Wywiad przeprowadzony 15 stycznia.
Moja rodzinna miejscowość to Krobia w powiecie gostyńskim. Z mężem poznaliśmy się w okresie jego studiów w Szczecinie. Byłam tam z koleżanką, na korytarzu spotkałam chłopaka o niebieskich oczach i blond włosach. Zamieniliśmy parę słów, spodobał mi się głos, uśmiech, no i te rażące niebieskie oczy, które mnie rozwaliły. Ma takie charakterystyczne spojrzenie. Po tym spotkaniu rozjechaliśmy się, każdy w swoją stronę. Pewnego razu zadzwonił telefon, Jacek chciał umówić się ze mną na kawę. Wtedy odmówiłam. Dlatego, że gdy się poznaliśmy, byliśmy w innych związkach. Inna sprawa, że wiedziałam już wtedy, że mój zmierza ku końcowi. Jakiś czas później Jacek ponownie zadzwonił. Powiedział, że jest na rynku w Krobi. Myślałam, że żartuje. Podjechałam, zaprosiłam go do siebie no i… Później przyjeżdżał do mnie te 220 km w jedną stronę. Tylko na kawę i z powrotem. Trochę było tych spotkań. To była szalona miłość, jakieś przeznaczenie. Tak miało być.
Reklama
Pół roku. Nie byłam przygotowana na oświadczyny. Zaprosił mnie do restauracji. Z jednej strony czułam, że coś się święci, a z drugiej strony wszystko działo się jednak znienacka i za pierwszym razem odmówiłam. Tzn. odpowiedziałam, żeby schował pudełko z pierścionkiem, kiedy je wyciągnął. Byłam w szoku. Tam było tyle ludzi. Wystraszyłam się. Musiał powtórzyć pytanie, powiedział, że to moja druga szansa, to było jeszcze na tym samym spotkaniu. Wtedy powiedziałam: tak.
Tak, tutaj jest gospodarstwo, więc oczywistym było, że Jacek go nie zostawi.
Reklama
Jackowi gospodarstwo zapisała babcia. Na początku było nieznaczne, liczyło kilka hektarów. Stopniowo mąż je powiększał.
Moi rodzice przez lata prowadzili działalność gospodarczą w spożywczej branży. Jestem nauczona pracy, także w rolnictwie. Rodzice mieli pola, dziadek miał pola. Gdy przyjechałam pierwszy raz do Tarnowca, nie było dla mnie problemem, żeby pomagać przy żniwach. Wcześniej, pracując u rodziców, jeździłam na giełdy, handlowałam, sprzedawałam, zawsze byłam dość obrotną osobą. Chociaż z początku faktycznie było mi tutaj trochę ciężko. Tym bardziej, że dojeżdżałam stąd na studia. Krobia to jednak małe miasto nie wioska, dlatego początkowo brakowało mi ludzi, gwaru, szumu. Moja mama, jak tutaj przyjechała, też zapytała: gdzie ty tutaj, dziecko, wylądowałaś?
Reklama
Aż tak bardzo mi to nie przeszkadzało. Szybko się przyzwyczaiłam i polubiłam to miejsce. Dlatego z chęcią zaangażowałam się w życie naszej wioski, organizowaliśmy m.in. dni dziecka. Mąż też zawsze tutaj pomagał wielu osobom, to było zanim jeszcze został radnym, a później wójtem.
Właściwie zawsze było tak, że często nie było go w domu. To normalne, gdy ktoś jest zaangażowany w pracę na gospodarstwie, tutaj zajęcie jest cały tydzień, w niedzielę również. Kiedyś mogłam wyjeżdżać przynajmniej na wakacje, gdy zamieszkaliśmy razem stało się jasnym, że teraz latem nie będzie wyjazdów, a żniwa.
Reklama
Pytał, ale wiedziałam, że i tak zrobi, co będzie chciał. Zawsze tak było. Ja generalnie obawiam się podejmowania ryzykownych decyzji, on nie. W pewnym sensie zawsze na niego zwalam taką odpowiedzialność. Jest trochę ryzykantem, ale z reguły mu się udaje, jest szczęściarzem i spada na cztery łapy. Tak jest od lat, choćby w kwestii prowadzenia gospodarstwa. Cały czas podejmuje niełatwe decyzje, które wiążą się z jakimś ryzykiem. Uważam, że jest dobrym strategiem. Chyba ma to w genach. Ale procentuje też na pewno wiedza zdobyta podczas studiów na kierunku rolniczym.
Tak, choć to nie jest tak, że wykonuję jakieś bardzo ciężkie zajęcia. Nie mamy chowu zwierząt, gospodarstwo to głównie ziemia. Niemniej swoje obowiązki wypełniam. Zawsze powtarzam, że najgorsze, jak kobieta pokaże, że potrafi coś zrobić. Wtedy nie ma już odwrotu (śmiech). Te cięższe prace i tak wykonuje Jacek. Uwielbia gospodarzenie, do teraz odpręża się, gdy może jechać na pole.
Reklama
Na pewno godzenie obowiązków jest męczące. Najbardziej cierpi na tym rodzina.
Obserwowałam kiedyś, jak wygląda to w innych małżeństwach. Najczęściej jest raczej tak, że mężowie gdzieś się pokazują, a małżonki są w domach, z boku. Z góry zapowiedziałam Jackowi, że u nas tak nie będzie, że też chcę się angażować w życie społeczne, być na bieżąco i brać czynny udział w tym wszystkim. Jeśli mam być szczera, być może na początku nawet trochę zazdrościłam mężowi tych wszystkich wyjazdów, imprez, spotkań, uroczystości. Oczywiście zgodził się, żebym – w miarę możliwości – uczestniczyła w takich rzeczach. Teraz nawet przyłapuję się na tym, że jak jest wolna niedziela, nie zawsze jest co ze sobą zrobić. Jestem już na tyle w to wciągnięta, że już mnie nosi. Mam chęć gdzieś jechać, nie potrafię usiedzieć pięć minut w jednym miejscu.
Reklama
Już wcześniej o tym myślałam. Wspólnie z kilkoma znajomymi zastanawialiśmy się, co zrobić dla wioski, jak zdobyć pieniądze na różne przedsięwzięcia. Stowarzyszenie dawało największe możliwości i założyliśmy je w listopadzie 2015 roku. 2016 rok był okresem rozkręcenia, zdobyliśmy pieniądze na kilka mniejszych projektów.
Założyliśmy sobie konkretny cel – zdobycie pieniędzy na powstanie miejsca, w którym mieszkańcy będą mieli możliwość się spotykać. Wcześniej organizowaliśmy spotkania gdziekolwiek, nawet na klatce schodowej jedynego w naszej wiosce domu wielorodzinnego. Cel udało się osiągnąć, powstała inwestycja, której część stanowi murowany budynek, a także drewniana wiata. Obiekt jest w zasadzie gotowy, choć oficjalne otwarcie planujemy na maj tego roku. Byli niedowiarkowie, którzy mówili: nie wybudujecie tej wiaty. Jest, stoi. Już mamy pod nią zamówienia: będą osiemnastki, urodziny, inne rodzinne imprezy. Do tej pory nie mieliśmy na to miejsca. Ona nie ma funkcjonować tylko dwa czy trzy razy w roku. To miejsce ma żyć i być dostępne dla mieszkańców.
Reklama
Nie było łatwo. Już na starcie mieliśmy pod górkę, bo do pierwszego przetargu nikt nie przystąpił. Musieliśmy zabiegać o możliwość przedłużenia terminu na wykorzystanie dotacji, żeby nie przepadły nam pieniądze. To był cud, że jakaś firma stanęła do przetargu, na który mieliśmy zaplanowane nieco ponad 100 tys. zł. Dla firm nie jest to jakiś łakomy kąsek, trudno na tym zarobić duże pieniądze. Ostateczny koszt zamknął się kwotą 100 tys. zł, część stanowił też wkład stowarzyszenia, m.in. w formie pracy – wolontariatu mieszkańców. W ubiegłym roku udało się nam przeprowadzić również inne inicjatywy, m.in.: 18 tys. zł przeznaczyliśmy na projekt „Trzy Fortepiany”, 4 tys. zł. na nasadzenia drzew w Tarnowcu, a otrzymane z gminy 1800 zł na dzień dziecka.
Nie, pomagają nam panie z urzędu gminy.
Reklama
Kiedyś ktoś się mnie zapytał, ile z tego mam. Powiedziałam, że nic, że cieszy mnie, jak ktoś powie: dziękuję. Tarnowiec to rozproszona wioska. Ciężko jest tutaj zmobilizować ludzi, nie ma między nimi jakiejś szczególnej więzi. Mamy
jednak kilka wspaniałych osób w stowarzyszeniu, na które zawsze mogę liczyć. Zawsze się wspieramy. Regularnie robimy spotkania, omawiamy wszelkie zagadnienia. Rozmawiamy, jak wcielić nasze pomysły w życie. Sama nie dałabym rady. Chociaż prawda jest też taka, że najwięcej spoczywa na mnie jako prezesie i na osobie, która pełni obowiązki skarbnika. To nie tylko kwestia zaangażowania, ale też odpowiedzialności. Podpisując pewne dokumenty poświadczamy, poręczamy swoim majątkiem. Czasami śmieję się, że ta moja działalność w stowarzyszeniu to taki wolontariat na pół etatu. Są sytuacje, że coś robię, dostaję telefon, że pilnie trzeba gdzieś jechać, rzucam wszystko i jadę, bo natychmiast trzeba coś na bieżąco wyjaśniać.
Tak to już niestety jest, że nie wszyscy odbierają takie działania pozytywnie. Im więcej udaje się osiągnąć, im więcej się robi, tym bardziej niektórzy ludzie wbijają nóż w plecy. Taka jest już nasza natura. Ja się tym nie przejmuję, idę do przodu, cieszę się, że wspólnie możemy coś zrobić dla naszego sołectwa. Poza tym tak zachowują się nieliczne osoby. Ale przyznaję, że są dni, kiedy najchętniej rzuciłabym to w cholerę. Na szczęście szybko przechodzi.
Reklama
Musimy wyposażyć kuchnię, zagospodarować teren wokół wiaty, bo po pracach budowlanych ten obszar wygląda naprawdę tragicznie. Później chcemy zrobić plac zabaw. Jeśli będzie możliwość pozyskania pieniędzy, powinniśmy z tym wszystkim sobie poradzić. W kolejnych latach możemy ograniczać się do kulturalnych przedsięwzięć.
Tak, również to zauważyłam.
Bardziej o te imprezy, że ktoś ma ich więcej, że zorganizował coś swojego, innego, czasami może trochę lepiej. Dlatego najlepiej patrzeć na siebie, na swoją miejscowość, żeby dla niej jak najwięcej zrobić.
Reklama
Ja nie mam z tym żadnego problemu, nie jest dla mnie kłopotliwa współpraca z kimkolwiek. Współpracowaliśmy ze stowarzyszeniami z Plecemina, z Piecewa, to są naprawdę wartościowe doświadczenia.
Tak. Mówię mu o sprawach, które widzę jako mieszkanka gminy.
Sądzę, że tak. Z taką kobiecą ręką. Mam też intuicję względem ludzi. Niekiedy sugeruję mężowi: uważaj na tę osobę, nie spoufalaj się, bo źle mu z oczu patrzy. Za jakiś moment okazuje się, że miałam rację. Nieraz się to potwierdzało. Mąż słucha tych rad, choć zawsze sam musi sobie jeszcze wszystko przemyśleć.
Chyba nie. Przypuszczam, że oboje dalej będziemy działać. Chyba weszło nam to w krew. Poza tym mamy plany na dalszą przyszłość i na pewno będziemy coś wspólne robić. Zarówno prywatnie jak i biznesowo.
Jest za wcześnie, żeby się tym dzielić. Nie chcę zapeszać. Choć mam dwóch wspaniałych synów, mam jedno marzenie: chciałabym mieć córeczkę, choć nie wiem czy to mi się spełni.
Bardzo nie lubię tego określenia, nawet w stosunku do małżonek prezydentów. Bardzo mnie drażni. Raz zdarzyło się, że ktoś tak do mnie powiedział, ale na szczęście to było powiedziane bardziej w żartach. Takie określenia wpisują się w wywyższanie się, którego nie lubię. Dobrze czuję się wśród ludzi, którzy nie wykazują jakiś aspiracji do uznawania się za wyższą warstwę społeczną, są prostolinijni i szczerzy.
Rozmawiał Piotr Steffen[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze