Reklama

Bolesław Palichleb wychował polskich olimpijczyków. A w Złotowie sprzedawał buty

27/03/2016 18:30
On wychował polskich mistrzów w podnoszeniu ciężarów. Jej rodzina gościła Niemca, w którego domu zamieszkała. Razem Mirosława i Bolesław Palichleb sprzedawali złotowianom pierwsze buty

Znajomi nas namawiali: bierz! Co? Buty. W Bydgoszczy otworzyli hurtownię

– Mirosława Palichleb w 1990 roku sporo wie o butach, jak to kobieta, ale nic o handlu nimi. By wziąć szybkie lekcje rzuca pracę w banku.

Złożyłam wypowiedzenie, a dyrektor takie gały: a pani co, zwariowała?

Prawdopodobnie i nie wiem, czy nie przyjdę prosić, by mnie pan przyjął, bo nie wiem, co wyprawiam...

– Bolesław Palichleb od dawna namawiał żonę na rezygnację z tego mało dochodowego zajęcia. On już jeździł do Odry Cieszyn po wafle, słodycze, kawę. – Do Andrychowa cała kawa przychodziła z Austrii. Tam brałem ją z pierwszej ręki. Na mnie tu czy w Wałczu wszyscy byli źli za tak niską cenę, ale oni mieli kilku pośredników, a ja nie – w rodzinne strony B. Palichleb jeździł siedemnastoletnim dużym fiatem. Prezentem na raty od generała Ziętka, wojewody katowickiego, za sukcesy w podnoszeniu ciężarów.

Reklama

Pierwsza „galeria handlowa” w Złotowie powstawała właśnie w hali po Jastrobecie. W przetargu urządzonym w magistracie państwo Palichleb wzięli jeden boks. I z pieniędzmi z kredytu w walizce pojechali po towar.

Nie wiem, jak zacząć, które buty są chodliwe, jakie numery, co...

– pani Mirosława śmieje się z siebie sprzed dwudziestu sześciu lat.

Pani, która już brała towar powiedziała, że te idą, ale numery od 38 do 41. Tych muszę  mieć tyle. I dała mi ściągę: trójka to jest taki numer...

– otwarcie własnego biznesu było dla złotowian skokiem na głęboką wodę.

Reklama

Ręce im drżały, gdy mieli zapłacić, więc … nie zapłacili wcale.

Pani, ja mam te pieniądze, ale ja się tak boję... Zostanę z tymi butami i co ja zrobię? Tak mówiłam do tej kobiety z hurtowni, która też zaczynała interes i tak samo ryzykowała

– pani Mirosława przyznaje, że wtedy stał się cud.

To niech pani mi nie płaci. Zacznie pani sprzedawać i będzie pani przywozić pieniądze

– zaproponowała hurtowniczka. Tak ruszył pierwszy w hali targowej sklep z butami.

Pracownicy hurtowni wrzucili na kupionego za namową telewizji poloneza kartony (pani Mirka nie sprawdziła nawet faktury) i zaczęło się[[pay]].

Reklama

6:30. Świeżo upieczeni prywaciarze spali po nocnym upychaniu butów w za małym boksie. Obudził ich telefon koleżanki.

Gdzie wy jesteście?! Śpicie? Ludzi pełno, biją w okno. Wstawajcie!

Taki był brak towaru, że wszystko szło jak ciepłe bułeczki. Gdy otworzyliśmy, to myślałam, że mi ręce pourywają z tymi butami. I głowę też

– pani Mirka dobierała buty, korzystając z podarowanej ściągi.

Bolek jeździł do tej Bydgoszczy jak szalony i od razu płacił. Kto tam zamykał sklep o 17:00? Siedziało się tak długo, jak ludzie byli, a byli do której chcieli

Reklama

– na jednym z archiwalnych zdjęć widać M. Palichleb w sklepie. Z niepewnym uśmiechem przygląda się damskim półbutom.

Ludzie brali absolutnie wszystko

– twierdzi.

Pani Mirosława przyznaje, że gdy otwierała sklep z butami, niczego o nich nie widziała

Palichlebom szło doskonale. Mimo że ich kredyt, wzięty na 9%, Balcerowicz zmienił na 90%. Pani Mirka do dziś nie może mu tego wybaczyć. Ale „cwaniaków” rozumie.

Na początku lat dziewięćdziesiątych sytuacja prowokowała do bycia przedsiębiorczym

– jej zdaniem kapitalizm to bardzo korupcjogenny system.

Reklama

Pojawili się spekulanci i przemyt

– wyjaśnia.

Trzeba było nocować pod hurtownią, bo wszyscy chcieli mieć towar bez pośredników. A potem na rynku i tak byli tacy, którzy sprzedawali te buty jeszcze taniej

– dodaje pan Bolesław.

Z czasem w Złotowie powstały inne sklepy z obuwiem. Obroty w hali targowej spadły, a obciążenia wzrosły.

Niestety nasi rządzący jak zobaczyli, że ludzie się bogacą, to trzeba przyłożyć podatków. Za dużych. Tak śrubowali, żeby nie dać żyć

– pani Mirka na emeryturę przeszła w 2006 roku. Pan Bolesław firmę zamknął sześć lat temu.

Reklama

Przekształcenie spowodowało, że ci ludzie, którzy pracowali i płacili podatki nagle podczepili się pod państwo. Jaka to logika?

– pyta złotowianka.

Wagon ciężarowców

Logika znika w porywach serca. Państwo Palichleb są tego dowodem.

Bolek to był cherlawy. Taki byle jaki...

– pani Mirka drażni męża, który w 1959 roku w rodzinnej Bielsku Białej zaczął dźwigać ciężary.

Zawsze byłem dynamiczny i na szybkości u mnie polegało dźwiganie ciężarów

– broni się mężczyzna, bo i dziś, w wieku prawie 76 lat, ma krzepę niczym tur.

Zresztą nasi mistrzowie w podnoszeniu ciężarów jak Andrzej Cofalik, Waldemar Baszanowski czy Zygmunt Smalcerz, na siłaczy nie wyglądali. Ten pierwszy był wychowankiem Bolesława Palichleba. Dwóch ostatnich pani Mirka poznała w drodze na wczasy w Bułgarii.

Reklama

Jechałyśmy we trzy i przypadły nam miejsca w wagonie pełnym ciężarowców. A podróż trwała dwa dni i dwie noce

– jednym z trenerów kadry był wówczas pan Bolek.

Kraje obozu socjalistycznego zbojkotowały igrzyska w Los Angeles, więc zrobiono dla nich zawody w Warnie – „Przyjaźń 1984”

– ciężarowiec przyznaje, że przyszła żona zdobyła go nogami.

Chodziłam na takich szpilach, z wielkimi walizkami w rękach. To więcej takich głupich było. Takie czasy, a dziś problemy z kręgosłupem

– to chyba nie czas na romantyczne kobiece wspomnienia. A może to przez pierwszą randkę?

Reklama

Przyszedł do mnie z kwiatami i winogronami. Piękne te winogrona

– powiedziałam.

No piękne, ale jakie drogie...

– odrzekł.

Miałam chwilę zawahania, czy kontynuować znajomość z takim skąpcem, ale okazało się, że tak mu to wyskoczyło...

– teraz pani Mirka pozwala sobie na głośny śmiech.

Widzicie Państwo ten wzrok? Mimo narzekania pani Mirosława jest dumna z osiągnięć męża

Ciężar sukcesu

W górach zawsze było ciężej. Nawet oddech trudniej wziąć niż na nizinach. Za to górale są zaprawieni. Charakterni i silni. Taki też jest Bolesław Palichleb. To rodzinne.

Reklama

Tata, który był budowlańcem i robił schroniska dla PTTK, choćby w Szczyrku, na dzień przed śmiercią samochodem po zakupy pojechał. A miał dziewięćdziesiąt lat

– chwali się pan Bolek i wyciąga zdjęcia z kolejnych reklamówek. Brakuje tylko fotki ze skoczni, bo nasz bohater przygodę ze sportem zaczynał w nartach.

Skakałem razem z Dzidkiem Hryniewieckim, który złamał sobie kręgosłup w Wiśle–Malince. To był największy talent powojenny. Jako junior wygrywał ze wszystkimi seniorami. Na pewno byłby pierwszym naszym medalistą olimpijskim. Od Cyrankiewicza nawet samochód dostał. Operację u nas mu popsuli, potem go wywieźli do Szwecji, ale było za późno. Był sparaliżowany, na wózku, już nie żyje

Reklama

– B. Palichleb ma żal, że władze Wisły nie uczciły pamięci Dzidka choćby tabliczką. Może jeszcze sam wyjdzie z taką inicjatywą.

Po kolejnym skoku pan Bolek wylądował wśród ciężarowców. Miał dziewiętnaście lat i nieco ponad sześćdziesiąt kilogramów wagi.

Chciałem udowodnić, pokazać, że jestem silny

– rekordy zawodnika wagi piórkowej to 137 kg w wyciskaniu, 125 kg w rwaniu i 160 kg w podrzucie.

Przekroczyć te 400 kg było wyzwaniem

– twierdzi mężczyzna, który podczas dwugodzinnego treningu przerzucał 30–40 ton żelastwa.

To jest harakiri popełniane na własnych organizmach

– pani Mirosława nie kryje, że nie pała miłością do tego sportu.

To co my widzimy w telewizji to jest wbrew naturze, ale sam trening to jest tragedia. Wielka sala, dwadzieścia osób, oni podnoszą i rzucają. Huk niewyobrażalny. A oni tak co chwilę. I dokładają, i rzucają. Patrzyłam i myślałam, czy to ja jestem nienormalna, czy oni. I od tego mąż jest głuchy

– podsumowuje, choć pan Bolek protestuje. W trakcie rozmowy ani razu nie poprosił, by coś powtórzyć.

Mirosława Palichleb jednak swoje wie. Pozrywane mięśnie i więzadła, uszkodzone stawy, odklejająca się siatkówka... Ten sport zdrowy na pewno nie jest. Panu Bolesławowi uszkodził nerw kręgowy.

Na treningu coś strzeliło, ciepło mi się zrobiło, słabo. Wszystkie wyniki w porządku, a ja się bałem do ludzi wyjść. Centrala nerwowa została uszkodzona. Potem zawsze miałem przy sobie relanium

– przyznaje emerytowany trener.

Wie pan, jaki to jest głupi sport? Ludzkie słowo tego nie opowie

– wtrąca znowu pani domu.

Mimo wszystko to jednak ona prosi, by mąż pochwalił się sukcesami. Złotą Odznaką Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów, medalem Zasłużony Działacz, przyznanym przez Janusza Przedpełskiego, wicemistrzostwem wojska (w nagrodę służył krócej) oraz Mistrzostwem Polski w 1967 roku w sześcioboju w kategorii lekkiej. Na sześciobój składało się rwanie, podrzut, sprint na 60 m, pięcioskok z miejsca, pływanie i rzut kulą za siebie.

B. Palichleb zawodnikiem był przez 14 lat. Za to trenerem podnoszenia ciężarów blisko cztery dekady

Gdy mistrz rezygnuje

Bolesław Palichleb zapisał chlubną kartę w historii polskiego sportu. Najpierw jako trener ROW Rybnik (od 1965 roku).

Wyszkoliłem Kozłowskiego (późniejszego olimpijczyka), Pietruszka (rekordzistę świata juniorów). Zacząłem od A klasy

– pan Bolek pracę jako trener zaczął w 1962 roku. Przez kilka lat był jednocześnie zawodnikiem, czego dowodem są dyplomy i zdjęcia z zawodów. W 1974 roku pożegnał się z Rybnikiem (murzyn zrobił swoje, murzyn może odejść – usłyszał po wejściu zespołu do I ligi) i założył klub w Czerwionce.

Poszedłem na kopalnię do dyrektora z pytaniem, czy mogę otworzyć sekcję. Proszę bardzo. Zacząłem od podstawówki, a potem był tam nawet ośrodek przygotowań olimpijskich

– B. Palichleb wyciąga kolejne pamiątki. Zasypany nimi ma cały strych, czasem po prostu je rozdaje.

Co dziś są warte te papiery…

– zamyśla się pani Mirka.

W Czerwionce trener Palichleb odnosił największe sukcesy.

Wychowałem wielu rekordzistów i reprezentantów Polski. Szkoliłem choćby Hilarego Cofalika, który przed olimpiadą w Seulu zerwał mięsień czworogłowy uda, Kazimierza Juszczaka – rekordzistę, który uciekł do RFN. Największe wyniki zrobił jednak Andrzej Cofalik – mistrz świata, brązowy medalista olimpiady w Atlancie

– wspomina trener, który karierę zakończył w 1990 roku. Wtedy na dobre zakotwiczył w Złotowie. Zamieszkał z żoną w domu przy ulicy Norwida. W budynku po uciekających z miasta Niemcach.

Powrót Niemca

To jest dom poniemiecki z 1925 roku

– M. Palichleb pokazuje na pokój gościnny wypełniony pięknie rzeźbionymi meblami z litego drewna. Wspomina, że za ścianą stoi biurko z napisem Schneidemuhl (Piła) – pozostałość po niemieckim policjancie, który mieszkał tu do 1945 roku. Czterdzieści lat temu, a trzydzieści po wojnie, dotykał go syn owego mundurowego. Pani Mirka za chwilę o tym opowie.

Rodzina Łuksza (nazwisko panieńskie pani Mirki) trafiła do Złotowa w 1945 roku. Najpierw zjawił się pan Włodzimierz. Z Wileńszczyny musiał uciekać przed Niemcami, którzy zamknęli go za nie wykonywanie rozkazów.

Mama zaniosła strażnikowi ostatni kożuch, żeby tatę wypuścił. I on przyjechał tu wystraszony. Masa ludzi mówiła po niemiecku, a przyjezdnych, nie tylko zza Buga, było mało

– kobieta przyznaje, że od razu jej ojciec nazwany został hadziajem. I to mimo że miał fach niezwykle potrzebny – był gorzelanym, który uruchamiał gorzelnie w Złotowie, Radawnicy, Pniewie.

Rodzina Łuksza zajęła dom przy obecnej ulicy Norwida, naprzeciwko szpitala.

Sąsiedzi patrzyli przez okno na moją mamę, jej siostrę i moją starszą siostrę w chustkach. O, przyjechali hadziaje i co to będzie, zachodzili w głowę

– pani Mirka urodziła się już w Złotowie, więc na wozie jej nie było. To, że z domu, który zajęli, uciekła wdowa po policjancie zastrzelonym przez czerwonoarmistów w Pile oraz jej nastoletni syn dowiedziała się z opowieści. Przybysze zza Buga czy z Kieleckiego nie byli przez autochtonów mile widziani. Zdarzało się, że lano im z piętra na głowę gorącą wodę.

Najbliżsi sąsiedzi prawie nie mówili po niemiecku, a obie rodziny były wobec siebie nieufne. Takie były czasy.  Bali się na początku jeden drugiego

– z czasem jednak między sąsiadami zadzierzgnęła się prawdziwa, szczera przyjaźń.

Dzieci bawiły się ze sobą chętnie, a pani Wasielewska, mimo że miała sześcioro swoich dzieci, smażonymi przez siebie plackami częstowała wszystkie maluchy na ulicy.

To przyjaciele zza ściany pomogli Łukszom, gdy do Złotowa przyjechał syn wspomnianego niemieckiego policjanta.

Sąsiedzi w większości wyjechali do Niemiec. I tam zrobili sobie zjazd złotowiaków. Ten mały stąd i ten sąsiad razem chodzili do niemieckiej szkoły i tam się spotkali po trzydziestu latach. I padło pytanie: kto tu mieszka? Hadziaje, ale dom jest zadbany

– Mirosława Palichleb przypomina, że zaraz po wojnie Wolna Europa straszyła ludzi kolejną zawieruchą, więc niektórzy repatrianci nie przywiązywali się do przejmowanych gospodarstw. Zdarzało się, że je grabili, inni dewastowali i palili. Pani Mirka mówi, że są ludzie i są bestie.

I ten Niemiec chciałby tutaj przyjechać. A ten Wasielewski: te cię nie wygonią. No i w 1976 roku przyjechał z córką i z zięciem. Chodził tu długo pod płotem. Ojciec nic nie rozumiał, bo on po niemiecku ni w ząb, ale wpuścił ich i zawołał sąsiadów...

– pani Mirka była wtedy w pracy w banku ludowym, ale mówi o łzach Niemca.

Tu był ich młynek, wazon, stół, bo rodzice zachowali te rzeczy. Ojciec lubił stare meble. Mama wiele z tych rzeczy oddała naszemu gościowi

– to był przykład porozumienia ponad podziałami.

Tak się podobno napili wódki, że się rozumieli bez słów. Trzy dni impreza trwała. I on co roku do nas przyjeżdżał. A to z żoną, a to sam lub z kolegami. Jeszcze w latach 90–tych

– mówi Mirosława Palichleb, pokazując, jak plączą się ludzkie losy.

Każdy ma jakąś historię, prawda? Jeśli dostatecznie długo pożyje...[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama