Reklama

Bokserskie DNA Piejków

23/02/2013 09:55
Nie raz musieli wykorzystać swoje umiejętności bokserskie w życiu. Boks to dla nich więcej niż pasja


Walczyli wujowie, ojciec, teraz walczą synowie. Każdy inny, ale łączy ich wspólne zamiłowanie do szermierki na pięści. Nawet przegrana walka nie była w stanie ich zatrzymać. Boks to piękny sport – mówią jednym głosem.

Początki z Bezimiennym
- Moja historia z boksem jest dosyć długa– drapie się po głowie Sławomir Piejek. - Boksowałem od 1981 do 1991 roku. Od zawsze sporty walki były mi bliskie, chciałem walczyć. Z moim starszym o 3 lata bratem Jurkiem chcieliśmy trenować aikido. W Sparcie była wtedy jednak sekcja boksu. Treningi prowadził bardzo dobry trener Jan Bezimienny. Po pierwszych zajęciach chciał mnie wziąć do sekcji, ale uważał, że mój brat, wtedy 18-letni, jest już za stary. Chciałem zrezygnować i trener uległ i przyjął nas obu – wspomina.
Każdy bokser ma w pamięci te najważniejsze walki, które, kiedy tylko zamyka oczy, jest w stanie odtworzyć w każdym najdrobniejszym szczególe. - Kilkakrotnie razem z bratem byliśmy mistrzami i wicemistrzami okręgu. Braliśmy udział w meczach bokserskich z Niemcami. Mój brat, mimo swojej szczupłej postury, słynął z silnego uderzenia, które potrafiło powalić niejednego boksera. Po jednych zawodach czterech zawodników musiało zabrać pogotowie - uśmiecha się, wspominając, pan Sławomir. – Pamiętam, jak mieszkałem na ul. Zamkowej, walczyły reprezentacje Polski i Rosji (czy Związku Radzieckiego) - cała ulica zamierała. Kazimierz, mój starszy brat, też boksował, tylko że krótko, a miał talent. Później trener Bezimienny pojechał za jednym zawodnikiem do Zabrza. Ściągnął mnie do tamtejszego klubu. Obiecywali mi złote góry, mieszkanie... Ale to wszystko były tylko obietnice i wróciłem. Spartę prowadził wtedy Jan Kanurski, ale to już nie była ta sama sekcja co za J. Bezimiennego. Mimo wszystko jestem bardzo wdzięczny J. Kanurskiemu, że tak długo z nami wytrwał. Ubolewam jednak, i jest to dla mnie niezrozumiałe, że Sparta nie korzystała i nie korzysta z trenerów takiej rangi jak Jan Bezimienny.
Każdy bokser ma zwoje zalety i wady. Senior rodu zaliczał się do bokserów walczących technicznie. - Wielokrotnie dostawałem puchary za najlepszego technika, więc w tym elemencie byłem dobry. Dodatkowo z kondycją nie byłem na bakier i wytrzymywałem trudy walki. Na 100 walk, jakie stoczyłem, bodajże tylko trzy zakończyły się dla mnie niepomyślnie przed czasem. Walczyłem z wieloma medalistami mistrzostw Polski. Pucharów trochę się nazbierało...

[[reklama]]

Lepszy od Michalczewskiego
- Byłem na turnieju w Chełmnie, na którym występowali bardzo dobrzy bokserzy w tamtych czasach: Jan Dydak, Dariusz Michalczewski, jego brat Tomek. Zostałem wtedy najlepszym zawodnikiem zawodów, chociaż osobiście stawiałem na Tigera.
Wspomnień nie brakuje. S. Piejek był m.in. z Darkiem w kadrze Polski, z Andrzejem Gołotą na mistrzostwach Polski w Oleśnicy i Włocławku. - Pieniędzy dużych z boksu nie było, miałem etat. Przeszedłem ze Sparty Złotów do Sokoła Piła i tam miałem małe pieniądze. Urodziło mi się jedno dziecko, drugie i trzeba było szukać pracy. Czekałem aż do Sparty wróci Jasiu Bezimienny i będzie odrodzenie boksu w Złotowie, no i się nie doczekałem. Zawiesiłem rękawice – mówi pan Sławomir.
W życiu kilkakrotnie musiał wykorzystać umiejętności bokserskie, chociaż nigdy sam do tego nie dążył. - Musiałem jednak reagować na zaczepki. Było kilku chętnych, którzy chcieli sprawdzić moje umiejętności poza ringiem. Jestem niewysoki i myśleli, że łatwo sobie ze mną poradzą i nie raz musieli się mocno zdziwić, zwłaszcza że byłem zadziorny– śmieje się mieszkaniec Złotowa. - Nie żałuję, że boksowałem. Najważniejsze to nie dać się obić i to tłumaczę cały czas moim synom. Jako rodzic nie chciałem, żeby boksowali, to chyba normalne. Owszem, jak byli mali to brałem ich i sprawdzałem, czy mają predyspozycje. Akurat Kamil, który moim zdaniem miał największą smykałkę do boksu, nigdy się tym nie zajął. Najstarszy syn, Marcin, nagle, nic nie mówiąc nikomu, poszedł na trening do J. Bezimiennego i przy boksie już został.
- Z kolei Marcin to taka „inna inszość” – mówi mama chłopców. - Jeśli ktoś Marcina wkurzy wszystko odreaguje w ringu na sparingu. Wszędzie go pełno – śmieje się mama. - Marcin to dobry technik, chyba za mną - wtrąca ojciec. Za nim poszli bliźniacy. - Mieli po 9 lat jak zaczęli - wtrąca mama chłopców.

Trener potrzebny od zaraz
Państwo Piejek chwalą trenera Tomasza Tetzlaffa za organizację w sekcji, zdobywanie sprzętu. – Tomek jest dobrym organizatorem, ale czasami zajmuje się wszystkim dokoła i mam wrażenie, że brakuje mu czasu na trenowanie. Ostatnio chłopcy stali już gotowi do wejścia do ring, a Tomka nie było - mówi S. Piejek. - Chłopcom chce pomóc w treningach trener, który prowadzi kadrę Polski, ale Sparta nie chce dać kilku złotych, żeby skorzystać z pomocy takiego fachowca. Tego nie rozumiem. Nie widzę specjalnie progresu moich synów – ale to moje zdanie.
Zdarzyło się, że bliźniacy walczyli między sobą na pucharze Skorpiona. Żeby zdobyć puchar musieli zawalczyć w drużynówce. – Zmęczyli się strasznie, Piotrek powiedział, że miał wrażenie, że za chwilę się przewróci. Na co dzień, podczas treningów, nie mają specjalnie z kim walczyć. Jest Pawlak, ale to junior, starszy o dwa lata, a chłopcy to kadeci jeszcze, są dużo lżejsi – mówi tata.
Chłopcy trenują trzy razy dziennie, dodatkowo biegają. – Kondycję musimy mieć, tata nas pilnuje – śmieją się uczniowie gimnazjum. Każdy bokser ma swoje dobre i gorsze strony. Jakie mają boksujący bliźniacy? Piotr: - Boksuję technicznie, jak tata. Do poprawy jest u mnie siła. Paweł: - Ja bardziej siłowo, techniki mi trochę brakuje, miałem przerwę 2-letnią i muszę nadrabiać stracony czas.
Boks to dodatek czy życie? - Myślimy poważnie o boksie, do 18 roku życia zostaniemy w Złotowie, później zobaczymy.

[[nowa_strona]]

Bliźniacy, a każdy inny
Chłopcy różnią się nie tylko w boksie. - Piotr jest spokojny - mówi mama dodając, że Paweł jest bardziej wybuchowy. - Grzeczni są – dodaje babcia chłopców. - Są inni, różnią się, ale jeden bez drugiego żyć nie może, jak to bliźniacy. Jeden za drugiego pójdzie w ogień.
– Brat sobie radzi, nie muszę interweniować - pewnym głosem dodaje Piotr. - Starsi nie raz próbowali nas sprawdzić, ale im się nie udawało – śmieją się bracia.
- Marcin, który boksuje już od 7 lat, poszedł do klubu do Poznania. Niby najlepsza drużyna w Wielkopolsce, a dorosłemu zawodnikowi dają 800 zł, więc trudno było się utrzymać w dużym mieście, a obiecywali dużo – opowiada Sławomir Piejek.
Bliźniaki nie widziały walczącego taty ale, jak mówi S. Piejek, obiecał bliźniakom sparing. – Szkoda, że wtedy nie było takich czasów jak dziś i nie mam pamiątek w postaci nagrań video z moich walk. Musi Pan pamiętać, że wtedy boksem żył cały Złotów – przekonuje mnie S. Piejek. - Hala pękała w szwach, do ringu na walkę człowiek musiał się przeciskać między kibicami. Za bilety trzeba było płacić. A teraz więcej zawodników niż kibiców na turnieju. Za moich czasów mieliśmy pakę. Teraz wystawia się zawodników do walki po zaledwie dwóch tygodniach trenowania… Kto to widział – mówi S. Piejek, brązowy medalista mistrzostw Polski.

Z bokserem żartów nie ma
Bliźniaki zapewniają, że najważniejsza jest szkoła. - Idzie nam średnio, ale rodzice nas pilnują.
Na myśl o najlepszych walkach Piotr odpowiada: -W Starogardzie Gdańskim z Patrykiem Prądzyńskim miałem swoją najlepszą walkę. Drugi z bliźniaków po zastanowieniu wspomina walkę finałową na mistrzostwach okręgu. - Chcemy być w kadrze Polski, chcemy coś osiągnąć i chcemy pojechać na olimpiadę - mówią.
Każdy ma innego idola bokserskiego. - Lubię styl M. Tysona mówi pierwszy. - Ja jestem za Andrzejem Gołotą, jego uniki, rotacje były najlepsze na świecie – dodaje drugi.
Na walki chodzi i babcia, i mama. Obie panie przyznają, że bardzo się denerwują, oglądając swoje pociechy. - Znam się trochę na boksie i wiem, że wnuczki dobrze boksują. To nie są bójki z podwórka – mówi babcia.
- Nie raz dostaniemy po nosie, ale nie zniechęca nas to. Liczy się satysfakcja z boksowania. Dodają, że nawet jeśli przegraliby kilka walk pod rząd, nie przestaliby boksować. To sport, który bardzo ich ekscytuje.
S. Piejek uważa, że kiedyś poziom boksowania był dużo wyższy. - Byłem wtedy w Sokole Piła w 2-3 lidze, a Złotów obecnie jest, nazwałbym to, w czwartej, ale może będzie lepiej i synowie zawalczą mi na upragnionej olimpiadzie – zatrzymuje swój wzrok na pucharach leżących na półkach swoich pociech.

Karol Zabel


Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości