Reklama

Ćwierć wieku za ladą w sklepie u Dudów

25/07/2023 11:49

W ramach wakacyjnego relaksu przypominamy Wam najlepsze teksty tego roku - tym razem w wersji otwartej!

We wrześniu minęło 25 lat od chwili, gdy zdecydowali się otworzyć sklep. – Nie było łatwo – wspomina początki Barbara Duda. A gdy postawili Dino? – Do sklepu przyjeżdżałam ze łzami w oczach – przyznaje Kamila Nowak

Wcześniej z handlem nie mieli nic wspólnego.

– Mama kończyła ekonoma, tata mechanikę samochodową, a zawodowo zajmowali się czymś zupełnie innym. W końcu zdecydowali, że zarobione i odłożone pieniądze poskładają do kupy i otworzą sklep – mówi Kamila Nowak, córka Dudów, która od kilku lat kieruje rodzinnym sklepem. Trafiła tutaj już w wieku czternastu lat, a gdy miała piętnaście wiosen, była już pełnoprawną prawą ręką zabieganych rodziców.

Reklama

– Zaczynałam akurat szkołę średnią. Edukacja sprawiła, że mogłam pomagać tylko w wolnych chwilach, ale i tak było tego sporo. Uczyłam się w Pile. Gdy w piątki po południu przyjeżdżałam z internatu, już byłam w sklepie. W soboty też. Właściwie w każdej wolnej chwili. Czy były wakacje, czy ferie, stawałam za ladą – nigdy nie było to dla niej problemem. Jak mówi, rodzicie nie musieli gonić jej do pomocy.

– W rodzinie tak już chyba jest, że gdy jedno czegoś bardzo chce, drugie raczej chce pomagać – tym bardziej, że widziała, jak niełatwe były początki.

Reklama

– Tata jeździł po towar dwa, trzy razy dziennie. Żeby się nie zadłużać. Kiedy mama nazbierała trochę gotówki, tata zaopatrywał sklep.

Konkurencja?

– Gdy zaczynaliśmy, nie było łatwo. W Tarnówce było już wtedy siedem czy osiem sklepów, głównie spożywczych – mówi Barbara Duda.

– Byliśmy w takiej sytuacji, że musieliśmy znaleźć inny sposób na życie. Byliśmy bez pracy, na szczęście mieliśmy trochę oszczędności. Naprawdę mało. Dzisiaj z tak małymi pieniędzmi bym się nie porwała na otwarcie sklepu. To było jak rzucenie się maluchem na ocean – porównuje.

Reklama

– To naprawdę była odwaga z naszej strony. Działaliśmy na zasadzie: albo stracimy, co mamy, wrócimy z powrotem do pracy, albo wypali i będziemy kręcić swój biznes. Byliśmy ostrożni. Rozwój przychodził stopniowo, również to, że asortyment poszerzaliśmy o chemię czy rzeczy z branży AGD – mówi pani Basia.

– Rodzice wbijali się na ukształtowany już, ugruntowany lokalny rynek. Pewnie trochę pomagało, że sklep jest przy głównej ulicy, ale i tak, chcąc się przebić, trzeba było nadrabiać dystans do tych, którzy byli już na rynku. Może sympatyczną obsługą, może doradztwem. Trudno powiedzieć, różne aspekty przyciągają klienta. Na pewno trzeba było wykazać się cierpliwością i wytrwałością – mówi Kamila.

Reklama

– Pewne rzeczy trzeba po prostu przetrwać i się nie dać – zdradza prostą maksymę na to, jak skutecznie prowadzić taki interes w małej miejscowości, jaką jest Tarnówka. Konkurencja?

– Zawsze wyznawałam zasadę, że właściciele okolicznych sklepów nie są dla siebie konkurencją. Przynajmniej ja nie traktowałam ich jako konkurencję. Zawsze uważałam, że się uzupełniamy – Barbara Duda zapewnia, że to nie slogan, a przekonanie, jakie żywi od lat i o którym zawsze otwarcie starała się mówić klientom.

– Nie lubiłam, gdy ludzie z torbami chodzili bokami, przemykali, żeby jakoś schować się przede mną, żeby nie wyszło, że idą do innego – nigdy nie miała z tym problemu.

Reklama

– Robimy swoje, staramy się sprostać potrzebom, uzupełniać towar tym, czego na co dzień nie ma choćby w marketach. Może to powoduje, że jesteśmy w stanie być na tym rynku – przypuszcza jej córka.

Cisza, jak makiem zasiał

Kiedy Dudowie zorientowali się, że pomysł ze sklepem był strzałem w dziesiątkę?

– Nigdy tak nie twierdziłam. Zwyczajnie cieszyliśmy się, że starczało na życie. Bo to jest naprawdę ciężka praca. Od rana do późnego wieczora. Sklep był i do teraz jest otwarty od szóstej do dwudziestej. Byliśmy z mężem we dwoje, nie mieliśmy pracownika. Dzieci do szkoły, a my do obowiązków. Dzieci w sumie częściowo były wychowane w sklepie. Syn, gdy miał jakieś 5–6 lat, nawet spał na zapleczu – wspomina pani Barbara. Przyznaje też, że nigdy nie myśleli o tym, żeby któreś z dzieci przejęło interes, gdy sami będą już przechodzić na emeryturę.

Reklama

Jeśli jednak miało już wypaść na któreś z trojga potomstwa, naturalnym wydawało się, że będzie to Kamila. Najbardziej z latorośli żyjąca tym, jak funkcjonował sklep.

– Przez lata pracowaliśmy tutaj wszyscy: ja, siostra i brat. Dawid był chyba nawet bardziej zaangażowany od Agnieszki. Może nawet on mógłby to przejąć, ale długo szukał swojej ścieżki i ostatecznie poszedł w inną stronę. Choć miał do tego smykałkę, był do handlu. Do teraz nigdy mi nie odmawia, gdy trzeba coś naprawić w sklepie. I nigdy nie oczekuje zapłaty. Nigdy też nie wymawia, że to nie jego sklep. Zresztą zawsze sobie pomagamy – podkreśla Kamila.

Reklama

Dlaczego ostatecznie to na nią spadło rodzinno–biznesowe dziedzictwo?

– Z naszej trójki chyba jednak najbardziej się garnęłam. Już jako nastolatka jeździłam z tatą po hurtowniach, skakałam po regałach. Nauczycielka w pilskim technikum eksploatacji pocztowo–komunikacyjnej upominała mnie, że często się spóźniałam, bo z tatą jechałam rano po towar. Z reguły żartowała, ale gdy była bardziej zła, przestrzegała: zostaniesz… – Kamila ze śmiechem wspomina tamte „groźby”.

Po latach przejmowała sklep w trudnym momencie, gdy w tym samym czasie, jakieś cztery lata temu, na lokalnym rynku pojawił się market Dino.

Reklama

– Miałam wyzwanie, prawdziwy sprawdzian. To był jeden z nielicznych momentów, kiedy czułam strach. I to duży – do dzisiaj doskonale pamięta przykre okoliczności.

– W sobotę biegaliśmy za ladą w trójkę, nawet czwórkę. Mieliśmy cały sklep ludzi. Gdy jednak w poniedziałek otworzyli supermarket, zapanowała cisza. Niemal żadnego klienta – podkreśla, że nie na dzień czy tydzień.

– To były trzy miesiące posuchy. Cisza, jak makiem zasiał. To był jedyny okres, kiedy do sklepu przyjeżdżałam ze łzami w oczach – przyznaje.

Reklama

Po zakupy do psychologa

– Wtedy rzeczywiście musiałam sobie poradzić z własnymi lękami, ogromnym uczuciem niepewności. Przejęłam sklep, a ludzie do niego nie przychodzili. Nawet nie było jak zabiegać o klienta, skoro zwyczajnie go nie było. Była za to jedna myśl w głowie: przetrwać – nie kryje Kamila.

– Daliśmy sobie czas, mając nadzieję, że ludzie wrócą. Udało się przetrwać ten okres tylko dlatego, że nie mieliśmy kredytów, sklep nie był zadłużony, produkty braliśmy nie na termin, ale zawsze za gotówkę – ocenia.

Z ulgą obserwowali, jak klienci wracają.

Reklama

– Może nadrabialiśmy szerokim asortymentem, może jakością oferowanych produktów? Trudno ocenić – Kamila wie natomiast, że gdyby taki stan niepewności miał trwać kilka tygodni dłużej, los sklepu mógłby być różny.

– To było już balansowanie z tygodnia na tydzień, aby tylko mieć na opłaty. Nie wiem, jaka byłaby decyzja, gdyby taki stan trwał miesiąc dłużej. Każda możliwość była wtedy prawdopodobna – nie kryje.

– Najgorzej byłoby, gdybym musiała zacząć prosić mamę, żeby dokładała z tego, co udało im się odłożyć. Na szczęście nie było takiej potrzeby – podkreśla.

Dzisiaj Kamila Duda nie upatruje w pobliskim markecie wyłącznie konkurencji i zagrożenia.

– Mam wrażenie, że w takich małych miejscowościach markety trochę zatrzymują klienta. Sprawiają, że nie jedzie do Złotowa, Jastrowia czy innego miasta – a że w marketach nie znajdzie jednak wszystkiego, co można kupić w mniejszych sklepach, stąd i do nich ten klient zawita.

– Sądzę, że siłą naszego sklepu zawsze było to, że mieliśmy w zasadzie wszystko, a na pewno wiele różnorodnych towarów. Przysłowiowe mydło, widło i powidło. To daje nam szansę bytu, nawet pomimo obecności marketu – uważa.

– Znaczenie zawsze miał też chyba nasz sposób bycia. Naturalizm i bardzo bezpośrednie podejście do klientów – zauważa, że w rodzinie nikt nigdy nie uczył się zawodu sprzedawcy, nikt nie pobierał nauk w dziedzinie handlu.

– Kwestia osobowości, podejścia do ludzi – to ma kluczowe znaczenie – ocenia Kamila.

– Wydaje mi się, że ludzie zawsze mieli w nas nie tylko sprzedawców, ale szczerych doradców – uważa.

– Jestem gadułą, ludzie to wiedzą i sami też lubią rozmawiać. Sądzę, że dla ludzi to też ma znaczenie. Opowiadają o różnych rzeczach, takie zakupy to też chyba przy okazji taka trochę wizyta u psychologa – przypuszcza.

Wszyscy na równi

Zwraca uwagę również na inną kwestię.

– W tych czasach kontakt z klientem jest jeszcze bliższy za sprawą telefonów komórkowych, mediów społecznościowych. Pod potrzeby klientów indywidualnie zamawiamy dla nich rzeczy, korespondujemy poprzez SMS–y czy przez różne komunikatory. Często mamy też tutaj pełno kartek, na których wszystko notujemy – opisuje sklepową codzienność.

Kamila nie szuka zwady z klientami.

– Jeśli zdarzy się, że z jakimś towarem coś jest nie tak, nigdy nie robimy problemu. Nawet nie dyskutujemy, wymieniamy, zwracamy, załatwiamy takie sprawy z korzyścią dla nich – to też cenny, jej zdaniem, element składający się na to, że od dwudziestu pięciu lat mogą trwać na rynku.

– Kluczem do wszystkiego jest też to, żeby dogadywać się między sobą jako załoga. Od lat pracujemy w wąskim gronie zaufanych osób. Nie ma żadnej hierarchii, wszyscy są tutaj równi. Zawsze byłam przekonana, że relacje w załodze przenoszą się na klientów, którzy szybko wyczuwają takie rzeczy. Mam nadzieję, że zawsze czują się u nas swobodnie, bo i my takie jesteśmy. I że, co najważniejsze, mają do nas zaufanie i wiedzą, że staramy się ich nie zawieźć – stwierdza.

Choć nie kryje, że przez lata z klientami zdarzały się różne sytuacje.

– Bywa, że boli – mówi szczerze, nawiązując do sytuacji, na szczęście nielicznych, kiedy mimo starań i brania na siebie odpowiedzialności… – klienci potrafili wpaść do sklepu z krzykiem.

– Robiłam wielkie oczy. Wtedy naprawdę było mi bardzo przykro. Zwłaszcza, gdy był to stały klient i wiedziałam, że nie ja zawiodłam. Wtedy też byłyśmy jednak przychylne – zauważa.

– Z takimi sytuacjami też znacznie się poprawiło. Kiedyś było gorzej. Teraz jakby się wszystko… wyklarowało. Jest dobrze – ocenia.

Kradzieże?

– Też są coraz rzadsze. Ludzie wiedzą, że mamy kamery – jak mówi Kamila, gdy się zdarzają, wiedzą, jak policzyć się z delikwentem.

Zeszyt był, jest i będzie

Jak klienci reagują na wszechobecną drożyznę?

– Czasami mam wrażenie, że chyba się przyzwyczailiśmy. Myślę tak sobie, gdyż w odpowiedzi na temat drożyzny często słyszę: chyba tak to musi być albo: powinniśmy się już do tego przyzwyczaić. Z drugiej strony, od pewnego czasu ewidentnie widać, że ludzie zauważają, że od dziesiątego do dziesiątego im brakuje – ocenia.

– Obserwując i słuchając przez lata ludzi, mam wrażenie, że nam, Polakom, nigdy nie było łatwo. Odkąd pamiętam, zeszyt w naszym sklepie był, jest i… Nie zapowiada się, żeby go nie było – przyznaje.

Po 25 latach obecności w tym interesie Kamila Nowak nie myśli już o prowadzeniu sklepu w kategoriach lęku o jutro. Nie czuje obaw o konkurencje w postaci supermarketów.

– Trzeba przyjmować rzeczywistość, jaka jest i robić swoje. I być pewnym siebie, na ile się da. Jak człowiek jest pewny siebie, nie boi się żadnej pracy, nie żyje z lękiem, robi to, co do niego należy. Lęk przeszkadza w rozwijaniu skrzydeł – uważa Kamila, która przejęła rodzinny interes dlatego, że zawsze kochała swoje zajęcie i do dzisiaj się to nie zmieniło.

– Do dzisiaj kocham tę pracę, uwielbiam kontakt z ludźmi, ruch, to, że ciągle coś się dzieje. Jeżdżąc tyle lat do pracy w sklepie ani jednego dnia nie czułam frustracji, poczucia, że znowu coś muszę. Nie znam takiego uczucia – zapewnia.

– Zanim przepisaliśmy sklep Kamili, my z mężem faktycznie byliśmy już zmęczeni. Mąż nie do końca chciał, żeby córka w to wchodziła, żeby urabiała się przez całe życie, jak my. Bo to jest orka. Tym bardziej, że nie mamy tutaj elektronicznego sprzętu. Wszystko jest tu, tu i tu – pani Basia kolejno wskazuje na ladę z szufladą i regały, a także starej daty wagę oraz… głowę.

– Ale Kamila bardzo chciała. To jej życie, dlatego jej od tego nie odwodziliśmy – mówi pani Barbara.

– Obok domu i parkietu, gdzie oddaję się tanecznej pasji, to moje trzecie miejsce na ziemi – mówi Kamila.

Niedzielne przyciąganie

Każdy jednak płaci jakąś cenę za zaangażowanie, oddanie, poświęcenie. Jaka jest jej cena?

– To, że przynajmniej na razie nie mogę podróżować. Podróże są moim marzeniem, ale sklep jest absorbujący. Przez to, że ciągle tutaj jestem, nie znam innego życia. Gdy tylko uda się wygospodarować dwa czy trzy dni, lubię gdzieś pojechać. Wtedy jestem bardzo szczęśliwa. Może kiedyś będzie więcej czasu i pieniędzy na dłuższe wyprawy. Bo dotychczas, jak pamiętam, od jakiś piętnastu lat ani jednej soboty nie byłam w domu. Ciągle w sklepie. Niedziele akurat mam wolne – mówi z uśmiechem.

– A my nawet idąc na niedzielny spacer bierzemy ze sobą klucze i w drodze powrotnej musimy zajść do sklepu – mówi pani Barbara.

– Nie z obowiązku, tego dnia nie musimy tam niczego robić. Wchodzimy mimochodem, z przyzwyczajenia. Zobaczymy, pokręcimy się po sklepie i wracamy. To chyba takie przyciąganie samego miejsca – ocenia emerytka.

Uroczysty akcent nawiązujący do 25–lecia sklepu Dudów miał miejsce we wrześniu.

– W domu kultury bawiliśmy się przy okazji mojej czterdziestki. Połączyliśmy to z 25–leciem firmy. Była mała celebracja, wypiliśmy szampana – Kamila Nowak ma nadzieję na kolejne szczęśliwe lata działalności sklepu.

Piotr Steffen

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Dino - niezalogowany 2022-10-28 18:37:34

    Fajny sklep polecam :)

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • KawaCukier - niezalogowany 2022-10-31 08:42:40

    Cukier po ile w sklepie u Dudów?

    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Asss - niezalogowany 2022-10-28 19:54:20

    Piękny Sklep Miło

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama