Reklama

Brat Starszy - wywiad z Aleksandrem Lewczanem

19/04/2018 18:00
Rozmowa o handlu po upadku komuny, miłości do ogrodnictwa, zamiłowaniu do strzelania w Bractwie Strzeleckim, byciu aktorem i podróżach

Jest Pan przykładem człowieka, który w pewnym momencie życia postawił wszystko na jedną kartę. Ryzyko się opłaciło, bo po niemal trzydziestu latach w handlu pracuje cała Wasza rodzina. Jakie były początki, w burzliwych latach 90-tych?

Zanim zająłem się handlem, przez 16 lat byłem kierowcą w państwowej lecznicy weterynaryjnej. To były czasy, gdy o własnym biznesie nawet nie myślałem. Było co robić. Dużo jeździliśmy po terenie, bo co rusz były jakieś akcje profilaktyczne. Lecznictwo zwierząt gospodarskich było wówczas w sporej mierze dotowane przez państwo. Wszystko skończyło się z nastaniem 1989 roku, kiedy w lecznicach zaczęły się cięcia etatów, co dotknęło i mnie. Ponieważ teren miałem dobrze rozeznany, wiedziałem, gdzie i czego brakuje oraz co i od kogo można kupić, postanowiłem zająć się handlem obwoźnym. Kupiłem żuka blaszaka, którego najpierw musiałem wyremontować. Był nieźle odpicowany, bo zyskał nawet zaświadczenie z Sanepidu jako wóz przeznaczony do transportu produktów spożywczych. Tak przygotowany jeździłem najpierw po gospodarzach, kupowałem od nich owoce, warzywa, dorzucało się towary z giełdy i jeździło po targowiskach od Złotowa, przez Piłę po Nakło nad Notecią, żeby to sprzedać, dorzucając jakąś niewielką marżę. Po żuku przesiadłem się na NRD-owskiego barkasa. Był tam dwusuwowy silnik wartburga - jak to chodziło! Jeździłem nim nawet do Niemiec!

Kiedy otworzył Pan pierwszy sklep?

To było niedługo później. Szybko okazało się, że ten handel obwoźny to był strzał w dziesiątkę. Ludzie czekali, kiedy przyjadę. Ponieważ zahaczałem też o okoliczne wioski, zorientowałem się, że są miejsca w gminie, gdzie miejscowi nie mają gdzie zrobić zakupów. W tamtych czasach wyjazd do Łobżenicy z krańcowych punktów gminy, jeśli nie pasowało połączenie PKS, to była prawdziwa wyprawa. Nie jechało się tam codziennie. Pierwszy sklep otworzyliśmy w Fanianowie za kościołem. To był wynajęty pokój w prywatnym domu. Sklep działał jedynie przez dwie godziny dziennie, jednak zainteresowanie było na tyle duże, że podobne punkty uruchomiliśmy jeszcze w Chlebnie i Dziuninie. Jeździliśmy tak z żoną od sklepu do sklepu. Tu dwie godziny, tam dwie godziny i tak dzień za dniem. Co ważne, w każdym punkcie było pełne zatowarowanie, w tym świeże pieczywo, bo piekarze mieli do tych sklepów swoje klucze.

Reklama

Obecnie działacie już tylko w Liszkowie, jednak historia tego miejsca też jest ciekawa. Po pierwsze ze względu na rozbudowy, po drugie z uwagi na Wasze podejście do prowadzenia tego punktu.


Czytasz artykuł premium. Pozostało jeszcze 82% tekstu
Zostań stałym Czytelnikiem.
Zaloguj się i subskrybuj wszystkie treści portalu [[pay]]

Na rynku trzeba szybko reagować na zmiany. Trzeba ten rynek ciągle analizować, żeby nie wypaść z gry. Utrzymanie tych trzech sklepów dawało dochód, ale wiązało się też z ogromnie trudną na tamte czasy logistyką, która zaczęła nas przerastać. Postanowiliśmy zmienić strategię i otworzyć punkt w większej miejscowości. Jeśli chodzi o podejście to faktycznie dla spółdzielczej konkurencji mogliśmy być jakimś dziwnym zjawiskiem. Sklep otwieraliśmy często niemal równo ze świtem i stało się za ladą do 22:00, 23:00. W latach 90-tych, nawet w dużych wsiach czy miastach, to nie był standard. Inna sprawa to towar. Zdarzało się, że mieliśmy u siebie produkty, których nie szło kupić nawet w stolicy gminy. Był taki przypadek, że przyjechał do nas człowiek z Łobżenicy, bo dowiedział się, że mamy na półce pędy bambusa. Niby egzotyka, a jednak potrzebna. Rozbudowy... Wykonywaliśmy je trzykrotnie, bo brakowało miejsca. Myślę jednak, że „do trzech razy sztuka” i wystarczy.

W którym momencie i dlaczego postanowił Pan, że handel to zbyt mało, że trzeba się zdywersyfikować i wejść w ogrodnictwo?

Motywacja była podobna do tej, gdy rezygnowaliśmy z trzech sklepów na rzecz jednego – rynek i jego obserwacja. Już kilkanaście lat temu dało się zauważyć odpływ ludzi z małych miejscowości. Coraz częściej wyjeżdżali na zakupy do większych miast i mały wiejski sklep przestał być dla nich atrakcyjny. Kiedy już natomiast człowiek zasmakował pracy na swoim, u siebie, to ciężko byłoby się pogodzić z sytuacją, że trzeba wrócić na etat do kogoś, a taki scenariusz był realny. Chodziło też o zabezpieczenie przyszłości mojej rodziny, bo pracujemy tu niemal wszyscy. Inna sprawa, że w ogrodnictwie się zakochałem. To dla mnie coś więcej niż praca. Bo czy nie wspaniałym jest, gdy obserwuje się, jak z nasionka pomidora z czasem wyrasta bujny pęd pełen owoców? Jest satysfakcja, gdy wiem, że to dzieło moich rąk.

Reklama

Rozwijając tę gałąź niejako powrócił Pan do początków. Co prawda żuka zastąpiło lepsze auto, ale ponownie można spotkać Pana na targowiskach.

Bo ja to też lubię. Mam to we krwi, bo tak do końca to nie wiem, czy handlu da się wyuczyć. Co ciekawe, choć minęło prawie trzydzieści lat to klimat targowisk nie zmienił się wiele. Owszem, jest lepsza infrastruktura, ale rozmowy z klientami toczymy niemal takie same jak trzy dekady temu.

Zmieńmy temat na Kurkowe Bractwo Strzeleckie w Łobżenicy. Jest tam Pan prawie od początku. Był Pan już Królem, a obecnie spoczywa na Panu godność Starszego Bractwa. Z jakimi obowiązkami się to wiąże?

Król to tytuł honorowy, który zdobywa się podczas królewskiego strzelania. To odbędzie się w maju. Starszy to natomiast funkcja przewodzącego Bractwu. Powierza się ją na trzyletnią kadencję. Pilnuje on spraw bieżących, reprezentuje Bractwo na zewnątrz, jeśli trzeba - przywołuje do porządku współbraci. To nie jest jednak władza absolutna, bo o najważniejszych kwestiach w KBS decyduje Rada Starszych. Ten podział obowiązków i nomenklatura wzięły się natomiast z tradycji przedwojennego Bractwa.

Reklama

W KBS w Łobżenicy Aleksander Lewczan jest niemal od początku jego reaktywacji. Niedawno został odznaczony za zasługi dla Bractwa oraz wybrany na Starszego strzeleckiej formacji

Na przestrzeni ponad piętnastu lat działalności niewiele osób dołączyło do Waszych szeregów. Z czego to wynika?

Z pewnością nie jesteśmy zamkniętym gronem, jednak przynależność do KBS wiąże się z zaakceptowaniem jego statutu, który w podstawie traktuje o wyznawaniu wartości, które nie są tak powszechne jak dawniej. Bóg, honor, ojczyzna, wiara, tradycja, patriotyzm, służba – dla mnie to ważne rzeczy, stąd, gdy padła propozycja przynależności do KBS, nie miałem z tym problemu. Być może wiele młodych osób ten problem ma, nie mnie ani innym Braciom to oceniać. Natomiast faktycznie rolą moją i Rady Starszych jest przyciągnięcie młodszego pokolenia do naszej formacji. Wstępny plan zakłada, że coś, co nieśmiało nazwałbym „naborem” bądź integracją z lokalną społecznością, nastąpi przy okazji lipcowej intronizacji. Szczegóły niech będą, póki co, niespodzianką.

Reklama

Może wiąże się to też z oprawą, która Wam towarzyszy? Przynależność do KBS do duży wydatek?

Wypchany portfel nie jest przepustką do KBS. To tak nie działa. Owszem, są pewne wydatki na początku, bo wiąże się to m.in. z zakupem munduru. Później opłacamy składki, które na tle innych stowarzyszeń, nawet w naszej gminie, trudno nazwać zaporowymi. Nie jest jednak tak, że nie ma nic w zamian. Każdy z Braci czy Sióstr, bo panie także mogą śmiało przystąpić do KBS, mogą np. w nieograniczony sposób korzystać z naszej strzelnicy. Jest to więc możliwość rozwoju np. dla osób, które wciągnęły się w strzelectwo sportowe. Zresztą KBS to też jakby cykl zawodów, strzelań, które odbywają się w siedzibach różnych Bractw.

Z jeszcze innej beczki. Tuż obok stoi pianino, w rogu pokoju gitara i akordeon. Do tego wszystkiego zebrał Pan znakomite recenzje po roli w sztuce „Wieczernik”, reżyserowanej przez ks. Karola Glesmera, która zapoczątkowała akcję „Ratujemy kościół św. Szczepana”. Ciągnie Pana na scenę?

To raczej ja zostałem wyciągnięty na scenę, jeśli chodzi o „Wieczernik”. Ks. Karol przemaglował nas strasznie, ale skoro efekt był taki, że zebraliśmy dobre noty, to wypada się z tego cieszyć i podziękować za uznanie. Aktorem zawodowym raczej nie chciałbym być, natomiast taki amatorski teatr jak przedstawiliśmy, to była niesamowita przygoda. Niebawem będziemy mieli okazję ją powtórzyć w Fordonie, w nowej parafii ks. Karola. Co do instrumentów to nie są tu na pokaz. Na wszystkich gram, a właściwie gramy, bo mamy tu w domu taki mały rodzinny zespół. Sprawdzamy się więc nie tylko w ogrodnictwie.

Reklama

Zadaniem Starszego w Bractwie jest m.in. zachęcenie młodego pokolenia do wstąpienia w jego szeregi. Czy to zadanie się powiedzie?

Nurtuje mnie jeszcze wątek podróży. Trochę ich Pan odbył, odwiedzając m.in. Meksyk czy Ziemię Świętą. Większość osób, które zwiedzają świat jest zdania, że takich doświadczeń nie zamieniłyby na nic innego. Pan ma podobnie?

Jedyną rzeczą, której w życiu żałuję, jest to, że podróżowanie, poznawanie świata odkryłem tak późno. Nie nadrobię już straconego czasu, natomiast każdemu, kto ma możliwość odbywania podróży, tych małych i dużych, szczerze to polecam. Świat jest tak różnorodny, a jego obserwacja daje tyle wrażeń... Co prawda do emerytury mi jeszcze trochę brakuje, to jednak już teraz żartuję, mówiąc domownikom, że w raz z nastaniem czasu odpoczynku biorę paszport w dłoń i ruszam w długą.

Reklama

Rozmawiał Sz. Chwaliszewski[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości