Reklama

Anioł Farmacji. Nagrodzona jako jedna z dziesięciu w kraju

17/04/2017 19:00
Iwona Reinholz-Cynajek znalazła się w dziesiątce osób w Polsce, które otrzymały zaszczytny tytuł „Anioł Farmacji” – nagrody, do której nominują pacjenci. Choć wychowywała się w aptece nie od zawsze chciała być farmaceutą. – Marzyłam, by być leśnikiem – mówi

Od pokoleń nazwisko Reinholz w Łobżenicy, kilku ościennych gminach, a nawet jeszcze dalej jednoznacznie kojarzy się z aptekarskim rodem. Jak ta historia sprzed stu lat się zaczęła?

Iwona Reinholz - Cynajek w czasie zajęć z chemii ilościowej, na drugim roku studiów

Na wstępie muszę wyjaśnić, że to nazwisko powinno pisać się inaczej, bo nasi przodkowie nie byli Niemcami, lecz Szkotami. Wcześniejsza pisownia to: Reynolds. Podobnie brzmiące Reinholz pojawiło się w czasach zaboru pruskiego. Aptekarską historię zapoczątkował w 1918 roku pochodzący z Koronowa Józef Reinholz - mój dziadek, absolwent studiów farmaceutycznych w Berlinie i Fryburgu, który kupił w Łobżenicy aptekę. W przyszłym roku będzie więc setna rocznica jej uruchomienia. Budynek stoi do dziś przy ul. 1 Maja. Dziadek zginął w pierwszych miesiącach drugiej wojny światowej za swoją działalność na rzecz odzyskania przez Polskę niepodległości oraz jako przedstawiciel miejscowej inteligencji i władzy. W okresie międzywojennym był w Łobżenicy m.in. prezesem Rady Narodowej, przewodniczącym Rady Nadzorczej Banku Ludowego oraz honorowym prezesem OSP. Należał również do miejscowego Kurkowego Bractwa Strzeleckiego. Przynależąc do Chrześcijańskiej Demokracji działał na rzecz Kościoła, będąc jednym z fundatorów przebudowy łobżenickiej fary w latach 30-tych. Został rozstrzelany w nocy z 11 na 12 listopada 1939 roku przez Niemców w Paterku i pochowany w zbiorowej mogile. Po wojnie najstarszy z trzech synów, a mój ojciec Bogdan Reinholz postarał się o ekshumację szczątków jego oraz pozostałych pomordowanych i pochowek z honorami. Natomiast w czasie wojny apteką zarządzał sprowadzony do miasta przez hitlerowców Boris Hoppner, Estończyk z Talina, który był niemieckiego pochodzenia. Kiedy w 1945 roku do apteki wróciła moja babcia Halina, wszystko co miało większą wartość było skradzione przez okupantów lub komunistów. Do 1951 roku, czyli do momentu ukończenia przez mojego ojca studiów farmaceutycznych w Poznaniu apteką kierowała farmaceutka z Bydgoszczy. W tym samym roku nasza apteka została też upaństwowiona. Zabytkowe meble wywieziono do Muzeum Farmacji w Krakowie. W 1964 roku Cefarm Bydgoszcz wybudował obecną aptekę przy ul. Sportowej, do której się przenieśliśmy, bo stary budynek był już zbyt ciasny. Jego przebudowa była nieopłacalna.

Reklama

Wychowując się w aptece od dziecka miała Pani kiedykolwiek inne plany związane ze swoją przyszłością niż być farmaceutą?

Józef Reinholz - syn przedsiębiorcy z Koronowa, do Łobżenicy trafił w 1918 roku, gdy kupił miejscową aptekę

Całe dzieciństwo kojarzy mi się z apteką przy 1 Maja. Tam się bawiłam, odrabiałam lekcje, jadłam, pomagałam babci, która mnie wychowywała. Tata cały poświęcał się pracy. Mawiał nawet, że: „można czytać gazetę, ale trzeba siedzieć w aptece i pilnować interesu”. Był też społecznikiem, zaangażowanym w wiele spraw miasta, pomimo tego, że za działalność w Armii Krajowej był w czasach komuny prześladowany. Tata był miłośnikiem przyrody, wędrówek po lesie, tam odpoczywał. Mieliśmy taki rodzinny zwyczaj, że co niedzielę wsiadaliśmy w naszego niebiesko–białego moskwicza i jechaliśmy do lasu pospacerować. Znałam więc doskonale wszystkie lasy w okolicy i to był czas, jeszcze chyba w szkole podstawowej, że marzyłam, by być leśnikiem. Później myślałam o stomatologii, jednak tata wybijał mi to z głowy, opowiadając, jak ciężki to zawód. Widział we mnie, jedynym dziecku, swojego następcę. Chyba nawet porozmawiał z śp. panią Krystyną Szyszymar – miejscową stomatolog, bo i ona przekonywała mnie, że powinnam iść na farmację, tak jak dziadek i tata. Decyzję podjęłam w trzeciej klasie liceum.

Reklama

To była pierwsza połowa lat 70-tych. Jak wówczas wyglądał wyjazd na studia do znacznie większego niż Łobżenica miasta?

Bogdan Reinholz - ojciec pani Iwony bardzo namawiał ją do tego, by wróciła do Łobżenicy. To zdjęcie zrobiono na początku lat 80-tych

Zdałam egzaminy na farmację na Akademii Medycznej w Poznaniu i dostałam „stypendium fundowane Cefarmu”, które później trzeba było odpracować. Warto dodać, że wówczas farmaceuta to nie był zawód, który gwarantował wysokie zarobki. Magistrowie w aptekach zarabiali kiepsko, jednak te studia dawały szeroki wachlarz możliwości pracy poza apteką, np. w sanepidzie. 60% - 70% osób na roku to byli ci, którzy nie dostali się na medycynę. Często po roku próbowali ponownie dostać się na kierunek medyczny. A jak to było po wyjeździe z Łobżenicy? Wielkie miasto przytłaczało, kiedy w głowie przewijały się jeszcze obrazy z wędrówek po lesie. Na początku nie mogłam się zaaklimatyzować. Mieszkanie na stancji... Studia też łatwe nie były. Trzeba było się przykładać, żeby je ukończyć. Ratowało mnie to, że w Poznaniu mieliśmy rodzinę, mieszkało tam też wielu znajomych moich rodziców. Sporo czasu spędzałam, odwiedzając ich. Gdyby ich Pan o te czasy zapytał, pewnie śmialiby się, że właściwie to mieszkałam u nich. Z czasem przywykłam do wielkomiejskiego zgiełku...

Reklama

To dopiero 30% wywiadu. W dalszej części zadałem m.in. takie pytania:

Żal było wracać do Łobżenicy? Myślała Pani o „ucieczce” gdzieś indziej albo zostaniu w Poznaniu?

A dzisiaj? Po przemianach ustrojowych, na wolnym rynku – jest łatwiej, lepiej? Farmację studenci szturmują w nadziei na dobrą pracę.

W ślady dziadka i ojca poszła Pani w jeszcze jednej kwestii – w działalności na rzecz lokalnego samorządu i nie tylko.

Porozmawiajmy o nagrodzie. „Anioł Farmacji” to zaszczytny tytuł, bowiem w każdym roku otrzymuje go tylko dziesięć osób w całej Polsce. Zdradzi Pani kulisy tego konkursu?

Reklama

Subskrybuj i czytaj wszystkie artykuły bez ograniczeń[[pay]]


Żal było wracać do Łobżenicy? Myślała Pani o „ucieczce” gdzieś indziej albo zostaniu w Poznaniu?

Myślałam. Tak jak żal było wyjeżdżać z domu na studia, tak podobne rozterki przeżywałam przed powrotem w rodzinne strony. Miałam znajomych, przyjaciół... Z wieloma z nich kontakt utrzymuję do dzisiaj. Mój tata jednak wówczas dość krótko podchodził do tego tematu. Mówił, że albo zostaję na uczelni i tam rozwijam się w zawodzie, albo wracam. Na decyzji o powrocie zaważyło głównie to, że mój ojciec był po zawale, schorowany – potrzebował pomocy. Do Łobżenicy wróciłam w 1978 roku. W 1979 rozpoczęłam specjalizację pierwszego, a później drugiego stopnia farmacji aptecznej. Ten 79’ pamiętny jest też dla mnie dlatego, że od lutego do końca czerwca w miejscowym liceum uczyłam chemii, zastępując nauczyciela, którego powołano wówczas do wojska. Taka mała przygoda z byciem pedagogiem też mi się więc przydarzyła.

Reklama

Klienci w starej aptece. Meble z tego wnętrza zabrano do Muzeum Farmacji w Krakowie

Współcześnie rynek farmaceutyczny to potężny biznes. Niezliczona ilość suplementów, leków, witamin i napastliwa reklama. Gdy Pani rozpoczynała swoją pracę wyglądało to zapewne zupełnie inaczej.

Kiedyś było bardzo mało gotowych leków. Pyralgina, Antyneuralgina, Streptomycyna, Biseptol... z pewnością ich reklam nie było ani w telewizji, ani w radiu. Najwięcej szło środków przeciwbólowych. Wiele, bardzo wiele leków recepturowych robiliśmy. Było tak, że magister albo technik przez osiem godzin dnia pracy nie wychodził z tzw. „receptury”, czyli stanowiska sporządzania leków. Towar dostarczany ciężarówką przyjeżdżał z Cefarmu z Poznania raz w miesiącu! Dla porównania teraz jest to nawet dwa razy dziennie. Zamówienie wysyłaliśmy listem na tydzień przed dostawą i czekaliśmy, co przywiozą...

Reklama

Wnętrze starej apteki w Łobżenicy. Rok 1920

A dzisiaj? Po przemianach ustrojowych, na wolnym rynku – jest łatwiej, lepiej? Farmację studenci szturmują w nadziei na dobrą pracę.

Wielu wydaje się, że na aptece można zrobić biznes. Owszem, był taki czas, jednak nie trwał długo, a rzeczywistość się bardzo pozmieniała. Kiedy na przełomie lat 80 i 90-tych podjęłam kroki, żeby znów stać się właścicielem apteki, a nie kierownikiem opłacanym przez Cefarm, pojawiały się wątpliwości. Na tamte czasy wiązało się to ze sporymi kosztami. Zaryzykowałam i to była pierwsza prywatna apteka w regionie północnej Wielkopolski po upadku komuny. Obecnie sporo złego robią sieci, gdzie pacjenta aż nazbyt traktuje się jak klienta, wciskając np. leki, często mu nie potrzebne. Jednak apteka, która jest w sieci, jest z takich „akcji” rozliczana. Nie ma tygodnia, żebym nie dostawała od którejś z tych dużych korporacji propozycji współpracy. Podejmować jej nie zamierzam, cenię sobie to, że jestem niezależna.

Reklama

Dawna apteka Reinholzów przy ul. 1 Maja

W ślady dziadka i ojca poszła Pani w jeszcze jednej kwestii – w działalności na rzecz lokalnego samorządu i nie tylko.

Do tego, żebym została radną, zaraz po powrocie namawiał mnie tata – zaangażowany w sprawy miasta. Nie chciałam o tym słyszeć. Podobnie było, kiedy wiele lat później z taką propozycją przyszedł do mnie kolega z klasy LO Hipolit Wojciechowski. Przekonały mnie dziewczyny z apteki, mówiąc, że sobie poradzę. W Radzie Miejskiej w Łobżenicy przepracowałam dwie kadencje i nie ukrywam – podobało mi się to.

Apteka pod Koroną - lata najprawdopodobniej 80-te. Choć kształt budynku się nie zmienił - elewacja wygląda dziś już zupełnie inaczej

Reklama

Chciałaby Pani wrócić?

Już nie. Mam sporo obowiązków w swojej firmie, której, zgodnie ze słowami mojego taty, trzeba pilnować. W aptece jestem zawsze – na każdy dzwonek i w święta, nawet o 3 nad ranem, bo traktuję swoją pracę jak służbę już od 39 lat. Od 25 lat działam ponadto w samorządzie Wielkopolskiej Izby Aptekarskiej w Poznaniu – tam też mam co robić.

Odejdźmy może od tematów zawodowych. Pani pasją są podróże. Odwiedziła już Pani sporą część świata. To bierze się jeszcze z czasów dzieciństwa i rodzinnych wypraw?

Iwona Reinholz-Cynajek podczas warszawskiej gali Anioł Farmacji, organizowanej przez Fundację Anioł Farmacji - Anioł Medycyny. Fot. F. Anioł Farmacji - Anioł Medycyny

Reklama

Chyba mam to w genach. Podróżnikiem był już mój dziadek. Na początku XX wieku odwiedzał m.in. takie kraje jak Włochy, Wielka Brytania, Francja. Z rodzicami i ich znajomymi też sporo jeździliśmy po kraju, głównie nad morze albo w góry. Później, już na studiach podróżowałam sama. Bułgaria, Rumunia, RFN – gdzie mieliśmy rodzinę... Dziś nie brzmi to może egzotycznie, ale w tamtych czasach to jednak był inny świat. Właśnie wśród znajomych moich rodziców, z którymi podróżowaliśmy, byli moi przyszli teściowie i mąż. Znaliśmy się więc z Jurkiem od dziecka, choć nasze drogi zeszły się ponownie wiele lat później. On też kochał podróże. Oboje szczególnie upodobaliśmy sobie Hiszpanię. Jurek marzył, żebyśmy ruszyli w wyprawę dookoła świata. Niestety odszedł nagle z tego świata, na parę miesięcy przed tym planowanym urlopem.

Porozmawiajmy o nagrodzie. „Anioł Farmacji” to zaszczytny tytuł, bowiem w każdym roku otrzymuje go tylko dziesięć osób w całej Polsce. Zdradzi Pani kulisy tego konkursu?

Nie wiem, kto mnie do niego zgłosił. Byłam bardzo zaskoczona, kiedy w grudniu zadzwonił telefon z informacją, że znalazłam się w setce nominowanych do głównej nagrody i że oddano na mnie bardzo dużo głosów. Nie potraktowałam tego zbyt poważnie. Jednak kiedy w lutym zadzwonili po raz drugi z prośbą, żebym przyjechała do Warszawy i przygotowała informacje na swój temat dotarło do mnie, że to nie są żarty. Potem, około 13 marca, nadeszły kolejne informacje, że na 90% mam tytuł „Anioła Farmacji” i żebym dotarła do stolicy na kilka godzin przed galą, żeby być na próbie... A sama gala? 1000 osób, które były w Filharmonii Narodowej w Warszawie robiło wrażenie, podobnie jak oprawa tego wydarzenia, to co działo się na scenie. Pozostaje mi tylko podziękować za to, że pacjenci obdarzyli mnie tak dużym zaufaniem, że aż tylu z nich oddało na mnie swój głos. To dla mnie wielki zaszczyt i nobilitacja. Motywacja do dalszej pracy.

Reklama

Z 1 Maja na Sportową Reinholzowie przenieśli się razem z apteką w 1964 roku. Budynek wybudował Cefarm

No właśnie, kiedy gratulowano Pani na sesji powiedziała Pani: „Nie myślę spocząć na laurach, zamierzam służyć jak najdłużej!”. Nie myśli Pani o tym, żeby odpocząć?

Swoje lata może mam, ale czuję się dobrze w swojej pracy. Niektórzy śmieją się, że aptekarze umierają na posterunku. Tak było z moim tatą – służył ludziom do końca. Sama znam też kilka przypadków farmaceutów, którzy dobijają do 90-tki, a nadal świetnie sobie radzą. Czy ze mną też tak będzie?  O emeryturze nie myślę. Odpoczywam podczas podróży, w czasie spędzanym ze znajomymi, rodziną. Czuję, że jeszcze wiele przede mną.

Rozmawiał Sz. Chwaliszewski[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Krystyna - niezalogowany 2017-04-20 15:59:11

    Naprawdę Anioł nie tylko farmacji,ale jako człowiek.Gdy było potrzebne lekarstwo to o każdej porze dnia i nocy Pani mgr Iwonka otworzy i sprzeda leki.Z całego serca gratuluje.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Ha - niezalogowany 2017-04-18 09:05:16

    "Anioł Farmacji" Gratulujemy Pani sukcesów w pracy i zdrowia życzymy.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama