Reklama

Boliwia – jego misja. Wywiad rzeka z misjonarzem zza oceanu.

05/11/2015 18:30
Niczemu się nie dziw, nie gorsz się, przyjmuj rzeczywistość taką, jaka jest i staraj się ją zrozumieć – ks. Jacek Dziadosz, proboszcz parafi Challapata i Condo-Huari wie, jak smakować Boliwię

W pierwszym odruchu chciałam Cię zapytać, jak czujesz Boliwię, ale z uwagi na to, że stamtąd wracasz, zapytam o co innego: jak czujesz Polskę?

Rewelacyjnie. Boliwia pokazała mi, że często nie dostrzegałem niesamowitego piękna zieleni, którą miałem wokół siebie w Polsce na co dzień. Dziś ta przyroda, uderzająca, najbardziej mnie fascynuje. W drodze powrotnej z lotniska, z którego odebrał mnie mój przyjaciel Paweł, stanęliśmy przy jeziorze koło Trzcianki. Siedzieliśmy i patrzeliśmy na wodę, na wędkarza... To było fantastyczne przeżycie. Był kiedyś taki kawał: „Widzisz las? Nie, drzewa mi zasłaniają”. Czasami tak właśnie w życiu jest. Ja zacząłem dostrzegać zieleń pewnie dlatego, że w Boliwii mieszkam w miejscu, w którym nie ma niemalże nic.

Księżycowy krajobraz nie jest dla Ciebie tak ciekawy?

Moich gości z pewnością fascynuje. Tak, jest niezwykły, ale mnie w części również przeraża. Kiedy pierwszy raz zderzyłem się z rzeczywistością campo, to znaczy wsi, przestrzeni poza miastem, obudziło się we mnie poczucie zagubienia powodowane ogromną pustką. Kiedy jedzie się przez godzinę i nie widzi na horyzoncie żadnego człowieka, może pojawić się niepokój.

Reklama

Ks. Jacek włączając się w obrzędowość Boliwijczyków stara się zrozumieć ich kulturę

[[pay]]Boliwia pozwala więc zatęsknić za człowiekiem.

Każdego dnia tęsknię i nie tęsknię jednocześnie. Czasami na swój sposób nienawidzę ludzi. Tak, są takie stany – głównie wtedy, kiedy budzę się o 4.00, bo ktoś puka do drzwi. Już wiem, że to będzie długi dzień, pełen próśb, pytań, obowiązków i potrwa do 20.00 czy 21.00. Zawsze niepokoi mnie zdanie: „Padre, mała consultita”, bo ta „mała consultita” nie jest jednym pytaniem i zajmuje długie minuty akurat wtedy, gdy mam do zrobienia coś innego. Czasami jestem tym ciągłym kontaktem zmęczony i bywa, że cisza, samotność są dla mnie wybawieniem. Zdarza się oczywiście tęsknić za człowiekiem, ale za takim, który nic nie chce od ciebie, który po prostu przychodzi na kawę porozmawiać o niczym.

Reklama

Dziwi mnie otwartość, o której mówisz, ponieważ we wszystkich informacjach na temat Boliwii, do których dotarłam, napisano, że Boliwijczycy są surowi i zamknięci w sobie.

Ci moi Indianie z Altiplano mogą się wydawać tacy, bo są góralami – to okoliczności, w których przyszło im żyć budują taką właśnie postawę. Samotność doświadczana w czasie, gdy wychodzą na tydzień czy dwa paść zwierzęta, wzmacniana surowością klimatu sprawia, że ludzie faktycznie się zamykają. Z drugiej strony muszę powiedzieć, kiedy już dobrze poznają człowieka, ich nastawienie się zmienia. W Boliwii, kiedy ktoś Ci powie, że jesteś przyjacielem, to oznacza to, że jesteś w rodzinie. To nie są słowa rzucane na wiatr – one oznaczają konkretne postawy, konkretne gesty. Przykład: być rodzicem chrzestnym w Polsce równa się stanąć do zdjęcia, kupić prezent na Boże Narodzenie i to jest cała powinność. Tam jest zupełnie inaczej. Wiem, ponieważ, chcąc nie chcąc, zostałem ojcem chrzestnym kilkorga dzieci (uśmiech). Na początku wydawało się, że będzie mnie z nimi wiązać tylko duchowa opieka, tymczasem to coś więcej. Kiedyś na przykład kupowałem coś na targu. Kiedy przyszło do płacenia sprzedawca mówi: „nie, ty nie płacisz”. Powód był prosty: jestem ojcem chrzestnym dziecka kogoś z tej rodziny i to wystarczy. W Boliwii okazuje się więc, że kiedy człowiek stanie się „swój”, spotyka go wiele gestów, których się nie spodziewa. Jeśli ma problem – rodzina staje za nim. Kiedy byłem chory modliłem się o to, by wyzdrowieć, bo ciągle ktoś mnie odwiedzał i coś przynosił (uśmiech).

Reklama

O symbolicznym kropieniu wodą święconą w Boliwii nie ma mowy. Każdy z wiernych chce, by choć kropla spadła konkretnie na niego

Tego podejścia do życia, do siebie nawzajem powinniśmy Boliwijczykom zazdrościć?

Myślę, że tak. Powinniśmy im też zazdrościć wolności. Boliwijczycy mają niesamowite poczucie czasu. Czasami męczące, ale mimo wszystko niesamowite. Kiedyś żyłem według kalendarza, starałem się ze wszystkim zdążyć. Był taki dzień: najpierw msza, potem coś jeszcze po drodze i na koniec błogosławieństwo w campo – jadę, szukam domu, do którego mnie zaproszono, a że chciałem zdążyć na czas wpadłem z pędu dnia, niemalże wbiegłem, a tam? Spokój. Ludzie siedzą, patrzą w niebo... i mówią: „usiądź”. Usiadłem (uśmiech). Popatrzyłem, jak wiatr wieje, jak błękitne jest niebo... W Boliwii nikt się do niczego nie spieszy, tam inaczej płynie czas. Nikt nie żyje w mechanizmie akcja – reakcja, a według zasady: zdążę – ok, nie zdążę – jutro też jest dzień.

Reklama

Mówię Boliwia – myślisz...

Góry Andy, kurz, słońce, płasko, nic, kilometry, zmęczenie, niedospanie, gwiazdy.

Campo to bezkres i wielka niewiadoma. Dobry samochód, który radzi sobie w trudnym terenie to w Boliwii podstawa

W kontekście tego, o czym mówiłeś, myślałam, że powiesz raczej „nieprzewidywalność”.

Boliwia jest w pewnym sensie przewidywalna, bo jeśli nie „dziś”, to „jutro”. Jeśli się z kimś umówiłem i ta osoba nie przyszła, to przyjmuję, że przyjdzie za jakiś czas. Staram się uczyć ludzi punktualności, odpowiedzialności za słowo, ale to trudne, bo w Boliwii godzina spóźnienia to nie spóźnienie, a sto kilometrów to nie odległość. Jeśli ktoś ci mówi „tutaj bliziuteńko” i potem jedziesz godzinę, to jest to zupełnie normalne. Takie podejście do czasu ma swoją dobrą stronę, zwłaszcza kiedy samemu przyjeżdża się spóźnionym. Kiedyś miałem pobłogosławić miejsce, w które uderzył piorun. Żeby dostosować się do innych zajęć zapytałem, w które miejsce trzeba dojechać. Usłyszałem „bliziuteńko”. Więc jechałem ponad 40 minut w jedną stronę, potem nastąpił ciąg spontanicznych błogosławieństw, no i dotarłem grubo spóźniony na wcześniej zaplanowane obowiązki. Wszyscy pytali, gdzie byłem tyle czasu. Odpowiedź była krótka i wiele mówiąca: „byłem w campo”. Jak ktoś był w campo, to wiadomo, że miał prawo się spóźnić, ponieważ poza miastem wiele go może spotkać. Może droga się osunęła, może skały na nią spadły, może auto się zakopało...

Reklama

Łatwo było Ci przyjąć ten „folklor obrzędowy”? Mam na myśli błogosławienie miejsca, w które uderzył piorun...

Często chwalę się też, że jestem pierwszym księdzem, który ochrzcił krowę. A było tak: pewna staruszka przyszła z pytaniem, czy ochrzczę, na co gorliwie odparłem „oczywiście”. Czekam na nią przy kościele, patrzę, a ona prowadzi na postronku... krowę. Nie było dziecka. Okazało się, że Boliwijczycy czasem mylą słowa, w tym przypadku – chrzcić i błogosławić. Na szczęście chodziło jej o to drugie. Tej inności trzeba się nauczyć. Jak człowiek nie wyjdzie poza ramki europejskie, to jest to bardzo trudne.

Reklama

- Boliwijczycy są bardzo wierzący - zaznacza ks. Jacek

Nie masz czasami poczucia, że pewne gesty, których Boliwijczycy od Ciebie oczekują, nie licują z powagą Kościoła?

Nie, to kwestia perspektywy. Wiele rzeczy na pierwszy rzut oka może się wydawać oburzającymi, np. palenie papierosów w kościele. Mnie dziś to nie gorszy, ponieważ wiem, z czego wynika taka postawa i co się za nią kryje. Papierosów nie pali się dla przyjemności – chodzi o dym. W Boliwii w wieczór przed pogrzebem ludzie siadają wokół ciała osoby zmarłej i zaczynają palić papierosy. Po to, by dym wzniósł ich pamięć i modlitwę do nieba. Trzeba to zrozumieć. Kiedyś Boliwijczycy zrobili imprezę na placu naszego kościoła. W pierwszym odruchu chciałem ich stamtąd przegonić, ale na szczęście ktoś mi wytłumaczył, że i w ten sposób czci się pamięć osoby zmarłej. Tam, kiedy ktoś umiera, ludzie nie oddają ciała do zakładu pogrzebowego. Czuwają przy nim, jedzą i piją, oczywiście pamiętając o zmarłym. On też ma swój stoliczek – jedzenie i napoje, by po drodze do nieba nie umarł z pragnienia.

Reklama

Odmówiłeś kiedyś wykonania posługi, która w Twoim mniemaniu była przekroczeniem pewnych granic?

Jeśli czegoś nie robię, to wyłącznie z powodu braku czasu. Przyjąłem zasadę zasłyszaną u doświadczonych misjonarzy: niczemu się nie dziw, nie gorsz się, przyjmuj rzeczywistość taką, jaka jest i staraj się ją zrozumieć. Dzięki takiej postawie wiele się nauczyłem – że trzeba żyć jak oni. Ciche towarzyszenie otwiera tych ludzi.

Jesteś już Boliwijczykiem?

Jeszcze nie, ale rozumiem tych ludzi, o ile można tak powiedzieć po niecałych czterech latach spędzonych w tym kraju. Nie mam zamiaru robić w ich mentalności rewolucji. Uważam, że lepiej czegoś się od nich nauczyć niż burzyć, bo w przypadku tego drugiego łatwo byłoby stracić grunt, na którym można coś na nowo zbudować.

Reklama

Zatem gdzie jest Twój dom?

Jeden z teologów powiedział kiedyś, że kościół wschodni i zachodni to dwa płuca kościoła. Dzisiaj, bo nie wiem, co będzie jutro, mogę odpowiedzieć, że Polska i Boliwia to dwa miejsca, które są dla mnie ważne. Są jak dwa płuca. W Polsce wyrosłem, to moja Ojczyzna, moja pierwsza miłość, ale Boliwia to też jednak kawałek mojego serca. Można się w niej zakochać.

Ks. Jacek pracuje w parafii składającej się z niemal dwustu miejscowości. W ciągu roku ochrzcił prawie 4 tysiące dzieci

Odnosząc się do wcześniejszego pytania – skojarzeń z Boliwią. Polska, oczywiście uogólniając, to antonim wyrazów, których użyłeś. Jak bardzo można stać w rozkroku?

Można. Boliwia jest fascynująca – z jednej strony Altiplano, z drugiej – tropiki. Powiem tak: Boliwia pozwoliła docenić mi to, co dała mi Polska, dzięki Polsce zaś doceniam Boliwię. Ta inność niesamowicie się uzupełnia.

Reklama

Wyczytałam w internecie, że Boliwia to kraj „naj”. Najwyżej położone i najtrudniej dostępne państwo Ameryki Południowej, największe solnisko świata, najwyżej położone żeglowne jezioro, najwyższe góry. Dla Ciebie Boliwia też jest „naj”?

Tak, jest „naj”. Odpowiadając przez pryzmat posługi – w ciągu dnia albo mam „przechlapane”, albo spokój. Kiedy jest spokój – cudownym jest uczucie, kiedy można wejść na góry i usiąść na 5 tysiącach metrów nad poziomem morza i wypić poranną kawę. W Boliwii jednocześnie denerwujesz się na ludzi i kochasz ich za pewne gesty. Przykład: przychodzi do mnie mama ministranta i pyta, czy mam kobietę. Zdumiony bezpośredniością, odpowiadam, że nie. Chodziło jej o to, czy ktoś mi gotuje, a już myślałem, że przyszła w celach matrymonialnych. Odpowiedziałem, że gotuję sam lub jem w mieście, na co ona odparła, że wobec tego otwiera dla mnie swój dom i że mogę przychodzić codziennie na obiad. To jest właśnie to „naj”.

Przechodząc do prozy życia – boliwijskie domy pewnie różnią się od naszych, w których są ciepłe grzejniki, wygodne łóżka, kawy z ekspresu... Jak tam się żyje?

Naprawdę bajkowo. Od grudnia mam gorącą wodę w kranie, więc czuję się jak królewicz. Kiedy sobie ją założyłem, to kąpałem się po trzy razy dziennie (uśmiech). Nie mogę narzekać – Boliwia bardzo się ostatnio zmienia, ale wciąż są miejsca, w których ludzie żyją w maleńkich chatach bez prądu i bieżącej wody. Klasyczne boliwijskie domy są zbudowane z cegieł wykonanych z błota zmieszanego z trawą – z tego się buduje. Nie ma okien, jedynie drzwi.

Reklama

Zdecydowana większość boliwijskich świątyni nadaje się do - delikatnie mówiąc - remontu. Ks. Jacek rozpoczął to dzieło

Czytałam, że Boliwia wprost usiana jest kapliczkami w różnym stanie technicznym.

Często jest tak, że odprawiając mszę świętą w kościołach widzę niebo. Właśnie dlatego podjąłem decyzję o odnawianiu wszystkiego na miarę moich skromnych możliwości. Zaczęło się od tego, że w porze deszczowej pojechałem na mszę do kościoła, w którym były dziury w dachu. Woda skapywała mi do kielicha i na hostię. Wtedy powiedziałem „dość”. Po trzech latach widać już skromne efekty.

W techniczno-budowlanym sensie to praca u podstaw?

Tak.

A w sensie duchowym?

Często też. Cieszę się, jeśli ktoś powie Ojcze nasz czy Zdrowaś Maryjo. Nie mogę wymagać wiele, bo moja parafia, licząc długością asfaltu biegnącego przez nią, ma 160 km długości. To ponad 200 wiosek i miasteczek. Utrudnienia wynikają właśnie z odległości – kiedy na wioskę trzeba dojechać godzinę czy dwie, to nie ma czasu na coś więcej niż podstawowa katecheza. Ktoś powie: można więcej, trzeba próbować. Jasne – ale do mojej szkółki niedzielnej w samej Challapacie przychodzi 400 dzieciaków, więc o indywidualnym podejściu nie ma mowy. Kiedy brakuje księży, rąk do pracy, to trzeba robić cokolwiek, a resztę zostawić Panu Bogu. Kto chce, to spotka się z Bogiem, a Boliwijczycy są bardzo wierzący.

Jak sobie radzisz z hiszpańskim? Byłeś przygotowany do odprawienia pierwszej mszy w obcym języku?

Przeszedłem centrum misyjne w Warszawie, tam miałem okazję poznać podstawy hiszpańskiego. Komunikuję się, ale nie hiszpańskim literackim, mówię raczej odmianą wiejską. Poza tym mój hiszpański często miesza się z językami natywnymi. Początek był dla mnie o tyle trudny, że nie rozumieliśmy siebie. Tłumaczyła sekretarka wyuczona w hiszpańskim-polskim. Z czasem złapałem specyfikę języka używanego w Boliwii.

Polskie doświadczenie kapłańskie ułatwiło Ci czy utrudniło wejście w nowe środowisko?

W Polsce przeszedłem przez kilka parafii. Myślę, że doświadczenie w nich zebrane procentuje. Każda historia przygotowywała mnie do czegoś, co miało mnie spotkać później. Gdybym ich nie przeżył, nie był bym takim księdzem, jakim jestem.

Boliwia to był Twój wybór, czy wybór zasugerowany?

Zasugerował mi go znajomy. Zadzwonił i powiedział, że biskup szuka księdza na misje, ale ja się nie nadaję, bo się rozleniwiłem. Zostawił mnie z tą myślą. Potem tak: noc nie przespana, dzień rozbity i myśli... a może jednak? Na trzeci dzień odszukałem biskupa w środku jego wakacji. Rzuciłem hasło „Boliwia” i poprosiłem o to konkretne miejsce.

Odważnie.

Nie miałem nic do stracenia, poza tym mocno zaufałem Panu Bogu. Pozwoliłem zdecydować mojemu przełożonemu, wewnętrznie wiedziałem jednak, czego chcę. Mimo wszystko nie naciskałem, zostawiłem tę decyzję biskupowi i on ją podjął.

Kiedyś przyjdzie czas powrotu z misji – będziesz jeszcze umiał żyć „po staremu”, w Polsce?

Jeśli będziemy zbyt mocno projektowali swoje życie, nigdy nie będziemy z nim pogodzeni. Pozwolę sobie odpowiedzieć: chwytaj dzień. Dziś jest tak, jak jest. Oczywiście z naszego dziś wynika jutro, ale nie zawsze warto wybiegać w przyszłość. Ostatnimi czasy były we mnie myśli o powrocie, ale uciąłem je, bo wiedziałem, że jak wrócę do Polski, to będzie to tylko ucieczka przed czymś, co jest trudne. Wtedy dopiero czułbym się niepogodzony i nieszczęśliwy. Złe okresy po prostu trzeba przeżyć. Teraz jestem w fajnym miejscu mojego życia. Boliwia daje mi radość. Kiedy wrócę do Polski – wtedy będę szukał dla siebie przestrzeni, która da szczęście i poczucie spełnienia. Kiedy wrócę będę trochę innym Jackiem niż ten sprzed lat. Mam nadzieję, że nie będzie miejsca na „po staremu”.

[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Paweł Janek - niezalogowany 2022-09-30 11:21:24

    Wyszukałem ks.Jacka w google bo chciałem coś się więcej dowiedzieć o nim. 24.09.2022r braliśmy ślub w Koszalinie w parafii pw. Świętego Kazimierz. Większość naszych znajomych nie chodzi do kościoła i ma bardzo negatywne nastawienie do księży. Zmieniło się to bardzo po naszym ślubie, który był bez mszy bo moja żona nie jest katoliczką. Ksiądz Jacek zrobił taką ceremonię, że wszyscy będą ją pozytywnie pamiętać przez bardzo długo. Odpowiednia osoba w odpowiednim miejscu. Pozdrawiamy, Claire & Paweł

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama