Miłośnik piłki nożnej, były zawodnik, pasjonat myślistwa, przez wiele lat ochroniarz. - Kilka butelek na głowę przyjąłem – wspomina. Przede wszystkim jednak kucharz. - Wszystko robię bardzo dobre – z Robertem Bagniewskim rozmawia Piotr Steffen
Ile Pan waży?
Ciężki temat.
175-180 kg?
Już nie, kiedyś tak.
Czyli była jakaś dieta?
Cały czas walczę. Docelowo chcę ważyć około 130 kg i myślę, że to jest do osiągnięcia. Jest jeszcze trochę do zrobienia.
Rekordową wagę Pan pamięta?
Oczywiście.
Dużo pomyliłem się z tymi 180 kilogramami?
Nie. Było delikatnie mniej.
Zdrowie dopisuje?
Odpukać, tak.
Nigdy nie szwankowało z powodu nadwagi?
Trochę pobolewa lewe kolano, ale wyniki są dobre, co pół roku robię badania. Krew, cholesterol, cukier, wszystko jest super.
Reklama
Czyli nie z tego powodu przeszedł Pan na dietę?
Kiedy skończyłem czterdzieści lat pomyślałem, że za rok, dwa, trzy problemy mogą się jednak zacząć. Mam w końcu nadwagę i mogłoby być różnie. Jakby coś się do tego przyplątało, byłoby jeszcze trudniej zapanować nad wagą. Nigdy nie byłem chudy, szczupły i nie chciałbym takim być, ale jednak jest pewna granica. Gdy byłem młodszy miałem 120-130 kg. Z taką wagą bardzo dobrze się czułem, grałem nawet przez siedem lat w piłkę nożną i dlatego chcę wrócić do tej wagi.
Reklama
Nawet z taką solidną wagą biegał Pan po boisku?
Tak. Do 21 lat właściwie nie przekraczałem 115 kg. Biegałem w polu, w środku pomocy i obrony. Później trochę ćwiczyłem też na siłowni, trenowałem trójbój, dopóki byłem aktywny wagi nie przybywało. Wyjechałem jednak za pracą do Niemiec i od tego czasu tej wagi zaczęło przybywać. W Berlinie mieszkaliśmy z żoną jedenaście lat, tam też urodziły się nasze dzieci. Zawsze jednak chciałem wrócić do Polski. Nigdy na poważnie nie myślałem o tym, żeby tam zostać. Tym bardziej, że w Złotowie czekało mieszkanie i dlatego kilka lat temu stwierdziliśmy, że czas już wrócić. Od trzech lat mieszkamy w Świętej, gdzie okazyjnie trafiła nam się możliwość kupienia domu. Okazja była tym większa, że mamy tutaj osobny budynek, w którym możemy swobodnie prowadzić gastronomiczną działalność.
Reklama
Jest Pan zawodowym kucharzem?
Oczywiście. Kucharz i technolog żywienia. Najpierw skończyłem w Złotowie zawodówkę, później średnią szkołę z maturą, miałem też złożone papiery na studia w Poznaniu z zakresu technologii żywienia, które chciałem rozpocząć, ale zrezygnowałem przez wyjazd do Niemiec. Wtedy postawiliśmy na to, żeby się dorobić.
Żałuje Pan, że przerwał naukę?
Był taki moment, obecnie nie. Doszedłem do wniosku, że właściwie papiery nie są mi potrzebne do tego, czym i tak się zajmuję. Tym bardziej, że w tej chwili nie mam nawet możliwości zaocznie studiować, bo w weekendy, gdy odbywają się zjazdy studenckie, jestem najbardziej zajęty pracą. Jeśli już zdecydowałbym się na studia, to bardziej w kierunku łowiectwa, myślistwa. To od lat moja wielka pasja. Trzynaście lat jestem myśliwym. Jeszcze mieszkając w Berlinie przyjeżdżałem na kurs i zdawałem egzaminy w Polsce.
Reklama
W Niemczech również pracował Pan w swojej branży?
Tak. W restauracji, a później w kateringu. Gotowaliśmy na ciężarówkach. Wynajmowano nas i jeździliśmy w plener. Sporo pracowaliśmy np. na planach filmowych. Owszem, bywało tak, że musiałem szukać zajęcia w branży budowlanej, ale to były okresowe zajęcia. Zawsze wolałem pracę w tym, w czym czułem się najlepiej, czyli w gastronomii.
Może Pan o sobie powiedzieć: dobry kucharz?
Myślę, że tak.
Lepszy od żony?
Chyba tak.
Skąd w ogóle ta pasja do pracy w kuchni?
Od dziecka tak miałem. Już jako smyka ciągnęło mnie do garnków. Kiedy chodziłem do podstawówki nie było dla mnie żadnym problemem, żeby zrobić obiad. Ziemniaki, schabowy, surówka - nigdy nie miałem z tym kłopotów. Mama zawsze cieszyła się, że robiłem obiady, tylko później gorzej było w kuchni z bałaganem. Jak byłem mały zawsze mówiłem, że albo będę gotować, albo będę leśniczym. Wyszło na gotowanie.
Jakie danie najbardziej lubi Pan przygotowywać?
Wszystko robię bardzo dobre.
Są rzeczy, których nie potrafi Pan zrobić?
Jeśli chodzi o naszą kuchnię czy nawet rzeczy z innych regionów, chyba wszystko potrafię. Chyba że ktoś życzy sobie jakąś naprawdę daleką kuchnię, wschodnią, gdzie nie mam pojęcia co z czym, jest problem ze składnikami, wtedy nie. Najbardziej specjalizuję się w naszej, tradycyjnej staropolskiej kuchni: bigosy, pierogi, golonki itd. Pizze czy rzeczy na makaronach to też żaden kłopot.
Dużo Pan je?
Nie.
Za to pewnie sporo smakuje Pan przy gotowaniu?
Właśnie, że nie. Ogólnie jem tyle co przeciętna osoba. Na śniadanie jadam dwie razowe bułki. Kłopot w tym, że uwielbiam słodkie. Najbardziej ciasta i czekolady. Jakbym mógł, najchętniej przegryzałbym czekoladę już po śniadaniu, a w ciągu dnia jakiś tort na śmietanie 36. Zapewne m.in. stąd taka ta moja waga. Dlatego od jakiegoś czasu staram się odpuszczać sobie słodkie. To podstawa mojej diety, a także pilnowanie częstszego, za to urozmaiconego jedzenia podawanego w małych porcjach. Teraz to pięć, a nawet sześć posiłków dziennie. Śniadanie 7:00-7:20, po trzech godzinach owoc czy koktajl, później drugie śniadanie, może być twaróg lub na mieście wypiję jakiś sok, a koło szesnastej obiad. Kolacja nie później jak dziewiętnasta. Staram się jeść jak najmniej pieczywa, najlepiej tylko na śniadanie.
Reklama
Miał Pan dość długi okres pracy jako ochroniarz.
Nie tylko w Polsce, bo w Berlinie również pracowałem w klubach przez 4,5 roku.
Jak do tego doszło? Koledzy mówili: słuchaj, jesteś wielki, stań z nami na bramce?
Gdy skończyłem piętnaście czy szesnaście lat z kolegami zrobiliśmy sobie siłownię. Powiesiliśmy też worek, były tam rękawice, więc trenowaliśmy. Trochę się tam laliśmy i gdzieś mnie to wkręciło. Fakty były takie, że byłem większej postury i to też zachęcało, a jak człowiek ćwiczył to doszła jeszcze do tego siła. W czerwcu skończyłem osiemnaście lat, a w styczniu już stałem na bramce.
Reklama
Zdarzyło się przez lata solidnie kogoś pacnąć czy same gabaryty wywoływały tyle respektu, że nie było potrzeby?
Zdarzyło się. Kilka butelek też na głowę przyjąłem. To nie działa tak, że jest postura i ktoś się boi. Większość pewnie tak, ale są tacy, na których nie robi to wrażenia i sytuacje bywały różne. Niektórych wręcz prowokuje to do zaczepiania. Prawda jest też taka, że gdy już ktoś ruszył na mnie, zwłaszcza z jakimiś niebezpiecznymi narzędziami, tym bardziej mnie to motywowało.
Bo w sumie spokojny Pan się wydaje.
Staram się, bo prawdą jest, że jak człowiek próbuje rozwiązywać problemy z uśmiechem na twarzy to jest łatwiej. Nie tylko w takich sytuacjach, ale w życiu w ogóle. Mam też jednak drugą twarz i wtedy nie jest miło. Bardzo rzadko ją jednak pokazywałem, a obecnie praktycznie w ogóle się to nie zdarza.
Ci, którzy ją poznali, poczuli to do tego stopnia, że obawiał się Pan, że przesadził i był strach o ich zdrowie?
Parę razy tak było, ale nie chcę do tego wracać. Dzisiaj, gdy jest potrzeba obstawiania mniejszych wydarzeń i proszą mnie o to znajomi, czasami jeszcze to robię.
Reklama
Można powiedzieć, że hobbystycznie?
Powiedzmy. Bo tą prawdziwą pasją jest myślistwo. Jeszcze jako mały dzieciak jeździłem z myśliwymi na nagonki. No i zawsze chciałem polować. Przy pierwszym podejściu nie chcieli mnie przyjąć nawet na staż. To było jesienią, ale już wiosną zostałem przyjęty. Od trzynastu lat jestem członkiem koła łowieckiego nr 6 Jeleń w Złotowie. Myślistwo fajnie można łączyć z działalnością w gastronomii.
[DO ROZMOWY DOŁĄCZA MAŁŻONKA]
Jak to się stało, że się Państwo związaliście?
Poznaliśmy się na dyskotece w Starej Wiśniewce, skąd pochodzę. Robert stał tam z kolegami na bramce. Jak później wspominaliśmy, to nasze drogi w sumie krzyżowały się wielokrotnie, chociaż nigdy nie zwracaliśmy jakoś na siebie uwagi.
To te solidne rozmiary Panią urzekły czy coś innego?
One też. Zawsze podobali mi się więksi faceci. Trudno powiedzieć, to jest to coś, co od początku się czuje, a co trudno opisać. Od początku wpadliśmy sobie w oko. Pamiętam, że w pierwszych latach chodziliśmy często pograć w koszykówkę. Ja jestem totalne antytalencie sportowe. Robert zawsze wszystko spokojnie wyjaśniał, miał dobre podejście.
To prawda, że tęgie osoby mają sympatyczne usposobienie?
Tak. U Roberta to się potwierdza. To miły, ciepły człowiek. Nawet jak się wkurza, to tylko na dwie minuty. Ostro, konkretnie, ale po chwili spięcia wszystko mu przechodzi.
Mąż już przyznał, że lepiej gotuje, a kto na co dzień rządzi w kuchni?
Żona lubi gotować i gdy robimy coś na szybko, to ona bierze się za gotowanie. Robi to zresztą bardzo dobrze.
Ale prawda jest taka, że wielu rzeczy nauczył mnie Robert. Poza tym inaczej gotuje się dla sześciu osób, a inaczej dla sześćdziesięciu czy stu. Przy tej większej skali zdecydowanie trudniej zachować odpowiednie proporcje, chociażby przypraw. Tutaj bez dwóch zdań wychodzi, że Robert jest w kuchni lepszy. Ale pomagam mu często i staram się w tym dorównywać.
Zdarzyło się Panu, że zepsuł jedzenie szykowane na dużą imprezę?
Nigdy. Natomiast zdarzało się, że przy dużym upale danie zaczęło wyglądać nie tak jak powinno. Takiego się nie podaje. Lepiej nie podać takiego dania, niech jest tego jedzenia mniej na imprezie niż dać ludziom do jedzenia coś spierniczonego.
Trudno jest z dostępnością odzieży w odpowiednich rozmiarach?
Teraz nie ma żadnych problemów. Kiedyś było gorzej, trzeba było szukać przez internet. Gdy mieszkaliśmy w Berlinie dostęp do tych rzeczy był duży, ale były drogie. Znacznie taniej można było je kupić w Szczecinie i tam przez lata je nabywałem. Od koszulek po garnitury. W tej chwili w Pile też można już dostać.

- Myślistwo fajnie można łączyć z działalnością w gastronomii - przyznaje członek koła łowieckiego „Jeleń”
Zdrowy, dobre wyniki, znakomicie gotuje, nie ma problemów z ubraniami – jaki jest minus posiadania takiej wagi? Jakiś musi chyba być?
Tylko to, że stu metrów nie przebiegnę w dziesięć sekund (śmiech). Mnie ta waga naprawdę nie przeszkadza i nigdy nie przeszkadzała. Nie wiem, jak będzie później, dlatego jednak bardziej zacząłem o siebie dbać. Mam do siebie dystans, a jak inni reagują to ich sprawa.
Ja miałam dziadka bez nogi i nieraz słyszałam, jak się z niego śmiali. Dlatego tylko jeden raz miałam lekkie obawy, było to kiedy nasze dzieci poszły do szkoły. Gdzieś podświadomie lekko się obawiałam, że inne dzieci będą coś mówić, komentować, może nawet drwić. Zapytałam kiedyś o to syna i zdziwiony odparł: mamo, nigdy. Zazdroszczą mi takiego ojca. Tego że przyjedzie po mnie, że pogada, że się pośmieje, bo Robert rzeczywiście ma podejście, potrafi zaskoczyć żartem. Syn ma 16 lat, a córka 13.
Syn idzie właśnie do Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Bydgoszczy, gdzie w Chemiku będzie trenował piłkę nożną. Wożę go teraz trzeci tydzień na treningi do Bydgoszczy, cztery razy w tygodniu. Od września będzie tam już w internacie. Z kolei córka również pasjonuje się sportem, a w Sparcie trenuje siatkówkę u trenera Mirosława Głyżewskiego.
Pan również zaangażowany jest w sportową działalność, od dwóch lat jest członkiem zarządu Sparty Złotów, gdzie sprawuje funkcję wiceprezesa. Po co to Panu? Złotowski sport, zwłaszcza klubowa piłka, zdaje się niestety spadać po równi pochyłej.
Ktoś musi to robić. Szkoda to zostawiać, chociaż wiem, bo też już słyszałem takie opinie, że lepiej to zostawić. Są jednak jeszcze ludzie, którym zależy i którzy próbują coś zdziałać. Tym bardziej, że w złotowskim sporcie jestem tak naprawdę obecny dłużej, bo jeszcze kiedy syn trenował u Mariusza Ziatyka również udzielałem się przy drużynie chłopców. Obecnie dajemy sobie w zarządzie Sparty czas do końca roku. Jeśli wyjdzie jak byśmy chcieli, będziemy dalej to ciągnąć.
Jak byśmy chcieli, czyli...?
Jest rozważana opcja, żeby zająć się wyłącznie piłką nożną, wyodrębnić ją i na niej skoncentrować działania. Zobaczymy, co będzie się działo przez najbliższe miesiące. Prawda jest taka, że jest trudno. To zabieganie o pieniądze u sponsorów to już nie jest proszenie, ale żebranie, taka jest prawda. Problem polega na tym, że dzisiaj młodzi chcą grać tylko za pieniądze. Nawet dla 100 złotych będą dojeżdżać do innych miejscowości, aby więcej zarobić. Oczywiście nie jest to w porządku, tym bardziej, że przed sezonem siadamy, rozmawiamy, są pewne ustalenia, mówi się o pasji, zainteresowaniu, a jak przychodzi co do czego to za 50 zł daliby się ogolić. I to jest przykre. Ja rozumiem, że można mieć finansowe oczekiwania na szczeblu czwartej ligi, ale na tym poziomie? Nie można też porównywać klubu ze Złotowa do klubu ze Śmiłowa, gdzie wiadomo, jaki jest sponsor.
Tutaj też mogliby być?
Tak, ale nie do końca chcą dawać pieniądze.
Ma Pan posłuch w zarządzie?
Myślę, że tak. Dużo rozmawiamy.
Jakie przed Panem postawiono zadania?
Mam pilnować tematów związanych z piłką młodzieżową i pomagać przy drużynie seniorów.
Chyba nie rokuje to dobrze, skoro sam Pan zabrał syna ze Złotowa do Bydgoszczy?
Tylko dlatego, że nie było tutaj klasy sportowej na szczeblu szkół średnich, choć wiem, że była brana pod uwagę możliwość utworzenia takiej. Zależy mi na tym, żeby działać na rzecz złotowskiej piłki, choć wiem, że nie będzie łatwo.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Osobiście nie zam ale jadłem dania przygotowane przez tego 180kg byka i naprawdę wszystko było super. Wszystkim przy naszym stole smakowało a kiełbasa myśliwska kurcze palce lizać było to na sylwka w w starym vipie pozdrawiam.
Znam Roberta. Super sympatyczny i przyjazny człowiek. A jego dania...cóż po prostu palce lizać,zwłaszcza dziczyzna.Naprawde jedzenie w naszych knajpach się chowa a i Pani Gessler na pewno by się sporo on Niego nauczyła
Ostatnio miałem okazję jeść dziczyznę w wydaniu Pana Roberta. Palce lizać. Wszystkim smakowało.
Miły człowiek ale szybko umrze. Niestety jego serce pracuje na dwóch mężczyzn po 90 kg.Cukrzyca, nadciśnienie. Straci stopę. Straci wzrok i w końcu umrze w męczarniach. To koszt wagi.
Robert to fajny gość.Pamiętam jego randki z Ilona.Świetne zabawy itp.Szkoda tylko że nie mogłam być na ich ślubie.Byłam wtedy we Włoszech.Kuchnia palce lizać.!Oboje to świetni ludzie.Pozdrawiam i życzę wielu sukcesów w życiu zawodowym i prywatnym.
Ja miałem przyjemność współpracować z Robertem sama przyjemność Pozdrawiam mw
Złotowski sport, zwłaszcza klubowa piłka, zdaje się niestety spadać po równi pochyłej. - Opinia idioty.
Robert i Ilona fantastyczni ludzie. Życzliwi, pomocni, zabawa z nimi zawsze udana. I chyba to jest najważniejsze. A przy okazji jedzenie bajka.
Dlaczego 90% wywiadu tyczy się jego wagi? Jak wygląda każdy widzi. pan reporter nie mógł wymyślić porzadnych pytań?
Komentarze na temat nadwagi nieusuwane? Czy tylko usuwanie te które "jada" po redakcji za wysyłanie błędów . Podajcie adres to wyśle słownik poprawnej polszczyzny
ROBSON jesteś wielki !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!1
Tak się zastanawiam, czy artykuł dotyczy wagi sympatycznego pana Roberta czy działalności Sparty Złotówy. A co do Sparty to tak bez echa przechodzą słowa o planowanym zaangażowaniu tylko w piłkę nożną? A gdzie sekcje siatkówki, w których łącznie trenuje ponad 50 dziewczyn (Akademia i grupa starsza kadetek), co z boksem. Pewnie zlikwidujecie sekcje, które aktualnie lub w przeszłości przynosiły Sparcie sukcesy na arenie krajowej. Jakoś nikt w województwie czy kraju nie kojarzy Sparty z piłki nożnej, znana jest siatkówka i boks. Za bardzo skupiacie się na piłkarzach. Może Burmistrz zamiast projektów zieleni miejskiej, promocji miasta w radiu za grubą kasę, czy ciągłych opinii rzeczoznawców w sprawie basenu, zainteresuje się problemami tak zasłużonego klubu. A tak na marginesie, Sparta ma halę a dziewczynki z Akademii trenują w LO czy w Złotowiance, to chyba jakaś paranoja i brak logiki i gospodarności. Szkoda gadać. Rada Miasta i panie Burmistrzu pomóżcie naszemu klubowi. My rodzice dzieci prosimy !!!
Osobiście nie zam ale jadłem dania przygotowane przez tego 180kg byka i naprawdę wszystko było super. Wszystkim przy naszym stole smakowało a kiełbasa myśliwska kurcze palce lizać było to na sylwka w w starym vipie pozdrawiam.
Znam Roberta. Super sympatyczny i przyjazny człowiek. A jego dania...cóż po prostu palce lizać,zwłaszcza dziczyzna.Naprawde jedzenie w naszych knajpach się chowa a i Pani Gessler na pewno by się sporo on Niego nauczyła
Ostatnio miałem okazję jeść dziczyznę w wydaniu Pana Roberta. Palce lizać. Wszystkim smakowało.