Co mam powiedzieć? Tam biegają sami wariaci. Na starcie VIII Mistrzostw Polski w Biegu 24 h w gminie Łyse stanęło 67 zawodników, po setnym kilometrze odpadło 7. Ja cieszyłem się już na 120-130, bo wiedziałem, że dam radę...
Pyta pan, jak zaczęło się to moje bieganie? Od „Zawilca”. Siedem lat temu podczas I Biegu Zawilca pobiegłem po raz pierwszy. Bez przygotowania, z marszu. Miałem 53 lata i zająłem II miejsce w swojej kategorii wiekowej. Wcześniej przez wiele lat grałem w piłkę w Tarnovii Tarnówka, ale bieganie dla biegania było dla mnie czymś nowym. Jak się biega podpowiedział mi Eligiusz Sawicki, trochę Jarek Wojtasik. Zacząłem od krótszych dystansów, po 10-15 kilometrów.
Dziwi się pan? A ja w pierwszym roku biegania skusiłem się na półmaratony w Okonku i w Pile. A potem maraton w Poznaniu. Tak mnie to wciągnęło... Jak nie poszedłem pobiegać, to byłem chory.
Wie pan, ja wtedy miałem 53 lata, rano, gdy wstałem, nie mogłem się wyprostować. Nie mogłem się nachylić nad umywalką. A teraz? Teraz czasem coś strzyknie, ale tamte bóle minęły.
Coś panu powiem: żaden bieg powyżej 40 km nie wychodzi na zdrowie. A mnie takie coś kręci. Dopiero powyżej maratonu zaczyna się zabawa. Przez te siedem lat zaliczyłem cztery ultramaratony. Najpierw byłem na „kaliskiej setce”. Pojechałem tam zobaczyć, jak to jest biec na takim dystansie. Minimum wynosiło 55 km i tyle przebiegłem. Teraz wiem, że biegłem za szybko. Potem rzuciłem się na 147 km ze Szczecina do Kołobrzegu. Trzeba je było pokonać w dobę. Po drodze zabłądziłem i dołożyłem 15 km, ale i tak zmieściłem się w limicie czasu – na metę wbiegłem po 23 h i 13 minutach. Bo, zdradzę panu mój sposób, ja słucham swojego organizmu. Zawsze staram się mieć zapas sił, bo gdyby trzeba było przebiec jeszcze trochę, to dam radę. Nie chodzi o to, by pobiec, a potem na linii mety paść.
Trzeci ultramaraton zrobiłem już w tym roku na trasie Gdynia - Hel. Limit czasowy był 12 h, a ja pokonałem te 80 km w 8 h i 40 minut. Wyliczyłem, że do 15 km dobiegnę w tym czasie, następne 10 km w tym czasie i tak dalej.
Nie biegam regularnie, bo pracuję jako operator maszyn stolarskich i nie zawsze mam czas, ale jak już wybiegam, to na 3 - 4 godziny. Wolno, ale długo. Tak przygotowywałem się do wspomnianych mistrzostw. Dziennie na treningu nie robiłem więcej niż 30 km. Czy to wystarczy? Pewnie, bo najlepszym treningiem przed biegiem 24-godzinnym były starty w innych zawodach. Podczas pielgrzymki z Bytowa do Częstochowy w pięć dni przebiegłem 160 km. Biegło nas tam, w sztafecie, 21 osób. Kolejnym treningiem był Orlen Maraton w Warszawie. Ile przebiegłem? W samych zawodach w tym roku wykręciłem, mam to tutaj zapisane, 380 km. Wie pan, ja nie jestem specjalistą. Po prostu słucham swojego organizmu, podpatruję innych i wiem, jak mam biegać. Choć błędów popełniam jeszcze sporo.
Mistrzostwa odbyły się 26-27 września w gminie Łyse. Cała ich trudność była w tym, że pętla miała długość 2 km. No w kółko trzeba było biegać. Monotonia, do tego po asfalcie. Wystartowaliśmy o 11:00 w sobotę, a do 14:00 padał deszcz. Kolejne 3-4 godziny można było w miarę dobrze biegać, ale wieczorem zaczęło wiać. A noc, proszę pana, to już była strasznie zimna. Co prawda każdy zawodnik miał swój boks w namiocie, gdzie mógł się przebrać, ogrzać i odpocząć, ale ja byłem tam sam. Najlepsi zawodnicy mieli swoich serwisantów, a mi tylko ekipa Rysia Kałaczyńskiego z Wituni (przebiegł 366 maratonów w ciągu roku) kilka razy podała gorącą herbatę. Bo zimno to straszne jest. Na 120 km zmieniałem obuwie na lżejsze i zmarzłem tak bardzo, że już do końca się nie rozgrzałem. Na maści było już za późno.
Jaki miałem plan? Prosty – przebiec minimum 100 km, bo wtedy dostawało się medal. Kolejnym celem było 140 km, co pozwalało na sklasyfikowanie w MP. I tu znowu przeszkadzały błędy. Męczyłem się, bo pierwsze 100 km pobiegłem za wolno. Mogłem pobiec szybciej, odpocząć (tak jak inni) i dalej biec. Zła taktyka. Poza tym pojawił się inny problem. Przed biegiem bałem się dolegliwości żołądkowych, a zaatakowały mnie skurcze. Teraz, po konsultacjach przez internet z kolegą, wiem, że zabrakło mi magnezu. Specjaliści wiedzą, w czym rzecz.
Wie pan, wszystko kosztuje, a ja mam ograniczone fundusze. Staram się jeść rzeczy naturalne, przed zawodami więcej makaronu, ale to wszystko. Na przykład moim napojem podczas tego biegu była przegotowana woda z miodem, cytryną i ździebkiem soli. Tak mi ktoś podpowiedział, że to jest najlepsze. Ale nie ma co rozdrapywać - popełniłem kilka błędów, których już nie powtórzę.
A, jeszcze wynik pana interesuje? Przebiegłem 142 km w 21 godzin. To jedno kółko dołożyłem, żeby nie było wątpliwości, czy mam być sklasyfikowany w mistrzostwach. W swojej kategorii wiekowej byłem czwarty (najlepszy był gość z Bydgoszczy - wybiegał 202 km), a w open zająłem 35 miejsce. Czy mogło być lepiej? Mogło, gdybym inaczej pobiegł, mogłem być trzeci. Niestety, psychika mi siadła, a nogi zaczęły się uginać...
Warto dodać, że zwycięzca – Paweł Szynal, wicemistrz świata, obecny mistrz Polski – przebiegł 246 km.
To nie jest tak, że ja biegam dla medali, nagród czy zaszczytów. Ja spełniam marzenia, a medal to miła pamiątka. Biegam, by dobrze się czuć i poznawać nowych ludzi. Poza tym mnie kręci ekstremalny wysiłek. Dlatego myślę o starcie w jednym z najtrudniejszych biegów w Polsce – 7 szczytów. Do pokonania jest 246 km w 36 godzin. Myślę też o przyłączeniu się do złotowskich Pseudobiegaczek. To są fajne dziewczyny, które lubują się w biegach z przeszkodami. Będę się starał z nimi wystartować.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze