Barbara Kopczyńska odchodzi z funkcji prezesa łobżenickiego oddziału Towarzystwa Przyjaciół Dzieci. Dlaczego podjęła się tego wyzwania? Jakie zamierzenia zrealizowała? Czym się będzie dalej zajmować?
W dniu, w którym to wydanie „Aktualności” trafi do czytelników, odbędzie się zebranie walne TPD. Nie będzie Pani chciała się ubiegać o ponowny wybór na stanowisko prezesa. W jaki sposób została nim Pani 35 lat temu?
To ściśle wiązało się z moją pracą zawodową. Pracę w Łobżenicy rozpoczęłam w 1975 roku, aktywnie angażując się w harcerstwo, będąc nawet we władzach centralnych w Warszawie. Na rodzimym, łobżenickim podwórku byłam komendantem szczepu im. majora Henryka Sucharskiego. W tamtych czasach harcerstwo było bardzo popularne. W szkole mieliśmy kilka drużyn zuchowych, harcerskich, była też harcówka. Prowadziliśmy tzw. „akcje niewidzialnej ręki”. Polegało to na tym, że dzieci i młodzież wyszukiwały osoby potrzebujące pomocy i coś dla nich, bezinteresownie robiły. Czasem było to zagrabienie liści, innym razem posprzątanie czy odśnieżenie obejścia przed domem, czasem zrobienie zakupów. Koordynowałam te działania i szło to wszystko całkiem nieźle. Te doświadczenia chyba w największym stopniu sprawiły, że w 1984 roku zgodziłam się zająć miejscowym oddziałem Towarzystwa Przyjaciół Dzieci. Wówczas na terenie gminy była to ogromna organizacja, zajmująca się nie tak jak dzisiaj głównie pomocą, a raczej organizacją wydarzeń na rzecz najmłodszych. Chodzi o wycieczki czy festyny, skupienie wokół tego dorosłych, którzy pomogliby przy nich. Koła TPD mieściły się w każdej szkole, a nawet w jednym z Domów Pomocy Społecznej. Inna sprawa, że było to nieco narzucone z urzędu. Początek lat 90–tych zweryfikował faktyczne zaangażowanie. Wiele kół bezpowrotnie zakończyło działalność.
Pojawiły się przed Wami nowe wyzwania, np. tworzenie świetlic socjoterapeutycznych.
Pierwsza połowa lat 90–tych to był dla nas czas wielu wyzwań. Znaczenie TPD mocno spadło. Byliśmy też zbyt słabi, zwłaszcza finansowo, by móc rywalizować z fundacjami, które wówczas miały większe możliwości. Zdecydowaliśmy się pomagać we współpracy z Miejsko–Gminnym Ośrodkiem Pomocy Społecznej w Łobżenicy. Daliśmy im kapitał ludzki, czyli współpracę osób, które miały dobre rozeznanie w środowisku, wiedziały, komu i jak należy pomagać. To ułatwiało np. wskazanie, jak wiele potrzebnych będzie obiadów w szkolnych stołówkach dla dzieci z ubogich rodzin, czy gdzie należy wzmocnić działania profilaktyczne. W drugiej połowie lat 90–tych zaczęły powstawać pierwsze świetlice socjoterapeutyczne dla dzieci. Ich finansowanie było możliwe dzięki pieniądzom, które do budżetu gminy trafiały za koncesje na sprzedaż alkoholu. Powstały w Łobżenicy, Dębnie i Liszkowie, głównie z myślą, by było to miejsce dla dzieciaków, w których domach był problem alkoholowy, ich rodziny nie radziły sobie z ich wychowaniem czy np. warunki mieszkaniowe nie pozwalały na to, żeby móc się uczyć czy odrabiać lekcje. Z perspektywy 20 lat mogę stwierdzić, że te miejsca spełniły swoją rolę. Wiele z dzieciaków, które tam uczęszczało, wyszło na prostą, świetnie dziś radząc sobie w życiu.
Choć nazwa nie uległa zmianie, bo nadal skrót TPD odczytuje się jako Towarzystwo Przyjaciół Dzieci, to jednak nie pomagacie już tylko dzieciom, lecz całym rodzinom, m.in. przez dystrybuowanie jedzenia z Banku Żywności.
Przez ostatnie 4 lata przekazaliśmy 268 ton żywości z Banku Żywności. Ta współpraca rozpoczęła się jednak wcześniej, w momencie, gdy byłam radną. Z BŻ współdziałał Piotr Łosoś, wówczas także radny i dyrektor DPS w Dębnie. Przy okazji debat na komisjach doszliśmy do wniosku, że można tę współpracę poszerzyć na całą gminę, angażując w to również MGOPS. Możliwość taką dawało nam również prawo, które wtedy stanowiło, że z tego typu pomocy mogą korzystać organizacje takie jak nasza, czyli np. pozarządowe. Nie była to łatwa praca, bo tę żywność trzeba było przywieźć, przechować i rozdać, zorganizować do tego ludzi, narażając się czasami na komentarze tych, którzy po nią przychodzili. Zaangażowani w tę pomoc robili to bezinteresownie. Czasem też dawało się słyszeć, że znów rozdajemy to samo, w kółko ryż, olej, makaron, kasza, konserwy. We współpracy z BŻ oraz MGOPS zorganizowaliśmy więc warsztaty kulinarne. Zawodowi kucharze prezentowali, co z przekazywanych produktów można przygotować, tak by nie było to monotonne, a przy tym nie wymagało wiele pracy i nie było drogie. Obecnie przekazywaniem żywności zajmuje się już tylko MGOPS.

Wycieczka do parku Owadogigant. Wyjazdy dzieci niepełnosprawnych i ich rodziców to jedna z inicjatyw TPD
Za Pani prezesury nawiązano też współpracę z misją protestancką w Norwegii. W jaki sposób Norwegowie trafili do Łobżenicy?
Stało się to za sprawą państwa Wiśniewskich około osiem, dziewięć lat temu. Będąca tłumaczką w tej misji pani Halina jest z nimi spokrewniona, stąd dowiedzieli się o Łobżenicy. Chcieli pomóc, wybór padł na Szkołę Podstawową w Łobżenicy, gdzie jako TPD wytypowaliśmy pierwszych podopiecznych. Na Święta Bożego Narodzenia przysłane zostały pierwsze paczki. Kilka miesięcy później, już letnią porą, Norwegowie odwiedzili Łobżenicę. To była dość zabawna sytuacja, bo postanowiliśmy podjąć ich według zasad staropolskiej gościnności, a więc na bogato i w najlepszych strojach. Chyba trochę się zdziwili, gdy wysiadali z autobusu, zobaczyli nas – wystrojonych, gdzie oni przyjechali w codziennych, raczej sportowych ubraniach. Nie pasowaliśmy im z pewnością do wizerunku szkoły, która wymaga pomocy. Na szczęście, dzięki tłumaczce, udało się wyjaśnić tę sytuację i zrozumieli, że w Polsce tak się wita ważnych gości. Wtedy działało już też koło rodzin dzieci niepełnosprawnych. To zainteresowało szefową misji. Już w sierpniu przyjechał do nas TIR, wypełniony odzieżą, meblami, sprzętem agd. Zostało to rozdysponowane wśród potrzebujących. Norwegowie chcieli też objąć jedną z rodzin stałym patronatem. Wytypowaliśmy rodzinę, gdzie była trójka dzieci, a wychowująca ich samotnie matka zmagała się z nieoperacyjnym chłoniakiem. Dzięki ich pomocy finansowej, we współpracy z ZGKiM w Łobżenicy, udało się wyremontować mieszkanie oraz wesprzeć leczenie. Choć matka zmarła, rodzina nadal jest objęta pomocą Norwegów.
Wspomniała Pani o kole rodziców dzieci niepełnosprawnych – tę inicjatywę także należy łączyć z TPD?
Poniekąd tak. Znów wrócę do tego, że dzięki pracy w szkole, kontakcie z nią, innymi nauczycielami, pedagogami miałam dobre rozeznanie w środowisku osób, które wymagają pomocy. To też mogło być już z dziesięć lat temu, gdy zbierałam informacje, ile w gminie Łobżenica jest dzieci niepełnosprawnych. Okazało się, że do 18–tego roku życia było ich ponad 70. Tych dzieci w ogóle nie było widać, stąd nikt chyba nie zdawał sobie sprawy, że jest ich aż tyle i że warto byłoby zintegrować to środowisko. Zaczęło się od zrobienia paczek świątecznych i rozwiezienia ich po domach. Radość dzieciaków była ogromna. Później pojawił się pomysł, by zorganizować dla nich wycieczkę. Informacja pojawiła się m.in. w parafiach, podczas ogłoszeń. Pomogła nam w tym pani Anna Nowak. W pierwszym wyjeździe do Myślęcinka wzięły udział 22 osoby. Dla wielu to był pierwszy taki wyjazd w życiu. Zdjęcia i opis tego wyjazdu rozeszły się w miejscowej prasie. Ludzie zaczęli przekonywać się do tej inicjatywy. Z roku na rok autobus się nam zapełniał. Obecnie to koło zrzesza prawie 40 osób. Rodzice dzieci mają ze sobą kontakt, pomagają sobie, rozmawiają, są silniejsi. Także dzięki ich staraniom w Łobżenicy działa Szkoła Podstawowa Specjalna, która ich pociechom dała jeszcze większe szanse rozwoju.
Zastanawiam się, czy gdyby jeszcze raz mogła Pani pokierować swoją karierą zawodową, to czy szła by ona w kierunku matematyki, z którą jest Pani kojarzona z miejscowej podstawówki, czy jednak w jeszcze większym stopniu skupiłaby się wokół tych wszystkich działań o których rozmawiamy.
Nie żałuję swoich wyborów. Matematyka to jeden z wielu przedmiotów, które dane mi było prowadzić. Liceum pedagogiczne, które kończyłam, dało mi właściwie wszechstronne przygotowanie. Było ono poparte corocznymi praktykami w szkole, koloniami i obozami harcerskimi. Może dlatego nie poddaję się, gdy natrafiam na problem, tylko analizuję, jak sobie z nim poradzić.
Co będzie gdy odejdzie Pani z funkcji prezesa TPD?
Nadal będę się angażować w działalność Towarzystwa, choć już nie w takim stopniu. Czas, by ten ster przejęło młodsze pokolenie.
Rozmawiał Sz. Chwaliszewski
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Pamiętam z podstawówki jak wyciągali od ludzi kasę na znaczek TPD na świadectwo.
Zbiedniałeś?
Nie miałem nawet na ten znaczek debilu.
Miałeś, miałeś, tylko na fajki straciłeś debilu.
Pamiętam z podstawówki jak wyciągali od ludzi kasę na znaczek TPD na świadectwo.
Zbiedniałeś?
Nie miałem nawet na ten znaczek debilu.