Ale co pani robi?! Łyżwiarze dziwią się kobiecie z siekierą w ręce. Drobna blondynka dziobie w lodzie ściskającym jezioro Juchacz, a potem biega w tę i z powrotem. Robi pajacyki i rozbiera się. Panowie wytrzeszczają oczy. Kobieta w stroju kąpielowym zimą to rzadkie zjawisko.
Wchodzę. Nerwy wariują, a krew się ścina. Oddech przyspiesza, jakbym przebiegła dziesięć kilometrów. Cudownie
– w morsowaniu Emilia Bara zakochuje się od pierwszego zanurzenia. Panowie mają minutę na zrobienie jej zdjęcia – tyle kobieta wytrzymuje w wodzie o temperaturze 4 stopni Celsjusza.
Na zewnątrz było – 6, więc wcale nie chciało mi się wychodzić
– twierdzi. Tyle że przemrażać ciało można stopniowo. Rekordziści spędzają w lodowatej wodzie po kilkanaście minut i przepływają, także krytym kraulem, nawet kilkaset metrów.
A ja po minucie miałam skórę czerwoną jak rak i uczucie, jakby moje ciało się paliło. Coś podobnego jak wtedy, gdy stoi się zbyt blisko ogniska
– pracownica Nadleśnictwa Lipka opisuje początek przygody z morsowaniem. Cztery lat temu weszła do przerębla, bo lubi ciepło. Tak, zimne kąpiele rozgrzewają.
Gdy zaczęłam pracę w lasach, zimą tak marzły mi ręce, że nie byłam w stanie wypisać kwitów na drewno, a stopy miałam odmrożone. Musiałam coś z tym zrobić
– opowiada mieszkanka osiedla Winiarnia w Lipce.
Dziś nie choruję i prawie nie marznę
– zapewnia. O tym, że jest jej ciepło świadczą pootwierane w mieszkaniu okna. Za nimi jakieś – 10ºC, a po domu hula wiatr. Ciekawe, jak to przemrażanie znosi biegający po pokoju jak szalony czarny labrador. Cieszy się na widok gościa tak bardzo, jak jego pani po lodowatej kąpieli.
Po powrocie znad jeziora mam taki wyrzut endorfin, że aż targają mną ataki śmiechu
– zdradza leśniczka. Zwykle z siekierą nad Juchacz jeździ raz w tygodniu. Niestety kąpie się sama, bo jej koledzy z pracy boją się zimnej wody. Dla przypadkowych ludzi Emilia Bara jest wówczas niespodzianką.
Jak na atrakcję patrzą na mnie ludzie zwłaszcza nad morzem. Lubię tam się kąpać, bo fale tak miło obijają się o plecy
– mówi rozmarzona.
Morsowanie staje się coraz popularniejsze. Miłośników zimowych kąpieli spotkać można w Debrznie i w Złotowie. Pani Emilia chciałaby dołączyć do którejś z grup, w końcu morsy opisują się jako osobniki stadne. Przeciwwskazań do przemrażania ciała nie widzi.
Jeden lekarz powiedział, że to absolutnie wykluczone. Drugi, że nie widzi problemu. Uwierzyłam temu drugiemu, ale słuchać trzeba przede wszystkim swojego organizmu
– radzi lipczanka.
Wredna skóra – Skóra z byka, młot z jabłoni i wzory z internetu. To przepis Emilii Bary na pasjonujący wieczór...
Oswajanie sąsiadów – Żeby poczuć ciepło w sercu Emilia Bara zostawia mieszkanie w Winiarni i jedzie do rodziców. Tam może hałasować do woli...
Skóra z byka, młot z jabłoni i wzory z internetu. To przepis Emilii Bary na pasjonujący wieczór.
Zatracam się w tym, godziny uciekają jak szalone
– mówi, zapraszając do drugiego pokoju. Przez uchylone okno wieje chłodem. Pod nim jest minipracownia rozłożona na drewnianym stole. Pierwszy oczy atakuje jeleń. Jasnobrązowy, wybity na ciemnym tle, zdobi notes. Muszę taki mieć. Pytam, jak powstał.
Wzory biorę z internetu, przenoszę je na kalkę, moczę skórę, potem stylusem (rysikiem) odrysowuję wzór na skórze, wycinam go obrotowym nożykiem
– ostrze, o którym mówi E. Bara, zaczepione jest na palcu niczym szeroka obrączka.
Potem drewnianym młotkiem wybijam wzór. Młotek jest ciężki, więc nie muszę mocno stukać. Kolega zrobił go z jabłoni, a rowki na rączce powodują, że ręka się nie odparza
– na stole jest też młotek gumowy i kilkanaście stempli z grawerunkiem wilczej łapy czy lecącym orłem. Nimi kaletnik wybija gotowe wzorki.
Następnie powstały obraz farbuję żelami antykującymi. Nadmiar ścieram, by nie było przebarwień
– jeśli obraz ma pozostać jaśniejszy (jak nasz jeleń) lub być w innym kolorze, pani Emilia traktuje go blokerem, który nie pozwala farbie się wchłonąć. Całość woskuje, co natłuszcza skórę, zabezpiecza ją przed wodą i pękaniem, nadaje połysk. Do szycia brzegów używa niewielkiego widelczyka, którym robi dziurki pod szwy. Całość szyje specjalną woskowaną nicią.
Skóra jest wredna, bo jak źle się coś wykona, to już się tego nie cofnie
– twierdzi miłośniczka rękodzieła, podnosząc wzrok znad stołu. Za nią, na korkowej tablicy, są dwa zdjęcia. Na górnym czarnoskóry chłopiec w szerokim uśmiechu. Zaka ma sześć lat i mieszka na Madagaskarze. Emilia Bara wysyła mu pieniądze.
Dzięki temu malec może się uczyć i dostaje ciepły posiłek
– opowiada o adopcji na odległość, organizowanej przez Zgromadzenie Ducha Świętego. Zaka jest półsierotą. Pod opieką mieszkanki Lipki jest drugi rok.
Moja siostra zaadoptowała dziewczynkę, więc wzięłam od niej dane. Mailowo skontaktowałam się z misjonarzami, wypełniłam ankietę, a oni przydzielili mi tego chłopca
– pokazuje krótko ostrzyżonego urwisa. I od razu chwali się, że Zaka nie marnuje jej pieniędzy – zdał do następnej klasy. Dziewczynka jej siostry musi powtórzyć rok. Emilia może napisać na Madagaskar, że jest z „synka” dumna. Misjonarze mu to przetłumaczą, a potem, w imieniu chłopca, odpiszą.
W Polsce dzieciaki prędzej uzyskają pomoc, a tamtym jeśli nie pomożemy my, Europejczycy, to pewnie nikt tego nie zrobi
Reklama
– kobieta tłumaczy, dlaczego wspiera dziecko gdzieś na drugim końcu świata. Może kiedyś w prezencie wyśle chłopcu pasek albo piórnik.
Na drugim zdjęciu jest babcia, która odeszła z tego świata na początku grudnia. Była dla mnie najważniejszą osobą, zawsze mnie wspierała, pocieszała. Babcia była dla mnie wzorem świętości, bardzo mi jej brakuje...
Pocztą pantoflową rozniosło się, że Emilia Bara ćwiczy się w kaletnictwie, więc coraz trudniej jej opędzić się od zamówień. Dzwoni kolega z prośbą: Emilia, za tydzień żona ma urodziny, zrób coś ładnego. A ona zwykle nie odmawia.
To nie jest nigdy idealne jak spod linijki, ale ludzie szukają dziś rzeczy robionych ręcznie, wyjątkowych
– mówi, stukając w puncę, a końcówka narzędzia zostawia ślad na garbowanej roślinnie bydlęcej skórze.
Żeby poczuć ciepło w sercu Emilia Bara zostawia mieszkanie w Winiarni i jedzie do rodziców. Tam może hałasować do woli. Podobno oni się cieszą, gdy dmucha w sygnałówkę.
Gdy pierwszy raz usłyszałam sygnalistów, poczułam wewnętrzną radość i chęć nauczenia się gry na tym instrumencie
– mówi, wyciągając złoty róg owinięty paskiem skóry.
Kiedy ten dźwięk się roznosi, to jest mi tak miło na sercu.
Gorzej jest sąsiadom z bloku. Sygnałówka myśliwska jest głośna, a jej odgłos mógłby wyrwać z kapci najspokojniejszego sąsiada. Dlatego Emilia ćwiczy u rodziców. Ci są przyzwyczajeni do muzyki, bo ich córki od najmłodszych lat grały na pianinie. Na lekcje wozili je do Debrzna.
Dzięki temu poznałam nuty i pokochałam muzykę. Ona tak rozwija…
– kobieta na chwilę zawiesza głos. Zaraz jednak przechodzi do techniki.
Sygnałówka nie ma tłoków ani przycisków. Wszystko trzeba wygrać na ustach, regulując siłę wydmuchu. Ona wygrywa tylko pięć dźwięków
– to nic w porównaniu z orkiestrą Technikum Leśnego w Tucholi, w którym E. Bara grała na flecie poprzecznym. A mimo to kocha ten instrument.
Gry uczyła mnie Elwira Drobiewska, która gra w zespole sygnalistów w Złotowie. Zastanawiam się właśnie nad wstąpieniem do zespołu, bo nie chcę grać tylko na polowaniach, wolałabym konkursy i przeglądy
– twierdzi leśniczka. Jeśli tak się stanie, będzie musiała więcej ćwiczyć.
Cóż, chyba czas przyzwyczajać sąsiadów do sygnałówki
– mówi pół żartem.[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
A dzięki. Spróbuję, napewno nie zaszkodzi :-)
Nie piszesz, na jakie choroby chcesz się uodpornić, ale zakładam, że chodzi o przeziębienia i takie ogólne "zahartowanie" się. Drogę do tego musisz znaleźć sama, ulgowej recepty nie ma. Od siebie mogę zaproponować dwie łyżeczki miodu rano, ale to ma być miód z zaufanej pasieki, nie z markietu. Do tego dziennie dwa ząbki czosnku, najlepiej ze swojej działki, żadnej chińszczyzny. Jeśli nie znosisz czosnku (a szkoda), przegryzaj kilka razy dziennie kostkę imbiru, tak po prostu zamiast np. gumy do żucia. Za pół roku odezwij się na forum, jak zadziałało i czy żyjesz.
"Dziś nie choruję i prawie nie marznę" . Zastanawiam się jak ktoś taki jak Ja . kto nie jest i nie chce być morsem też może uodpornić się na choroby no i nie marznąć - z czym mam też ogromny problem bez względu na to ile warstw odzieży ubiorę. Ktoś ma jakieś sposoby?
A dzięki. Spróbuję, napewno nie zaszkodzi :-)
Nie piszesz, na jakie choroby chcesz się uodpornić, ale zakładam, że chodzi o przeziębienia i takie ogólne "zahartowanie" się. Drogę do tego musisz znaleźć sama, ulgowej recepty nie ma. Od siebie mogę zaproponować dwie łyżeczki miodu rano, ale to ma być miód z zaufanej pasieki, nie z markietu. Do tego dziennie dwa ząbki czosnku, najlepiej ze swojej działki, żadnej chińszczyzny. Jeśli nie znosisz czosnku (a szkoda), przegryzaj kilka razy dziennie kostkę imbiru, tak po prostu zamiast np. gumy do żucia. Za pół roku odezwij się na forum, jak zadziałało i czy żyjesz.
"Dziś nie choruję i prawie nie marznę" . Zastanawiam się jak ktoś taki jak Ja . kto nie jest i nie chce być morsem też może uodpornić się na choroby no i nie marznąć - z czym mam też ogromny problem bez względu na to ile warstw odzieży ubiorę. Ktoś ma jakieś sposoby?