Reklama

Byłem nie do zajechania - mówi sołtys Nowego Buczka

11/03/2018 18:00
- Ludzie śmieją się, że rodzice zrobili mnie dla żartu – Marian Grochowski ma do siebie dystans. A kto wie, że kiedyś był mistrzem kolarstwa i spotkał Fidela Castro?

Tłumy na ulicach i na balkonach, flagi oraz transparenty – na te kilka dni Polakom „udzielił się” gorący temperament.

Wyraziliśmy w ten sposób szacunek, a także sympatię, jakimi darzą Was polscy komuniści, całe społeczeństwo

– tak o gorącym powitaniu mówił w trakcie przemówienia pierwszy sekretarz KC PZPR Edward Gierek (tygodnik Wprost, listopad 2016). Był czerwiec 1972 roku. Podczas tygodniowej wizyty w Polsce Fidel Castro odwiedził górników na Śląsku, grał w koszykówkę z zawodnikami Wisły Kraków, czym zadał kłam „intrygom imperialistów”, twierdzących, że przeszedł zawał serca. Przywódca bratniego narodu kubańskiego dał się także dostrzec Marianowi Grochowskiemu – w Wałczu, gdzie obecny sołtys Nowego Buczka odbywał służbę wojskową.

Reklama

Chodziłem na węzeł garnizonowy w jednostce pancernej na umieszczoną w podziemiach centralę telefoniczną i telegraficzną. Tam zobaczyłem Fidela Castro, który zwiedzał jednostkę pancerną. Nawet przystojny był. Wysoki, czarne włosy, rozumiesz. Później, jak go widziałem w telewizji, to nie wierzyłem, że tak się postarzał

– siedząc za stołem domu postawionego tuż przy cmentarzu wspomina zakłamanie komunistów. Mówi o czołgach, których ta jednostka nie widziała wcześniej na oczy. Nówkach.


Czytasz artykuł premium. Pozostało jeszcze 92% tekstu
Zostań stałym Czytelnikiem.
Zaloguj się i subskrybuj wszystkie treści portalu [[pay]]

Więcej tam było ruskich niż naszych. Cały pułk na placu, orkiestra, szychy z Warszawy

Reklama

– pamięta, jakby to było wczoraj. Nowoczesne wyposażenie? Bujda. Doskonale wie, jak pracowało się z ważącym blisko 40 kg dalekopisem.

Byłem operatorem łączności telegraficznej. Po nocach nas budzili i musieliśmy znać na pamięć skróty telegraficzne. Ilu skrótów nie znałem, tyle razy musiałem z dalekopisem wkoło aparatowni przelecieć. Odkręcałem go od stołu i biegiem

– dziś pan Marian się z tego śmieje. A śmieje się jak mało kto. Jedni śmieją się tylko twarzą, inni kiwają się wprzód i w tył, a on lata w górę i w dół. To najbardziej roześmiany sołtys w gminie Lipka, a może i powiecie. Z dużym dystansem do siebie. Kto inny mógłby powiedzieć, że rodzice zrobili go dla żartu?

Reklama

Wyścigi kolarskei w Lipce gromadziły tłumy kibiców

Dziecko naznaczone

Tyle że w 1951 roku, gdy urodził się Marian Grochowski, w Polsce śmiesznie nie było. W Lubczy jego rodzina żyła na czterech hektarach ziemi. Rodzice, piątka rodzeństwa i dwoje schorowanych dziadków.

A nikt wtedy nie miał emerytury!

– podkreśla. Poza tym Grochowscy byli naznaczeni. Pierwsze naznaczenie sięga zaborów, kiedy to babka Mariana wyszła za mężczyznę z Bawarii.

Pochodziła z Sępólna, od Kasprowiczów. Jej bracia byli prokuratorem i sędzią, redaktorem gazety, siostra nauczycielką. Gdy babcia wyszła za Niemca, to rodzina się od niej odcięła, bo zdradziła naród

Reklama

– sołtys zawiesza głos, jakby trochę się tego wstydził. Kolejne naznaczenie pochodzi z czasów II wojny światowej. Od ojca pana Mariana, który w momencie wybuchu wojny służył w ochronie rządu i z rządem poszedł na emigrację.

Później służył u Andersa, walczył pod Monte Cassino, ale po powrocie do Polski został nazwany zdrajcą narodu

– przez to i jego dzieci były naznaczone.

Ale nie mogli nas ruszyć, bo uczyliśmy się najlepiej w szkole

– sołtysa do dziś rozpiera duma. Bliski usunięcia z podstawówki był dopiero przez jabłko. Jeden rzut, a mógł skończyć się tragicznie. Po rzucie Mariana ze ściany spadł premier Józef Cyrankiewicz. Teraz i chłopiec był wrogiem narodu, grożono mu umieszczeniem w domu dziecka. Naznaczenie jakby odziedziczył po zmarłym dawno ojcu. To za jego odejście znienawidził komunę.

Reklama

Ojciec nie oddał 100 kg zboża, za co tak go pobili na posterunku w Sępólnie, że rozbili mu wątrobę. Pojechał do szpitala w Bydgoszczy, mama akurat urodziła, więc pieniądze na leczenie (rolnicy nie mieli wtedy ubezpieczenia) zawiozła mu moja 12–letnia siostra. Nawet zgubiła je po drodze, ale ktoś jej tę torebkę oddał. Tata wrócił do domu, ale po trzech dniach zmarł

– do dziś M. Grochowski ma w sobie nienawiść do komunistów. Dopiero dzisiaj, jak twierdzi, jest mu lżej na duszy, bo normalność wraca do kraju.

Reklama

Zapytany o wspomnienia związane z ojcem przypomina sobie dwa „prześwity”.

Raz jak szedłem z nim do sąsiada, gdy chciał owieczkę ubić. Dwa, jak miał pełen żak węgorzy

– rodzinne strony mężczyzny usiane są jeziorami. Dlatego wybrał on Technikum Rybołówstwa Lądowego w Sierakowie. Nie skończył go, bo nie miał pieniędzy.

Za dobrą naukę dostawałem połowę pieniędzy na internat, matka wyszła drugi raz za mąż, tu w Buczku, za organistę Piątka. Nie miała tyle pieniędzy, by mi dołożyć. Rąbałem tam drewno, dorabiałem, ale nie dałem rady. Otrzymałem promocję do trzeciej klasy i przerwałem szkołę

Reklama

– wspomina trudny czas młodości. Luki w wykształceniu sołtys uzupełniał książkami, także tymi o Lubczy.

Lubię historię i znam prawdziwą

– twierdzi.
Zawód ślusarza – mechanika zdobył w Więcborku.

Pracowałem po sześć godzin, łącznie z sobotami, a po południu chodziłem do szkoły. Od 15:00 do 20–21 mieliśmy lekcje. Jeszcze dojeżdżałem 11 km rowerem

– mówi. Właśnie na odziedziczonym po dziadkach jednośladzie odkrył swoją pasję.

Nie do zajechania

Długie włosy, spodnie rurki, dziewuchy się oglądały. Tak siebie z początku lat 70–tych opisuje pan Marian. Może nie był wysoki jak Fidel, ale miał spory atut – radio na baterie. Szpanował, nosząc je na ramieniu. Odbiornik był nagrodą główną w gminnym wyścigu kolarskim o puchar prezesa Redzimskiego. Kiedyś kolarz zostawił je za zasłoną w pociągu, szpanował nim już ktoś inny. Na szczęście zapał do jazdy na rowerze tak szybko mu nie minął. Bakcyla M. Grochowski połknął jeszcze w Lubczy.

Reklama

Z dwoma kuzynami, którzy gdzieś rowerki wyskrobali, jeździłem w soboty po pracy po 120 km nawet. A w niedzielę jechaliśmy do Bydgoszczy, Tucholi, Chojnic – to była normalność. Rano do kościółka, potem kanapki, woda i w drogę. Nie mieliśmy trenera, nie raz tyłek obtarłem, ale mistrzem Polski Ludowych Zespołów Sportowych byłem!

– chwali się mężczyzna, który na sportowca dziś nie wygląda. Jest niski i krępy, a do zdjęcia pozuje na niebieskim Romecie z koszykiem. Po wojsku przyjechał do mamy i zaczął jeździć w LZS Orkan Buczek Wielki. W drużynie z Piotrem Martynem i Andrzejem Klimkiem. W tym składzie w 1974 roku zdobyli mistrzostwo województwa. Wyścig odbywał się na trasie Piła – Tarnówka.

Reklama

Ja byłem pierwszy, Piotr piąty, a Andrzej ósmy albo dziewiąty. Drużynowo zajęliśmy pierwsze miejsce i wygraliśmy trzy rowery

– opowiada o jednym z największych sukcesów. Triumf ten zakończył jego przygodę.

Rowery te zabrał Jan Wiśniewski do Gminnego Ośrodka Kultury, mieli niby na nich trenować wszyscy chętni, a jeździli wybrani. Nie mogłem przeżyć, że nie mieliśmy nic do gadania. Szkoda, bo wtenczas byłem nie do zajechania. Już w wojsku w marszobiegach tych wysokich chłopaków jak meduzy musiałem ciągnąć za pasy. Zaliczenia liczyły się całej drużyny

Reklama

– sołtys znowu się śmieje. Góra – dół, góra – dół.

Postawił na Kurdzieko

Dumny ze swej biografii sołtys Nowego Buczka jest jeszcze dwa razy. Oba wiążą się z Polamem Piła, w którym pracował. Pierwsza duma dotyczy działania w Solidarności, druga wypatrzenia tam Wojciecha Kurdzieko. W 1990 roku mieszkańcy gminy Lipka szukali kandydata na wójta.

Nie chcieliśmy człowieka z nadania, który nie czuje tego terenu. Szlaga nie był zły, ale nie czuł tej gminy. Przecież mamy tylu wykształconych ludzi, którzy wiedzą, czego tu ludziom potrzeba

– myślał pan Marian. W jego dziale w Polamie pracował W. Kurdzieko.

Szalenie inteligentny

– mówi sołtys.

I choć w pierwszym zamyśle wójtem zostać miał Zygmunt Drobczyński (przeląkł się), to postawiliśmy na Wojciecha. Stworzyliśmy komitet, po nocach się spotykaliśmy, bunkrowaliśmy się, bo to było wszytko batem na wodzie pisane. Jeszcze nie były wyprowadzone wojska ruskie i tego się baliśmy, ale udało się

– pan Marian twierdzi, że to wspaniałe uczucie postawić na dobrego konia. Dołożyć cegiełkę do rozwoju gminy.

Wojtek nie był zły, ale jego bratanek jest bezbłędny. Jestem szczęśliwy, że mamy takiego wspaniałego wójta, cudownego księdza, aż milutko się pracuje. Mogę być z siebie zadowolony, że tak pięknie nasza gmina prosperuje i się rozwija

– mówi sołtys, który dziś najbardziej żyje lokalnym samorządem. A że poczucia humoru mu nie brak, to i nie narzeka. Dzień bez uśmiechu jest dla niego dniem straconym.
[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    czytelniczka - niezalogowany 2018-03-11 23:05:54

    To jest ten słynny Pan Sołtys, który tak bardzo lubi rozsiewać plotki?

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości