Nie jest tu za karę. To dyrektorzy odchodzili, a ona trwa na posterunku. Żałuje tylko, że nie umie grać na żadnym instrumencie. Ze Stanisławą Borsig - sekretarzem szkoły muzycznej w Złotowie rozmawia Łukasz Opłatek
Spotykamy się w sekretariacie. Pani Stasia, bo tak wszyscy do niej mówią, najpierw wyciąga herbatniki, a potem zeszyt z notatkami. Odręcznie zapisane kartki kładzie przed sobą.
Co Pani tam wynotowała? Chciałam być pewniejsza, żeby w rozmowie czegoś nie zapomnieć, kogoś nie urazić. Może jestem perfekcjonistką?
Słyszałem inne określenie – Pani Stasia to historia szkoły. Tak mnie ostatnio nazwały koleżanki. Ja w tej szkole wszystko o wszystkich wiem, na każdy temat mogę udzielić informacji. Historię szkoły mam w małym paluszku. Pamiętam nawet jednodniowe wycieczki organizowane za czasów dyrektorowania pana Tadeusza Dobka.
Po co sobie Pani zapełnia głowę takimi szczegółami? Bo jak jestem historią, to muszę wszystko wiedzieć. I jak ktoś tu przyjdzie muszę mu opowiedzieć. Muszę dzieciom pomagać, żeby im było dobrze, żeby niczego im nie brakowało. Dzieci u nas mają dobrze. Poza tym lubię wiedzieć wszystko o moim domu.
Jak to domu? Szkoła była moim pierwszym domem. Bo tu pracowałam, tu spędzałam najwięcej czasu. Powiem Panu, że kiedyś jak wstawałam, byłam zadowolona, że idę do mojej szkoły, a dziś mniej mi się chce, bo ta praca z komputerem...
Boi się go Pani? Ja wolę wszystko robić na pieszo. Wiem, że na komputerze jest szybciej, ale ja go nie lubię. Chociaż umiem napisać tekst, wysłać email, zrobić tabelkę, wprawdzie nie w excelu tylko w wordzie. Ale jak mi Pan zada coś trudnego do zrobienia na komputerze, to mogę się zdenerwować.
[[reklama]]
Pani Stasia? Panią podobno można do rany przykładać... Tak mówią moi koledzy. Uczniom też mówią, że jak chcą coś załatwić, to mają iść do pani Stasi, bo ona pomoże, skseruje, podpowie. Bardzo dziękuję moim koleżankom, że były i są za mną. I chyba będą.
Żal Pani, że będzie musiała Pani kiedyś przejść na emeryturę? Właściwie to już jestem na emeryturze. To pani dyrektor Wamke wyszła z propozycją, żebym poszła na emeryturę, za co jestem jej wdzięczna. Teraz młodzi szukają pracy. Zgłaszają się byli uczniowie, absolwenci wyższych uczelni, świetnie wykształceni instrumentaliści… Będzie mi żal, ale kiedyś musi to nastąpić.
To może pomówmy o tym, jak czterdzieści lat temu trafiła Pani do szkoły muzycznej. Najpierw jako sekretarka, a od dwóch lat sekretarz. To była moja pierwsza i jedyna praca. Skończyłam technikum ekonomiczne i zaraz po dyplomie znajoma zaproponowała mi tę pracę. Miałam już złożone dokumenty do Słupska do szkoły medycznej. Po kilku tygodniach dostałam informację, że zostałam przyjęta. Zostałam jednak tutaj w szkole.
Jak czuła się Pani w szkole mieszczącej się wówczas przy Placu Kościuszki? To był budynek stary, dwustuletni. Mimo wielu niedogodności stwarzał swoistą, miłą atmosferę. W 1982 r. szkołę przeniesiono do obecnej siedziby. Dzisiaj, oprócz mnie, nikt z ówczesnych pracowników tu nie pracuje. Lubię dzieci, a one mi to uczucie odwzajemniały. W starej szkole była świetlica i ja tam nieraz zostawałam z dziećmi po godzinach. Do dziś z wieloma absolwentami utrzymuję kontakty, nawet przyjaźnie. Na ulicy często pytają mnie o zdrowie i czy jeszcze pracuję. [[nowa_strona]] To miłe. Tak, bo niektórzy słabo pamiętają nauczycieli, a mnie zapamiętują. Przysyłają mi życzenia na święta, na urodziny. Czasem przyślą smsa. Na 8 marca czy zakończenie roku przychodzą dzieci z kwiatkiem czy czekoladką. Zdziwiona jestem, bo nie jestem nauczycielem.
Ale jest tu Pani niemal od początku istnienia szkoły. Pracowała Pani z sześcioma dyrektorami i od Pani dużo tu zależy. Nie wiem, jak mam odpowiedzieć...
Proszę powiedzieć, czy to prawda, że to Pani tak naprawdę na co dzień kieruje tą szkołą? Tak mówi pani dyrektor Wamke, że beze mnie nie może się obejść. Nie wiem, czy to jest prawdą, choć staram się jak mogę.
Którego z dyrektorów wspomina Pani najlepiej? Pana Tadeusza Dobka, który wrócił do rodzinnego miasta z Poznania. Z panem Tadeuszem miałam wspólny język, on rozumiał pracowników. Za jego kadencji spędziłam tu najlepsze lata. Gdy go zabrakło, wszystko się zmieniło. Był jak ojciec.
Osierocił Panią, odchodząc? Tak. Umiał ludzi zrozumieć i pomóc im. Każdy do niego szedł i wiedział, że otrzyma pomoc. Pracowałam z dyrektorem 26 lat.
On także bardzo dobrze wypowiada się o Pani. Tak? Dobrze to usłyszeć.
Pani Stanisławo, Pani lubi muzykę? Tu ciągle coś gra, skupić się nie idzie. Na początku pracy było trudno. Tu grał akordeon, tu skrzypce, tu jakiś zespół. Myślałam: jak tu się skupić? To rozpraszało. Teraz jednak gdy nie grają, to czegoś mi brakuje. Proszę wtedy: Panie Krzysiu, zagra mi Pan coś na trąbce, bo mi smutno. Mamy nowego pana od klarnetu i jego też proszę: Panie Jakubie, niech Pan mi coś zagra. Pani Stasiu, dla Pani wszystko, tylko się przygotuję. Nie trzeba. Niech mi Pan tylko jakąś melodię zagra.
A dlaczego Pani na niczym nie gra? Kolega chciał mnie nauczyć grać na akordeonie, ale musiałabym mieć spodnie. A ja nie lubię w spodniach chodzić.
Bez spodni się nie dało? Ale to trzeba tak usiąść... bez spodni się nie da. Żałuję trochę, bo przez te lata bym się nauczyła. Na pewno coś bym umiała zagrać.
[[reklama]]
Po czterdziestu latach byłaby Pani wirtuozem kilku instrumentów. W ofercie mamy osiem instrumentów. Jakbym chciała na nich grać, to w ogóle bym do domu nie poszła.
Kiedyś Pani odejdzie na dobre. Myśli Pani o tym? Jeszcze nie. Moja współpraca ze szkołą, nauczycielami i rodzicami jeszcze się nie kończy. Ale kiedy to nastąpi będzie mi bardzo smutno, bo chciałam jeszcze coś zrobić dla szkoły, ale braknie mi już czasu.
Co po Pani tu zostanie? Zostawię po sobie kilka tomów kronik, ponieważ wszystko co wydawało mi się ważne – zapisałam. Zostawię po sobie kroniki i nazwisko.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze