierać przez całe życie.
Po drodze były poważne zakręty?
Oczywiście. Były momenty, że było nam siebie za dużo. U każdego pojawiła się w głowie myśl, że może dobrze byłoby zrobić sobie od siebie przerwę, żeby wziąć chwilowy oddech, aby spojrzeć na nasz związek z boku. Rozmawialiśmy o tym ze sobą, ale jednak ostatecznie decydowaliśmy się iść dalej wspólnie trzymając się za rękę. Od początku traktowaliśmy też siebie bardzo poważnie, a problemy pomiędzy sobą rozwiązywaliśmy raczej na bieżąco. Przyjęliśmy zasadę, aby pod żadnym pozorem nie zasypiać w gniewie na siebie. Co by się nie działo, przed zaśnięciem to omawiamy, aby następnego dnia z czystym sercem jechać dalej. To jest nieustanna praca nad sobą. Poza tym, gdy jest się ze sobą w zasadzie nieustannie, nie ma szansy niczego udawać.
Co najbardziej zmieniło w Was podróżowanie? Co uświadomiło?
Na pewno nauczyło wdzięczności. Często zapominamy doceniać to, co mamy. W podróży doświadczaliśmy też wiele dobra, co sprawiło, że staramy się wierzyć, że każdy człowiek w swojej pierwotnej naturze jest dobry. Spotykaliśmy na swojej drodze ogrom ludzi, których nie znaliśmy. Każdy z nich miał jakąś historię – może był złym ojcem, może złą żoną, może kogoś skrzywdził… Ale nam, obcym, wszyscy pomagali. Byli dla nas zwyczajnie dobrymi ludźmi. To pokazuje, że układ społeczno–kulturowy, w jakim na co dzień żyjemy, nakłada nam różne maski.
Doszliśmy też do wniosku, że wyjazd na pozornie zwykły biwak może pozwolić nam na zrozumienie wielu życiowych kwestii. Chwilowy przystanek, pobyt w ciszy, na łonie natury zmienia perspektywę. Żyjemy w ogromnym pędzie i my kiedyś też tak funkcjonowaliśmy. Mieliśmy fajne życie w Poznaniu, dużo się działo, byliśmy zajarani tym, co robiliśmy, czuliśmy się w jakimś stopniu spełnieni, mieliśmy przyjaciół, stabilną sytuację finansową, ale nie chcielibyśmy już do tego wrócić. To było dla nas, na tamtym etapie, fajne życie, ale... bez życia. Przez lata w podróży jednak się zmieniliśmy i inne rzeczy są teraz dla nas wartością.

Piękne widoki zostaną nie tylko w pamięci, ale są też utrwalone na zdjęciach i filmach
Taka podróż to też jednak w pewnym sensie oderwanie od życia.
To prawda. W podróży każdy dzień był totalnie nieprzewidywalny. Nie byliśmy też obciążeni codziennymi obowiązkami ani oczekiwaniami społecznymi. Wiedzieliśmy, że zmagamy się z zupełnie innymi rozterkami niż nasi bliscy tutaj. My cieszyliśmy się, że zjemy na śniadanie świeżutkie mango, zastanawialiśmy się kiedy uda nam się zrobić pranie albo dokąd dalej jechać, a oni zastanawiali się nad tym, jak zapewnić opiekę dla chorego przedszkolaka. To były jakby dwa równoległe światy. Dlatego też mieliśmy obawy, czy po powrocie nasze przyjaźnie przetrwają. Na szczęście nasze obawy okazały się zupełnie bezpodstawne.
Jak wracacie do rutyny?
Na pewno z innym podejściem. Wcześniej dużo więcej planowaliśmy, staraliśmy się kontrolować. W podróży jednak dobitnie doświadczaliśmy, gdzie możemy sobie schować nasze ambitne plany. Autostop to niesamowita magia, bo nigdy nie wiedzieliśmy kogo spotkamy, dokąd nas zawiezie i co wydarzy się w trakcie jazdy. W pewnym sensie oddawaliśmy się losowi. Razem przyjmowaliśmy to z pokorą. Teraz też idziemy razem, ale w nowych okolicznościach. Ta rutyna jest teraz dla nas nowością, której jesteśmy na maksa ciekawi. Chodzimy do pracy, sprzeczamy się o niepozmywane naczynia i organizujemy sobie domowe randki. Teraz odnajdujemy się w nowej rzeczywistości nie przebywając ze sobą cały czas.
Rzeczywiście tak bardzo oddawaliście się losowi?
Nie będziemy opowiadać, że autostop to najbezpieczniejszy sposób podróżowania, gdyż słyszeliśmy o wielu niefortunnych przypadkach, ale fakt jest taki, że przez cztery lata w drodze nie spotkało nas nic złego. Często staraliśmy się też zwyczajnie słuchać intuicji. Działaliśmy tak, aby nie robić sobie z niczym presji i często decydowaliśmy, że pojedziemy tam, dokąd dane nam będzie dotrzeć. Nie było aż takiego ciśnienia na konkretny kierunek czy miejsce. Wtedy dzieją się bowiem często złe rzeczy. Z podróży wynieśliśmy lekcję wsłuchiwania się w siebie. W momentach wyborów siadaliśmy i mówiliśmy sobie na głos, co czujemy. Może brzmi to trochę jak takie „czary mary”, ale wielokrotnie się to u nas sprawdziło. Tym sposobem dotarliśmy na Antarktydę – poprzez splot wielu „zbiegów okoliczności” i naszej głębokiej wiary w to, że się uda.
Jak to wyglądało?
Wymyśliłam ją, siedząc przed komputerem w upalnej Australii. Wpadło mi ogłoszenie dotyczące rekrutacji na polską stację badawczą. Ostatecznie, nie wysłaliśmy zgłoszeń, ale ziarenko ciekawości zostało zasiane. Zadecydowaliśmy, że spróbujemy złapać jachtostopa na Anarktydę z południowej Argentyny (Ushuaia). Jachtostopem pływaliśmy już dotychczas po Pacyfiku odwiedzając takie kraje jak: Tonga, Fiji, Vanuatu, Wallis & Futuna. Wertowaliśmy ogłoszenia na różnych grupach facebookowych. Maciek wysłał zapytanie odnośnie organizowanej ekspedycji przez polską załogę, jednak nasze możliwości finansowe nie były w stanie sprostać tak wypasionej wyprawie. Następnie za sprawą wielu rożnych czynników, w ostatniej chwili zwolniło się miejsce, a my akurat byliśmy na miejscu, zaoferowaliśmy naszą pracę i realizację wspólnego projektu, a także sporo znegocjowaliśmy. Udało się!
Mieliśmy zaszczyt płynięcia łodzią regatową pod polską banderą z doświadczonym kapitanem wraz z dziesięcioma innymi osobami. Cały rejs trwał trzy tygodnie, z czego na samej Antarktydzie spędziliśmy osiem dni. Płynęliśmy najbardziej niebezpiecznymi wodami świata – Pasaż Drake’a. To było niesamowite doświadczenie.
Zeszliście na ląd?
Tak, oczywiście, choć możliwości przebywania na lądzie antarktycznym są bardzo ograniczone i ściśle określone, więc o żadnej samowolce nie ma mowy. Jednak dzięki temu, że podróżowaliśmy stosunkowo niedużą łodzią w tak nielicznej grupie, mogliśmy doświadczyć czegoś zupełnie wyjątkowego! Odwiedzenie Polskiej Stacji Antarktycznej im. Henryka Arctowskiego było dla nas niesamowitym przeżyciem. Widzieliśmy zapierające dech w piersiach, bezludne krajobrazy. Sąsiedztwo wielorybów, orek, lampartów morskich, fok i pingwinów sprawiła, że czuliśmy się trochę jak w innym świecie. Braliśmy mały ponton (dinghy) i podpływaliśmy do brzegu, czego na dużym rejsowcu nie można doświadczyć. Co więcej, dzień polarny znacznie wydłużał ilość czasu, w którym mogliśmy cieszyć się otaczającym nas pięknem. Niektórzy mogliby się dziwić: ile można patrzeć na tak mało różnorodne krajobrazy? Dla nas było to jednak najwspanialsze podróżnicze doświadczenie. Choć, te kilka miejsc, to zaledwie ułamek całego kontynentu, nam w zupełności wystarczyło.
Jaki był rejs?
To były zdecydowanie wymagające wody, ale nasz kapitan był bardzo doświadczony, co dawało nam poczucie bezpieczeństwa. Momentami fale były ogromne i ostro nami bujało, dlatego nie jestem pewna, czy osoba, która nigdy wcześniej nie żeglowała, czułaby się komfortowo na takiej wyprawie. Nam bardzo pomogło doświadczenie z jachtostopowych podróży z Pacyfiku.
Dzień przed wypłynięciem wiatr był tak silny, że idąc pomostem do zacumowanej łodzi, szłam na czworaka, aby nie zmiotło mnie do wody. Fale bywały potężne, a wiatr w porywach przekraczał nawet 100 węzłów!
Czasami jedna błędna decyzja i ułamki sekund mogą kosztować życie. Zresztą słyszeliśmy historie o tragicznych wypadkach na Pasażu Drake’a. Praktycznie nie ma szans na ratunek, jeśli ktoś z załogi wypadnie za burtę, dlatego tak ważne jest przestrzeganie zasad bezpieczeństwa na pokładzie. Podczas rejsu każdy z nas miał też szereg obowiązków. Na zmianę przygotowywaliśmy posiłki i mieliśmy wspólne wachty, co bardzo nas do siebie zbliżyło.
Waszą dewizą miało być poznawanie i pokazywanie prawdy – realizowaliście ją?
Dlatego zdecydowaliśmy się na autostop. On stanowił około 80% naszego sposobu podróżowania. W razie konieczności decydowaliśmy się na łódź, samolot czy pociąg. Przykładowo w Indiach duże odległości pokonywaliśmy nocnymi pociągami, w najniższej klasie, czasami nawet stojąc. W taki sposób poznawaliśmy najzwyklejszych ludzi, z którymi wspólnie jedliśmy albo graliśmy w karty. Na naszym szlaku nie było hoteli, resortów czy drogich restauracji. Chcieliśmy poznawać wszystko na swój sposób. Godzinami rozmawialiśmy z ludźmi, aby poznać ich perspektywę. Kierowała nami na pewno chęć pokazania tego, co doświadczamy w miarę naturalny sposób. Dużo jest teraz wokół nas rzeczy wymyślonych albo zaaranżowanych.
Początkowo chcieliśmy publikować więcej materiałów na naszym facebookowym profilu, ale zdaliśmy sobie sprawę jak jest to czasochłonne i trudne logistycznie. Sporadycznie też bywaliśmy w miejscach, w których dobrze śmigał internet. Poza tym wyobraźcie sobie, że ktoś otwiera przed nami swój dom, daje nam serce na dłoni, a my mamy odejść na bok i zacząć pracę na laptopie… Stosunkowo szybko przekonaliśmy się, że nie jesteśmy w stanie systematycznie informować o tym, co przeżywamy. Zdecydowaliśmy, że to ma być przede wszystkim nasza podróż i nasze doświadczanie. A chęć regularnej publikacji odłożyliśmy nieco na bok.
Jest ryzyko, że to uleci?
Na szczęście mamy wiele materiału: zdjęcia, ujęcia filmowe, łącznie to kilka terabajtów danych. Kiedyś to opracujemy. Może na emeryturze?
Na ile podróż przebiegała zgodnie z planem, a na ile spontanicznie?
To się u nas bardzo zmieniało. Przed wyjazdem, mieliśmy tabelę ze szczegółową rozpiską, co w danym kraju chcielibyśmy zobaczyć. Przez pierwsze dwa miesiące trzymaliśmy się harmonogramu, ale z czasem nam się to zupełnie rozjechało. Zaczynaliśmy zbaczać, poznawać ciekawych ludzi, zatrzymywać się na dłużej i skręcać w boczne uliczki. Zmieniliśmy styl podróżowania i wyluzowaliśmy.
Nasz pobyt w Indiach miał trwać miesiąc, a trwał trzy miesiące! Z jednej strony wiedzieliśmy, że nie możemy przedłużać wszystkich wiz, a z drugiej byliśmy wszystkim ogromnie zafascynowani. Z czasem robiliśmy tylko ogólny zarys naszej trasy, który na bieżąco weryfikowaliśmy. Zauważyliśmy, że na podróżowanie albo ktoś ma czas, albo pieniądze. Nie mieliśmy dużych funduszy, ale mieliśmy czas. Doświadczaliśmy życia, nawet nie celowaliśmy we wszystkie najważniejsze atrakcje. Nie stawaliśmy na głowie, żeby zobaczyć jakiś pałac tylko dlatego, że jest on na wysokim miejscu jakiegoś rankingu czy listy.

Autostop stanowił około 80% sposobu podróżowania Oli i Maćka
Czego nie udało się zrealizować?
Mieliśmy pomysł, żeby dostać się jachtem z Timoru Wschodniego do Australii. Chodziliśmy wokół tego tematu około trzech tygodni, bo co rusz pojawiała się jakaś iskierka nadziei. To odległość tylko 500 km, ale niestety ze względu na nieodpowiednie wiatry i wysokie fale nie pływały tam żadne prywatne łodzie. Ostatecznie przelecieliśmy tę odległość samolotem.
Zdarzyły się Wam bardzo niebezpieczne momenty?
Poza kilkoma sytuacjami, kiedy zaniemogliśmy zdrowotnie, to w zasadzie nie doświadczyliśmy żadnych niebezpiecznych chwil. Przytrafiło nam się omdlenie, zatrucie pokarmowe, zapalenie migdałków, infekcja rany z 41–stopniową gorączką oraz kilka niegroźnych wywrotek na skuterze. W Australii wywróciłem się na rowerze i straciłem na chwilę przytomność. Z rozbitej głowy polała się krew, Ola była przerażona, ale na szczęście od razu trafiłem do szpitala i po przebadaniu okazało się, że wszystko jest w porządku.
Co z ubezpieczeniem?
Jednym z partnerów naszej wyprawy był Allianz, który w pełni ubezpieczał nas w czasie trwania podróży. To było dla nas ogromne wyróżnienie. Zrealizowaliśmy wspólnie kilka fajnych projektów i jesteśmy za to ogromnie wdzięczni!
Jaka rzecz najbardziej Was zaskoczyła?
Niewiarygodna gościnność w Indonezji, Malezji, ale przede wszystkim w Iranie. To kraje muzułmańskie, które odwiedziliśmy na dłużej i w których zostawiliśmy kawał serducha. Po drugie, za sprawą podróży bardzo zbliżyliśmy się do natury. Za każdym razem nie mogliśmy nadziwić się temu, jak ona jest doskonała i jak wiele jeszcze na jej temat nie wiemy. Im dłużej podróżowaliśmy, tym bardziej ciągnęło nas z dala od aglomeracji. Odwiedzaliśmy miasta głównie po to, aby coś załatwić, ale zdecydowanie bliżej nam było, aby przebywać w małych mieścinkach. Chyba dlatego zdecydowaliśmy się teraz na tymczasowy postój w Oslo, o którym żartobliwie mówi się, że to największa wioska w Norwegii. Ale chyba najbardziej zafascynował nas podwodny świat. Zrobiliśmy kurs nurkowania, a także spełniliśmy swoje ogromne marzenie pływając z wielorybami.
Blisko?
W wodzie spędziliśmy dwie godziny obok tych niesamowitych stworzeń. Pływała przy nas mama wraz z dzieckiem. To było w Królestwie Tonga, w domu wielorybów. Latem przypływają tam humbaki, aby w ciepłych i płytkich wodach wydać na świat potomstwo. Młode uczą się tam nurkować. Udało nam się zbliżyć do nich na zaledwie kilka metrów. Tego po prostu nie da się opisać słowami. Zmontowaliśmy filmik, można go obejrzeć pod linkiem: https://www.youtube.com/watch?v=k0Ott_j–6NY&t=183s
Jaki był najkrótszy i najdłuższy czas pobytu w jednym kraju?
W Dubaju byliśmy zaledwie trzy dni, dosłownie przelotem. Zazwyczaj jednak spędzaliśmy w danym kraju od kilku tygodni do kilku miesięcy. Głównym czynnikiem, który to determinował była długość wizy oraz to, jak bardzo zauroczyliśmy się danym miejscem. Sporo weryfikowały też pory deszczowe w Azji Południowo–Wschodniej, które mocno potrafiły spowolnić przebieg wyprawy.
Jakie na tle tej podróży jest Wasze spojrzenie na człowieka i Boga? Odnaleźliście coś metafizycznego, transcendentnego?
Podróżowaliśmy przez kraje, w których wyznaje się różne religie. Dotknęliśmy różnych kręgów kulturowych. Wydaje nam się, że we wszystkich religiach chodzi w zasadzie o to samo: żeby kierować się dobrem i miłością do drugiego człowieka. A to, jakim mówi się o tym wszystkim językiem, zależy w głównej mierze od tego, skąd pochodzimy. Religia, którą wyznajemy jest jak gdyby trochę zależna od kręgu kulturowego, z którego się wywodzimy.
Ola: zaczynając podróż byłam mało otwarta na duchowość. Silnie też to utożsamiałam z instytucją kościoła, w której dzieje się sporo złego. Trochę to ze mną nie współgra. Ale w podróży zaczęłam patrzeć na to znacznie szerzej i dostrzegłam coś głębszego w tym kontekście.
Maciej: duchowość jest dla mnie tak samo ważna jak fizyczność i szkoda, że ludzie zrażając się do Kościoła katolickiego, rezygnują często z duchowego rozwoju. To przykre, że wiara potrafi dzielić ludzi. Będąc w Indonezji usłyszeliśmy przypowieść, porównującą Boga do słonia, a religie do ślepców. Każdy z nich dotyka innej części ciała słonia (trąby, ogona, ucha, nogi, itd.) i na tej podstawie opowiada o tym samym słoniu w różny sposób. Po tej podróży to nam się układa w sensowną całość, można powiedzieć, że doświadczyliśmy tego samego w różnych wydaniach. Dzisiaj duchowość widzimy nieco szerzej niż to, w czym się wychowaliśmy. Ale religia katolicka chyba już zawsze będzie moim podstawowym językiem wyrażania duchowości, tak jak język polski. Dlatego też m.in. nasz ślub. Chcieliśmy, żeby był pobłogosławiony, w zgodzie z naszym duchowym rodowodem.

Im dłużej podróżowaliśmy, tym bardziej ciągnęło nas z dala od aglomeracji
Jakie najczęściej zadają Wam pytania?
Który kraj najbardziej nam się podobał?
To który?
Chyba nie mamy jednego ulubionego. Raczej w różnych miejscach podobały nam się inne rzeczy. Do wielu krajów na pewno chcielibyśmy jeszcze wrócić. W czołówce jest Timor Wschodni i Indonezja. Z kolei będąc w Kambodży mieliśmy chwilowy kryzys i podróżnicze zmęczenie. W dodatku poznaliśmy sporo osób, które opowiadały nam o beznadziei, której doświadczają we własnym kraju, co odbiło się też trochę na naszym entuzjazmie.
Ja, w odniesieniu do Was, często słyszę pytania: skąd mają pieniądze na taką podróż; z czego żyją w jej trakcie. To jak z pracą?
Przed wyjazdem mieliśmy oszczędności, jakieś 50 tys. zł. Dodatkowo sprzedaliśmy wszystko to, co fizycznie posiadaliśmy: samochody, elektronikę, ubrania, sprzęt AGD, dosłownie wszystko. Zaczęliśmy być ze sobą w marcu 2016, a w maju zdecydowaliśmy, że jedziemy. Wyruszyliśmy w październiku tego samego roku. Dodatkowo w czasie podróży realizowaliśmy dorywcze współprace, a także zasililiśmy nasz podróżniczy budżet pracując przez kilka miesięcy w Australii. Staraliśmy się też nie wydawać pieniędzy na zachcianki, dzięki czemu nie mieliśmy dużych codziennych kosztów. Sypialiśmy dużo w namiocie, albo korzystając z portalu couchsurfing. Jedliśmy z ulicznych straganów, sezonowe warzywa i owoce. Czasami korzystaliśmy ze współpracy barterowej (w zamian za wykonanie materiałów promocyjnych mogliśmy wziąć udział w dwudniowym trekkingu w Laosie, itp.). Odbyliśmy też kilka wolontariatów, do których szczerze zachęcamy. W zamian za nocleg i wyżywienie, pomagaliśmy w odbudowie wioski w Nepalu, która ucierpiała w trzęsieniu ziemi, uczyliśmy języka angielskiego w Indonezji czy pomagaliśmy w prowadzeniu hostelu w Birmie.
Na Waszej trasie nie było m.in. Rosji, krajów byłego ZSRR, Chin i Afryki. Są w planie?
Chyba nie ma takiego miejsca, którego nie chcielibyśmy zobaczyć. Musieliśmy jednak dokonać pewnych wyborów, poza tym sam autostop też to trochę weryfikował. Na pewno marzy nam się podróż po Kanadzie, Alasce czy całym kontynencie afrykańskim. Do Papui też głęboko wzdychamy Pa – i to nie tylko do części lądowej, ale też i podwodnej, z cudnymi miejscami do nurkowania. Nie mamy jednak takiego pragnienia, aby odwiedzić jak największą liczbę państw na świecie. Może kiedyś wsiądziemy w busa i pojedziemy w nieznane? Może już nie tylko we dwoje? Póki co jednak podróżowanie całoetatowe odchodzi na bok i wracamy do bardziej tradycyjnego życia.
Obawiacie się tego wejścia w rutynę?
Szczerze? Jesteśmy ciekawi tego „normalnego życia”. Przykładowo nasi przyjaciele mają dzieciaki i to też jest podróż, której jesteśmy ciekawi. Gdy tylko jednak będzie możliwość, będziemy wracać do podróżowania, ale na pewno trochę na innych zasadach.
Co robicie w Norwegii?
Założyliśmy firmę zajmującą się głównie wirtualnymi spacerami po nieruchomościach, muzeach, galeriach i innych obiektach. To jest dopiero początkowy etap, także możecie za nas trzymać kciuki. Zobaczymy, czy Norwegia okaże się dla nas łaskawa (uśmiechy).
Jakie miejsce byłoby idealne dla Was do życia?
Chyba będziemy mieć problem, żeby gdziekolwiek na dłużej zapuścić korzenie. Nie wiemy, czy w ogóle gdzieś osiądziemy na długo i raczej nie snujemy dalekosiężnych planów.
Jak na tle świata oceniacie Polskę?
Wydaje nam się, że wszędzie można ułożyć sobie fajne życie, ale to zależy od tego, co każdemu z nas jest potrzebne do szczęścia. Nie ma miejsca idealnego. Dla nas Polska zawsze będzie najważniejsza. Gdziekolwiek byliśmy, zawsze staraliśmy się przekazywać o niej coś pozytywnego, przemycać jakiś wątek historyczny albo kulturowy. Tylko my wiemy, ile placków ziemniaczanych usmażyliśmy i ile pierogów ruskich ulepiliśmy w gościnie u napotkanych na drodze osób, żeby nieco przedstawić polskie smaki. Zawsze staraliśmy się dać innym coś od siebie. Żeby był balans w tym braniu i dawaniu. Zawsze staraliśmy się zostawić po sobie dobre wspomnienie. Z niektórymi napotkanymi przez nas osobami utrzymujemy kontakt po dzień dzisiejszy. Polska wygląda dość dobrze w naszym prywatnym rankingu. Przede wszystkim jest też przepięknym krajem. A jako miejsce do życia? Pięć lat nas tutaj nie było i wiele się pozmieniało. Przed wyjazdem żyło nam się dobrze, ale jak byłoby teraz? Na pewno w podróży zobaczyliśmy o wiele więcej możliwości. Czy jednak będziemy chcieli z nich skorzystać? Na razie jest nam dobrze tak jak jest, ale nie wykluczamy powrotu na stałe do Polski. Chcieliśmy też zaznaczyć, że mieliśmy wielkie szczęście do napotykanych w podróży Polaków. Wiele słyszy się o braku życzliwości od mieszkających za granicą rodaków. Absolutnie tego nie doświadczyliśmy i podważamy ten mit.
Jaką zapłaciliście cenę?
Najbardziej żal nam czasu bezpowrotnie utraconego z najmłodszymi członkami naszych rodzin czy przyjacielskich eventów, w których nie mieliśmy możliwości wziąć udziału. Podróż bardzo nam uświadomiła, jak ważne są dla nas rodziny. Mogliśmy liczyć na wiele osób, ale przede wszystkim na naszych najbliższych. Ich miłość jest bezcenna i dziękujemy za nią.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!