Pochodzę z wyżu demograficznego z 1952 roku. W liceum były wtedy trzy równoległe 30-osobowe klasy. Pamiętam, że mieliśmy świetnych belfrów. Trafiali tu ludzie z różnych stron, po uniwersytetach Wileńskim, Lwowskim czy Berlińskim. Mój starszy brat był pupilkiem profesor Marii Kuderewicz. Ja z chemii też najgorszy nie byłem, ale przy każdej sposobności powtarzała mi: „Dobrze, ale nie to co brat” [śmiech]. Historia np. była z Franciszkiem Włoszczyńskim, który w 1936 był wolontariuszem na Olimpiadzie w Berlinie i widział z bliska słynny 8-metrowy skok Jesse Owens’a. Z ludzi, z którymi chodziłem do szkoły niewielu pozostało w Złotowie. Moim dobrym kolegą z czasów szkolnych jest np. profesor Joachim Zdrenka.
Od zawsze mieszkałem przy ul. Domańskiego, koło Spółdzielni Krawieckiej „Odzież”. Później zresztą pracowałem tam przez jakiś czas. Jak założyłem własną rodzinę przeprowadziłem się na Boh. Westerplatte. Na papierze mam wykształcenie ekonomiczne, choć studiowałem wcześniej w Gdańsku administrację. O tym, że wróciłem do Złotowa zadecydowały sprawy rodzinne. Pracowałem trochę jako księgowy, choć nie była to zbyt przyjemna praca. Coś jednak trzeba było robić.
Reklama

Wyszedłem z założenia, że po co mam tracić czas na koszenie trawnika, skoro owce tak świetnie sobie z tym radzą
Zaraz po liceum przez rok pracowałem w Petrochemii Płockiej. Najdłużej byłem związany z Narodowym Bankiem Polskim. Wcześniej w Pile zajmowałem się podstawową obsługą prawną klientów. Tam też zastał mnie stan wojenny, a w międzyczasie wybrano mnie na szefa Solidarności. W efekcie byłem, jak to się mówi „do zwolnienia” i tak trafiłem do oddziału w Złotowie. Trochę szczęśliwie, bo na ludzi, którzy mieli epizod związkowy i w lutym szukali pracy patrzono trochę spode łba. Lata 80. to było coś fatalnego. Jak minęło trochę czasu, to wspomina się to z uśmiechem, ale wtedy to była makabra. Dziwię się, jak ktoś teraz mówi, że to były dobre czasy. Gdyby nie ta moja pasja, czyli pstrągi, to byłoby bardzo ciężko.
Reklama
Choć specjalnej żyłki do interesów nigdy nie miałem, od dawna myślałem o robieniu czegoś na własną rękę. Raz było lepiej, raz gorzej, ale dało się żyć. Wytrzymałem tak 20 lat, ale więcej czasu nie chciałem już temu poświęcać. Przeprowadziłem się do Nadarzyc i musiałem dojeżdżać ponad 40 km w jedną stronę. Wracałem wieczorami i w ostatnich latach istnienia baru miałem dwa wypadki ze zwierzętami, dosyć poważne. Powiedziałem sobie, że na trzeci już się nie piszę. Była okazja, żeby poprowadzić sklep w Nadarzycach i to tam postanowiłem doczekać spokojniejszych dni.
Tereny mam tu fajne, przyjemnie mi się mieszka. Ludzie są w porządku. Łatwo wsiąknąłem w ten świat, ale jako przyjezdny zawsze pozostanę tu lekko z boku.
ReklamaTaki też był Snack Bar. Niby główna ulica, centrum miasta, a wystarczyło zajść „do Pana Marka” i znaleźć się lekko poza czasem.
No zgadza się, dlatego chyba miałem tylu stałych bywalców [śmiech].
Młodzież zmieniała się diametralnie, ogólna świadomość z biegiem czasu była coraz wyższa. Bar często odwiedzali ludzie, którzy na co dzień mieszkali i pracowali już gdzie indziej, w innych miastach, za granicą. Znajomość różnych kultur i społeczeństw sprzyja otwarciu na świat i na innych ludzi. W Snacku te spojrzenia się spotykały i w fajnej, zazwyczaj pokojowej atmosferze można było wymieniać się krańcowo różnymi poglądami.
Reklama
Wszystkie nacje mają jakieś uprzedzenia do inności, ale nie wszystkie nad tym pracują. Wzorem społecznej poprawności są dla nas Stany Zjednoczone, ale i tam zdarza się, że do głosu dochodzą ludzie popadający w skrajności na tle rasowym. U nas łysi historycy z orłem na plecach uganiają się za Żydami, którzy są winni wszelkim ich niepowodzeniom. Problem żydowski w Polsce polega jednak na tym, że Żydów tu nie ma. Musimy ich sobie wymyślać na nowo i pisać na murach „Do gazu”. Coś takiego siedzi w ludziach... Pewnie z przyrody to wynika. Holokaust to dla mnie porażka wszelkich świętości. W każdym gatunku jak jest inny, to go zadziobią, zagryzą...
Ojciec jako ochotnik poszedł w 1939 na wojnę, mimo że piastował funkcję sekretarza gminy gdzieś koło Grójca. Dostał się do niewoli sowieckiej. W ramach umowy o wymianie jeńców został przerzucony do niemieckiego obozu. Do grudnia mama nie miała z nim żadnego kontaktu, aż w końcu przyszła kartka, którą przysłał stamtąd do domu. Mam ją zresztą do dzisiaj. Kiedy jechali do Niemiec pociąg zatrzymał się na stacji Częstochowa. Stali tam cały dzień. Od robotników, którzy tam pracowali, chcieli zdobyć łom, żeby otworzyć w drodze zamknięty z zewnątrz wagon. Zaproponowali część prowiantu, który mieli z Czerwonego Krzyża. Robotnicy wzięli te zapasy, ale zamiast łomu dla niedoszłych uciekinierów mieli tylko słynny gest Kozakiewicza. Nie mam nic do Częstochowy, ale ta historyjka coś jednak mówi. Tuż przed świętami jedziesz z niewoli i coś takiego spotyka cię od rodaków. Dziś ciężko tę sytuacje oceniać, ale warto wiedzieć, że miała miejsce.
Reklama
Na Europę otworzyć się trzeba, tak czy inaczej i nie chodzi tu nawet o dotacje czy dopłaty. Otworzyć musimy się społecznie. Zanim jakieś europejskie wzorce przyjmiemy mamy przecież możliwość oceny, czy nam pasują. Sami też Europie mamy co dać.
Dyskutuje się teraz o 100-leciu odzyskania niepodległości. Jeszcze przed powstaniem styczniowym w ogóle nie było świadomości narodowej. Na słowo Polska ludzie się odwracali i mówili: „Za Polskę mam walczyć? A co to jest?”
A skąd go niby wziąć? Znowu elekcyjny miałby być? Chyba lepiej, żeby PiS nie miało króla. Ludzie dziwią się poparciu dla PiS, jakby nie wiedzieli, jaka jest Polska. Nasza cecha narodowa to nieumiejętność dogadywania się ze sobą i nie tylko ze sobą. Z najbliższymi sąsiadami też nie potrafimy żyć w normalnych relacjach.
Reklama
Frekwencję wyborczą mamy w porywach do 60%. Bywa, że ci z tej 40% rezerwy też się w końcu ruszą, ale wtedy nie chce się „tamtym”.
Świadomość wyborcza ma tylko teoretyczne znaczenie. Ludzie nie wierzą w to, że ich głos coś zmieni. Jak ktoś bardzo lubi narzekać na to, jak jest, a nie chodzi na wybory, to głos kogoś takiego nie istnieje dla mnie w publicznej debacie. Problem pojawia się, kiedy takich ludzi są tysiące.
Pewnie trochę tak, ale na zachodzie też wcale nie ma cudów. Frekwencja jest za to większa, a co za tym idzie i świadomość społeczna.
Reklama
Wystarczy spojrzeć na stan materialny ludzi dookoła, żeby się zgodzić, że te pieniądze były im naprawdę potrzebne. Wydolność opieki społecznej ma swoje granice. Wcześniej nie było nic, a ci coś jednak zrobili, więc to oni są w porządku. Są w tym niedoskonałości, ale to wszystko da się skorygować, siąść, napisać jeszcze raz. Ważne, że jest jakaś podstawa. Po moim środowisku widzę, że to działa. Część znika, ale większość tych pieniędzy faktycznie wydawana jest na dzieci.
Zawsze bardzo mi się podobały te tereny, takie dzikie, no i ten specyficzny radziecki folklor. W 1993 roku trafiła się okazja i kupiłem sobie działeczkę nad Piławą. Zaraz po tym, jak wynieśli się stąd Rosjanie.
Reklama
W końcówce lat 80. poznałem takich dwóch oficerów. Ludzie na poziomie, znali się na muzyce, byliśmy w podobnym wieku. Wszystko było ok do momentu, kiedy rozmowa zeszła na tematy polityczne. Oni byli przekonani o słuszności swojego pobytu tutaj. Mówili: „Niemcy tu wejdą, my tu dla was jesteśmy”. Na początku myślałem, że robią sobie jaja, ale niestety nie. Rosjanie pojawiają się tu czasem, niektórzy chyba z sentymentu. Są zaskoczeni, że po ich wystąpieniu stąd tak tu się wszystko pozmieniało i to na lepsze.
Uwielbiam pstrągi i lipienie, to jest całkowicie inna szkoła jazdy. Dziesięć lat temu złowiłem na Piławie pstrąga na brązowy medal. W centrali wręcz zmusili mnie, żebym go zgłosił, bo takie wyniki idą na konto Okręgu, ale od tamtego czasu już nic wielkiego nie złapałem. Lubię wody o charakterze górskim, wartki prąd, bystrzyny, to jak rzeka meandruje... Mamy sporo pięknych pstrągowych rzek w regionie, począwszy od Czernicy, przez Czarną, Dobrzynkę, Szczyrę, Chrząstawę, Gwdę, Rurzycę... Same piękne, czyste wody.
Reklama
Coś tam słyszałem... Podobne próby były już chyba wcześniej. Wtedy górnolotne hasła można było zbyć jednym pytaniem o pole biwakowe w Złotowie. Takie z prawdziwego zdarzenia, na miarę krainy jezior i rzek. Wtedy go nie było, a czy teraz jest to nie wiem.
Wyłącznie amatorsko, mam tylko parę sztuk, w porywach kilkanaście. Wyszedłem z założenia, że po co mam tracić czas na koszenie trawnika, skoro owce tak świetnie sobie z tym radzą. Odmiana, którą hoduję, to wrzosówka, kiedyś powszechna w Polsce, a teraz praktycznie na wyginięciu. Jej zaletą jest to, że nie potrzebuje właściwie żadnej opieki weterynaryjnej. Rodzi na zewnątrz i jest bardzo odporna na wszelkie niedogodności. Jej mięso to niemal dziczyzna. Przez jakiś okres nie mogłem go tknąć, tym bardziej, że to z własnej hodowli, ale z czasem dałem radę się do niego przekonać.
Reklama
Od lutego jestem wolnym człowiekiem. Co jakiś czas pieniądze wpływają na konto, nic już nie muszę. Mogę dłużej posiedzieć na rybach, zająć się remontem.
No wiek. Wszystko dzięki PIS-owi, który przesunął wiek emerytalny na 65 rok życia. Nie wierzyłem, że to przejdzie - to jest rzecz bezsensowna, kompletnie. No ale jest...
Można żyć. Myślę sobie o jakichś podróżach, teraz prawdziwe cuda są w zasięgu ręki. Bilety tam i z powrotem kosztują 100, kilkaset złotych. To nie jest jakiś wielki majątek, wystarczy tylko nie być skrępowanym czasem. Planuję dwa razy w roku gdzieś się wybrać, gdzieś, gdzie zimą jest przyjemniejszy klimat.
Raczej w stronę Alaski czy gdzieś na Syberię, wiadomo, że wiele zależy od kosztów. W tamte strony ciężko znaleźć jakieś dobre promocje.
Rozmawiał Leszek Chełmowski[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Hahaha tyle tytułem podsumowania
Zapomniałeś o Parmie :) Pozdro!
Dla kogo ten śmieszny artykuł ? Nie rozumiem o co chodzi, nic w tym ciekawego. Czy pani Kasia z Biedronki też może sobie taki zamówić?
Czy będzie artykuł o Kegu to przecież też knajpka ?
Legenda hahah nie przesadzaj, może dla paru osób które podtrzymywały by nie upadł
Jaka legenda, bez przesady. A Pan Marek to taki facet, który nigdzie za długo miejsca nie zagrzewał.
Snack bar to była legenda matoły.
Ten artykuł to są jakieś jaja czy co hahaha
To byłby dobry artykuł. Napisali by jak robił mgiełke w rejonie Sparty.
Ciekawe kiedy złotowskie napiszą np. o panu Erzyku skoro tak interesują się zwykłymi mieszkańcami.
Aktualności już nie mają chyba o czym pisać jakiś nic nikomu nie mówiący sprzedawca z obskurnego baru. Bez sensu
Ciekawy artykuł. Nie ma juz snacka, zlotowianki, finezji,parkowej, tawerny, stolkow, pijalni u jozka i wielu innych. A szkoda...
Na taki wywiad prasowy inteligentny człowiek raczej by się nie zgodził, chyba ,że chciał zaistnieć a redaktorek nie ma o czym pisać! Moim zdaniem postać przeciętna nie zasługująca na wywiad , chyba, ze już na prawdę nie macie o czym pisać!
Hahaha tyle tytułem podsumowania
Zapomniałeś o Parmie :) Pozdro!
Dla kogo ten śmieszny artykuł ? Nie rozumiem o co chodzi, nic w tym ciekawego. Czy pani Kasia z Biedronki też może sobie taki zamówić?