Reklama

Zaczęło się niewinnie

27/10/2015 18:30
Jan Iwanowski w ciągu dwudziestu trzech lat zostawił za plecami 131 tysięcy kilometrów. Ostatnie medalowe 120, walcząc z wiatrem, pokonał podczas drugiego w swoim życiu wyścigu kolarskiego. Pomyśleć, że najpierw była rowerowa „gimnastyka”

W zasadzie to najpierw były problemy z kręgosłupem, które miały ustąpić dzięki tej formie rekreacji. - Zaczęło się niewinnie – uśmiecha się Jan Iwanowski, mieszkaniec Okonka, który w mgnieniu oka zamienił się w miłośnika dwóch kółek. Szczególnego, bo długodystansowca. Podczas wrześniowego wyścigu Solid Logistics ŠKODA Poznań Bike Challenge nasz rozmówca, najstarszy wśród zawodników (rocznik 1947), wybrał najdłuższą z czterech dostępnych tras – 120 kilometrów. Co szczególne – mimo wiatru i wielu podjazdów pokonał ją bez specjalnej zadyszki. Wcześniej, chcąc uniknąć na trasie zdrowotnych niespodzianek, zdecydował się pójść do kardiologa. Usłyszał to, czego oczekiwał: serce w porządku, przeciwwskazań brak. Zespolona z tą diagnozą dobra kondycja pozwoliła osiągnąć cel: - Maksymalny, określony przez organizatora limit czasu pokonania trasy ustalono na 6 godzin, ale ja chciałem zejść poniżej. Zadowalałby mnie nawet rezultat 4 godzin i 59 minut – uśmiecha się mieszkaniec Okonka. Wytrwałość sprawiła, że metę 68-latek przejechał, gdy stoper wskazywał 4 godziny i 37 minut. Ten wynik dał mu 9. miejsce w swojej kategorii wiekowej, tj. 65+. W kategorii open jego nazwisko pojawiło się przy 1384 pozycji, pan Jan wyprzedził więc wielu młodszych od siebie zawodników – konkretnie 624. Dla porównania – Roman Wawrzyniak, dawny komendant złotowskiej komendy policji startujący w kategorii 60 + wypracował czas 5 godzin i 16 minut. Obaj przywieźli do domu medale. Nasz rozmówca – drugi. Poprzedni wywalczył w pierwszej edycji wspomnianego wyścigu – wtedy jechał na dystansie (również najdłuższym) 100 kilometrów i przy średniej prędkości 28 km/h wypracował wynik 3 godzin i 38 minut.

Czy obie trasy można rozważać w kategorii wielkich wyczynów? Owszem, trzeba jednak wspomnieć, że pan Jan ma na swoim koncie większe. 240 km – rowerzysta w swoich zapiskach z wypraw zanotował m.in. taki wynik.

Reklama

Ma 68 lat. Pokonuje rowerem setki kilometrów. Tylko podziwiać (fot. organizator wyścigu)

Kilometr do kilometra...

Wspomniane dystanse to zaledwie ułamek rowerowego (w żadnym wypadku kolarskiego!) życia naszego rozmówcy. Pan Jan, który uważa się za turystę na dwóch kółkach, od 1992 roku w sezonach liczonych od marca do października przejechał 131 tysięcy kilometrów. Treningi, odbywane średnio co drugi dzień, rowerowa pielgrzymka do Włoch, wyjazdy w ramach UECT (Europejski Związek Turystów Rowerowych), które zaprowadziły pana Jana m.in. do Szwajcarii, Francji, Belgii, Portugalii i Hiszpanii – składowych wspomnianego wyniku jest wiele. Ten, jak przyznaje nasz rozmówca, pozwolił mu wypracować dobry rower. - Wiek muszę trochę nadrabiać sprzętem – uśmiecha się pan Jan, który, by kupić rower, który ma, Kellys`a, sprzedał corsę, a pieniędzy i tak musiał dołożyć.

Reklama

Samotnik

240, 160, 120, 90... Nawet w samochodzie kilometry się dłużą. Co zajmuje myśli rowerzysty, który ostatnich kilka godzin spędził na siodełku? Na twarzy naszego rozmówcy wykwita uśmiech. - Można całe życie przemyśleć – wyjaśnia. I dopowiada: - Kiedy człowiek jest sam na sam z rowerem wiele rzeczy może przekalkulować. Może zrobić rachunek sumienia, rozwiązać kilka zadań matematycznych... Matematycznych?! Owszem – Jan Iwanowski, nauczyciel, serwował uczniom „królową nauk”.

Samotne wyprawy, kiedy prócz nóg i głowa pracuje na pełnych obrotach, to dla naszego rozmówcy przyjemność. - Nie lubię jeździć w grupie – przyznaje, tłumacząc, że boi się wywrotki. Doświadczył w życiu dwóch. Pierwszą zaliczył we Włoszech, w tunelu. Efekt: koło w kształcie ósemki i otarta ręka. Następnego dnia, po naprawie sprzętu, znów siedział na siodełku. Drugi upadek panu Janowi „zafundowała” Krajenka. - Na rondzie była rozlana ropa – wspomina. Stłuczone kolano i wizyta u lekarza nie zakończyły wielokilometrowej wyprawy. Pan Jan, z opatrunkiem na kolanie, pojechał dalej. Drzemie w nim wielka determinacja, taka kontuzja więc to nie kontuzja. Na linii startu tegorocznego wyścigu, wytyczonej przy poznańskim Jeziorze Maltańskim, stanął zażywszy antybiotyk na ból zęba, z opatrunkiem na kolanie i cierpiąc na rwę kulszową. - Byłem pełny sił – przekonuje nasz rozmówca. Jak to możliwe? - Kiedy wsiadam na rower, wszystko mija – tłumaczy Jan Iwanowski. Jak sam mówi, zdarzają się dni, kiedy nie ciągnie go na szosę, autodyscypliny, popartej motywacją, nie można mu jednak odmówić. Zresztą, jak słyszymy, rower to jego sposób na życie i pasja przyprawiona satysfakcją, a także owocująca gronem przyjaciół. Jest coś jeszcze – kondycja. Pan Jan, o sylwetce prostej jak struna – gdyby nie patrzyli w dowód – śmiało mógłby być klasyfikowany kilka kategorii niżej.

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama