O ostatnich chwilach pracy młyna szkoleniowego w Krajence mówi Franciszek Seredyn, który przepracował tam prawie czterdzieści lat. Uczył w tym czasie młodzież sztuki bycia młynarzem. Teraz pomaga w renowacji obiektu.
Pan Franciszek wychował się na gospodarstwie w nieodległej od Krajenki Żeleźnicy. Choć w pobliżu jego domu stał spory młyn, to jednak za młodych lat niespecjalnie go do niego ciągnęło. Rodzinnych tradycji w młynarskim fachu u Seredynów też nie było.
– Dziadek był kowalem – wspomina pan Franciszek, zaznaczając, iż jego rodzina przeprowadziła się na Krajnę w latach powojennych z okolic Kielc.
– Ziemi mieliśmy jak na tamte czasy sporo. Zaczynaliśmy na 12 hektarach, potem ich przybyło do 24 hektarów. Grunty w większości czwartej i piątej klasy, więc niezbyt dobre – mówi Franciszek Seredyn. O to, by w obejściu i na polach wszystko grało jak w szwajcarskim zegarku, oprócz jego rodziców dbali też bracia.
– Była nas szóstka chłopaków. Pracy się nie baliśmy, wszyscy też dobrze się uczyli, więc gospodarstwo mieliśmy wzorcowe – wspomina pan Franciszek.
Po ukończeniu szkoły podstawowej postanowił kontynuować naukę niedaleko domu, by dalej pomagać w gospodarstwie. Wybór padł na Krajenkę i tamtejsze Technikum Przemysłu Spożywczego.
– W 1977 roku ukończyłem klasę młynarzy. W moich rocznikach klasy miały po ponad czterdziestu uczniów. Młodzież zjeżdżała tu z całej Polski, bo podobnych naszemu techników w kraju nie było zbyt wiele. Zdarzało się też, że ktoś posyłał do Krajenki dzieci z sentymentu. Sam bowiem, krótko po wojnie, się tu uczył. Wiedział, że to dobra szkoła i kierował tam następne pokolenie, by uczyło się za młynarza i kontynuowało rodzinną tradycję – mówi pan Franciszek. Będąc absolwentem szkoły, przez krótki czas wrócił do pracy w gospodarstwie w Żeleźnicy.
– W 1980 zatrudniłem się w szkolnym młynie. Przyjęli mnie tam dokładnie 1 kwietnia 1980 roku – tę datę, m.in. ze względu na przypadający wówczas prima aprilis, pan Franciszek doskonale zapamiętał. Nie miał konkretnego stanowiska. Robił wszystko, co akurat trzeba było zrobić.
– Przemiał, pakowanie, załadunek – gdzie było coś do zrobienia, tam się szło – wyjaśnia. Dodaje, że w tamtym czasie ta praca nie była niczym wyjątkowym. W okolicy działało sporo młynów. Młynarz był zawodem jak każdy inny.
– Naszym atutem było to, że mieliśmy jako młyn szkolny umowę z Polskimi Zakładami Zbożowymi. Pracowało tu kilkanaście osób, od młynarzy, przez nauczycieli, po kierowców, pracowników administracyjnych czy kierownika. Praca szła na trzy zmiany. Miesięcznie przerabialiśmy około 400 ton zboża. Umowa z PZZ–tami była taka, że oni dawali zboże, a naszą rolą był przemiał i dystrybucja. Młyn dobrze prosperował. Zarabiał na utrzymanie swoje i zatrudnionych w nim ludzi. Trwało to do lat 90.
– mówi Franciszek Seredyn.
Zwykłym pracownikiem pan Franciszek nie był długo. Zauważono jego pracowitość i sumienność. Na początku roku szkolnego 1981–82 dostał propozycję, by zostać magazynierem i przy tej okazji uczyć młodzież. Tak zaczęła się jego, trwająca 36 lat, przygoda z bycia pedagogiem.
– Uczniów było tak dużo, że zajęcia były podzielone na dwie tury. Pierwsza trwała od 8 do 14, druga od 14 do 20. Szkolenie zaczynało się w starszej części budynku, tej szachulcowej, gdzie były trzy sale instruktażowe. Instruktaż trwał od 45 minut do godziny. Później uczyli się wszystkiego, co było związane z produkcją, tj. poszczególne etapy od przyjęcia zboża, przez jego ocenę, ważenie, laboratorium, czyszczenie, młyn właściwy, aż do magazynu produktów gotowych. To pozwalało zdobyć szeroką wiedzę i praktykę w zakresie produktów rolno–spożywczych. Kształciliśmy bowiem technologów produktów rolno–spożywczych – wyjaśnia pan Franciszek. Dodaje, że zdecydowana większość uczniów nie miała problemów, by zdać egzaminy zawodowe.
– Młodzież w każdych czasach ma swój sposób bycia, myślenia czy zachowania. Trzeba umieć z nimi rozmawiać. Myśmy tu mieli dobrą młodzież, ambitną i zdolną – mówi Franciszek Seredyn. Wspomina też, że przeżyciem dla młodych ludzi był coroczny wyjazd do makaroniarni do Malborka.
– Po naszej szkole można było pracować w takich zakładach. Spectrum możliwości było szerokie – stwierdza.
Młyn prosperował na tyle dobrze, że przechodził w tamtych czasach sporo modernizacji.
– Sporo zmieniło się w 1977 roku, gdy kończyłem szkołę. Wiele maszyn wymieniono, zainstalowano również nowe – mówi pan Franciszek. Wymiana czyszczarni, wialni kaszowej, łuszczarki eureka na maszynę szorującą czy rzutnika otrębowego. Do tego instalacja oddzielacza kamieni bądź elektromagnesu to tylko niektóre z przeprowadzonych prac.
– W 1989 roku powstał zewnętrzny magazyn produktów gotowych. Od początku pracy młyna są w nim natomiast zainstalowane mlewniki walcowe niemieckiej firmy MIAG. W 2012 roku byliśmy nawet w Niemczech, u tego producenta, by rozmawiać o modernizacji młyna – ostatnie lata działalności obiektu wspomina pan Franciszek.
Dziewięć lat temu sądzono, że młyn będzie miał jeszcze szansę pracować. Niedługo później okazało się, że tak się jednak nie stanie.
– W marcu 2013 roku zadzwonił telefon i poinformowano mnie, że mamy wstrzymać produkcję. Było to podyktowane czynnikami ekonomicznymi. Młyn został wygaszony. Do 2015 roku uczyliśmy młodzież „na sucho”, na wyłączonych urządzeniach. Mimo to bez problemu zdawali państwowy egzamin zawodowy – mówi Franciszek Seredyn, który jeszcze przez kolejne dwa lata doglądał młyna, jego oczko w głowie. Tym samym, gdy tylko Stowarzyszenie Absolwenci Szkół Spożywczych w Krajence 1946–2016 zaczęło działać na rzecz pozyskania młyna od powiatu i przywrócenia mu dawnej świetności, wśród tych zapaleńców nie mogło zabraknąć pana Franciszka.
– Sporo osób, które o to zabiegało, to moi koledzy z klasy. Mamy ogromny sentyment do tego obiektu. Serce się krajało, gdy patrzyliśmy, jak wybijane są kolejne szyby, jak ze środka ginęły przewody elektryczne bądź przeciekał dach. Od momentu, gdy zaczęliśmy tu działać, wykonaliśmy ogrom prac. Wstawionych zostało dwieście szyb, naprawiony jest dach i częściowe ubytki w murze. Znów mamy tutaj prąd – wylicza Franciszek Seredyn. Wskazuje przy tym, że to nadal kropla w morzu potrzeb.
– Bez solidnego dofinansowania, np. od konserwatora zabytków, o co wnioskowaliśmy, trudno będzie nam w krótkim czasie przywrócić ten obiekt do jeszcze lepszego stanu – stwierdza. Czy jego zdaniem możliwe jest, by młyn znów zaczął działać? – Maszyny są sprawne, więc teoretycznie jest taka możliwość. Jednak odcięty został magazyn produktów gotowych, stąd musielibyśmy wrócić do linii technologicznej sprzed 1989 roku. Pod znakiem zapytania pozostaje też opłacalność produkcji ze względu na ceny energii, którą na jej potrzeby należałoby zamówić – mówi pan Franciszek. Mimo to ocenia, że młyn powinien pełnić w Krajence istotną rolę.
– Gdy działał ciągnęli do niego nie tylko nasi uczniowie, ale też dzieci z innych szkół, z przedszkola. Te maszyny robiły na nich wrażenie. Ten klimat młyna nadal działa i nadal ma szansę ściągać tu miłośników tego typu obiektów. Mam nadzieję, że doczekam takiego momentu, gdy będzie to wszystko działało tak, jak to sobie wymarzyliśmy i że następne, młodsze od nas pokolenia absolwentów pociągną ten pomysł – kwituje Franciszek Seredyn.
Sz. Chwaliszewski
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Bardzo Pozytywna osoba, z ogromną wiedzą oraz poczuciem humoru.
Bardzo Pozytywna osoba, z ogromną wiedzą oraz poczuciem humoru.