Rok 1945, wyzwolona Warszawa. Młodzi dywersanci starają się krzyżowaćplany Rosjan, walczą o niepodległą Polskę. W tle brutalne akcje rosyjskichżołnierzy, sąsiedzkie denuncjacje, uliczne łapanki i skomplikowana grawywiadów. Żołnierskie szeregi, a wśród nich oficer KBW, Grzegorz Tyluś
Złotowianin wystąpił w piątej serii popularnego, emitowanego w telewizyjnej „Dwójce” serialu pt. „Czas honoru”. Grając u boku m.in. Kuby Wesołowskiego, Jana Wieczorkowskiego, Macieja Zakościelnego i Piotra Adamczyka, wcielił się w kilka ról – szeregowego i oficera Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, rosyjskiego żołnierza i cywila. W postaci, od których na planie, podobnie jak od czołowych aktorów, wymaga się ogromnego wysiłku. Zero narzekania, zero zniechęcenia, za to konieczność nieulegania własnym słabościom i żelazna dyscyplina. Ciężka praca. – Nieważne, jaka jest aura – opowiada G. Tyluś – produkcja filmu nie może być przeciągana w czasie, ponieważ taki serial jak ten kręci się niespełna dwa miesiące. Permanentna mżawka, nieprzyjemny deszczyk czy lejący się z nieba żar – nie ma zmiłuj, trzeba wstać, zjeść śniadanie i zagrać najlepiej jak się tylko potrafi. Latem, kiedy kręcony był „Czas honoru”, temperatura sięgała nawet 33 stopni Celsjusza, kolejne duble dawały się więc aktorom we znaki. Ciągłe powtarzanie tych samych ujęć, najpierw na sucho, potem z głównym „klapsem” bywało wyczerpujące. - Graliśmy w lesie scenę, gdzie jako jeden z oficerów KBW podbiegałem pod górę 17 razy. Po 15 razie miałem dość – z uśmiechem wspomina G. Tyluś. Koledzy z planu byli równie zmęczeni – na dworze było duszno i wilgotno, pot lał się więc strumieniami. Z każdym metrem mundury, oficerskie buty i karabiny ciążyły coraz bardziej. [[reklama]]
Podobnie było w przypadku sceny biegu za ciężarówką – po kilkunastu razach 300-metrowy odcinek dłużył się niemiłosiernie, zmęczenia nie można jednak było dać po sobie poznać. - Trzeba było uspokoić oddech, była na to minuta, i grać naturalnie – opowiada złotowianin. Grać naturalnie i świetnie wyglądać – ciągłe pudrowanie twarzy to nie mit – na planie nieustannie czuwają charakteryzatorzy i kostiumografowie. - Praca aktora jest bardzo ciężka – ocenia G. Tyluś, dodając, że takim mianem samego siebie absolutnie nie zamierza określać. - Podziwiam ich genialne wręcz opanowanie tekstu – wyjaśnia – przez cały czas nagrań nie widziałem, żeby ktoś korzystał ze scenariusza. Poza tym od aktorów wymaga się absolutnej dostępności – pracują nawet po 12, 14 godzin dziennie, aby wykorzystać maksymalnie czas na planie. W jaki sposób G. Tyluś znalazł na to czas? Ławo nie było. - W tygodniu poświęcam się wyłącznie pracy zawodowej, która jest dla mnie najważniejsza, pozostały więc weekendy i urlop – wyjaśnia nasz rozmówca. - Granie traktuję wyłącznie w kategoriach przygody – podkreśla Grzegorz Tyluś – to pasja, nie mogę jej stłamsić, ale z pewnością też nie oddam się jej całkowicie. [[nowa_strona]] Coś dla siebie
Jak to jest widzieć siebie na szklanym ekranie? - Mam nadzieję, że dobrze wypadłem – odpowiada ze śmiechem Grzegorz Tyluś, dodając, że opuszczając plan człowiek nie ma nawet pojęcia, jak zagrał. Nie uczestniczy w montażu, nie śledzi swoich wątków – czeka go zatem telewizyjna niespodzianka. - Wiele osób w trakcie emisji serialu zwracało mi uwagę, że nawet się nie pochwaliłem udziałem w „Czasie honoru”. Ale czym miałem się chwalić? – pyta nasz rozmówca – zrobiłem to dla siebie. [[reklama]] Zrządzenie losu
W jaki sposób złotowianin trafił na plan potężnej, wojenno-historycznej produkcji? Jak się okazuje, przez przypadek – z taką właśnie propozycją zadzwonił do niego kolega, który jest doradcą ds. historycznych w tym serialu. - To taki uśmiech losu – komentuje G. Tyluś – wejść w to środowisko jest bowiem niezmiernie trudno. Do niego szczęście uśmiechnęło się za sprawą pasji – mężczyzna żywo interesujący się okresem II wojny światowej, organizator corocznego widowiska batalistycznego w Złotowie i nie tylko, ma mnóstwo kolegów „po fachu”. Kolegów obeznanych z tematyką na tyle, że w roli ekspertów udzielają wskazówek podczas produkcji historycznych – mają swój udział chociażby w „Hansie Klossie” i „Róży” – stąd też wspomniana propozycja.
Nasz człowiek u Spielberga
Grzegorz Tyluś profesji zmieniać nie zamierza, do aktorstwa go nie ciągnie. Film ewidentnie się jednak o niego upomina – pojawiła się propozycja, by złotowianin zagrał w kolejnej części „Kompani braci – oni wszędzie walczyli” Stevena Spielberga. Część zdjęć wykonywanych będzie w Polsce niedaleko Wałcza. Prawdopodobny start już wiosną przyszłego roku. – Jeśli mi tylko czas na to pozwoli czemu nie – G. Tyluś podejmuje wyzwanie. Na celowniku zatem debiut światowy.
Patrycja Koplin
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze