Reklama

Czy to nie piękne? Historia warta przeczytania.

30/10/2015 19:25
Henryk Wrzeszcz pracował w najlepszej spółdzielni w kraju, grał w niesamowitej drużynie i śpiewał w cudownym chórze. Oto jego wspaniały żywot

Urodził się nad trumnami. Przy alei Mickiewicza był zakład je produkujący, a Henryk Wrzeszcz z rodzicami i dwojgiem rodzeństwa zajmował pokój z kuchnią i komórką na piętrze. Złotowianin urodził się 4 sierpnia 1940 roku.

- My byliśmy Polakami. Mama była poznanianką. Wrzeszcz to nie jest niemiecka familia. Mam tu prawo jazdy ojca z 1936 roku, gdzie pisze wyraźnie „Wrzeszcz”. A Niemcy jak mieli pisać nasze nazwisko, to wnet połamali sobie języki – pan Henryk słynie z tego, że gromadzi wszelkie dowody przeszłości. Dokumenty i zdjęcia szczelnie wypełniają szuflady. Złotowianin nic nie robi sobie z żony, która mówi, że może niepotrzebnie zbiera te starocie. A on łaknie wspomnień. Zwłaszcza tych o tacie.

Reklama

- Z opowiadań brata i siostry wiem, że to był wspaniały ojciec i mąż. Ostatni raz ojca widziałem mając trzy lata. Służył w niemieckim wojsku, Polak. Wyobraża sobie pan to? A najgorsze jest to, że wszelki ślad po nim zaginął. Ostatni list od taty mama dostała w 1944 roku. Pisał, że są w Greifswaldzie, tu u góry (pan Henryk wyciąga rękę, jakby pokazywał punkt na mapie), a 25 km od nich są oddziały radzieckie – H. Wrzeszcz przypuszcza, że jego ojciec zginął na morzu po tym, jak zatopione zostały niemieckie okręty, którymi prawdopodobnie przewożono żołnierzy. [[pay]]- Pisaliśmy do Czerwonego Krzyża i nic. W końcu sąd, widząc, że nie ma śladów życia, wydał akt zgonu. Na tym się skończyło – 75-latek opuszcza oczy, jakby chciał w ten sposób uczcić pamięć rodziciela. - Dzieciństwa to ja nie miałem. Mama była chora na astmę oskrzelową, trochę dorabiała, ale żyliśmy z ojca żołdu. Na chleb nam nieraz brakowało. Przeważnie jedliśmy go namoczonego wodą i posypanego cukrem. Jak był chleb ze smalcem, to było święto – pan Henryk wykazuje się wspaniałą pamięcią do szczegółów. Może to głód tak wyostrzył zmysły i zapisał pierwsze lata życia w jego pamięci? - Przetrwaliśmy dzięki naszej kochanej babci, która mieszkała w Krajence. Ona tam miała drób, warzywa... Miałem cztery lata, gdy co dwa tygodnie ciągnęliśmy wózek do Krajenki i wracaliśmy z prowiantem. Babcia uratowała nas przed śmiercią głodową – mówi mężczyzna.

To, co zaczęła bieda niemal dokończył granat. Wojna łagodnie obeszła się ze Złotowem, ale na pożegnanie zahaczyła Henryka swym pazurem. - Tu gdzie jest Spółdzielczy Bank Ludowy przy Mickiewicza był ogródek. Dzieci się tam bawiły. Naraz jeden z chłopaków coś rzucił. To był granat. Wybuch niemal spalił mi nogi, zrobił dziury w boku, połamał żebra. Odłamki mam w wątrobie jeszcze do teraz – pan Henryk chwyta się za bok, widząc, że nie dowierzam. - Doktor Szleiferd słyszał huk, wybiegł z kościoła i w szpitalu był prędzej jak ja. Powiedział mamie, że jak dożyję do rana, to będzie dobrze – to było najbardziej traumatyczne doświadczenie okołowojenne małego Wrzeszcza. - Panie kochany, za Niemca my byliśmy verflucht Polen, za czerwonych – Germany – skarży się autochton. - Na szczęście jak przyszli Ruscy, mama mówiła do nich elegancko po polsku i to nas uratowało. A były tu egzekucje. Jednego Łotysza dorwali, tam gdzie jest bank ludowy. W magazynach się chował, ale znaleźli go i zabili. Ciało zakopali tam gdzie jest teraz park Mickiewicza. Koło drzewa był tam taki dołek. Czy była ekshumacja, tego nie wiem...

Reklama

Wojna nie ma w sobie nic z żartu, ale zdarzały się momenty, z których dziś śmiać się można. - Na dole, pod naszym mieszkaniem był sztab radziecki. Rosjanie chodzili i tylko: dziewuszki i dziewuszki... A dziewuszki chowały się za karawanem, takim na dwa konie, czarnym, eleganckim. I do trumny też wchodziły. Jak ruskie otworzyli drzwi i zobaczyli ten karawan, to myślałem, że nie wyrobią tego zakrętu – zanim pan Henryk zaśmieje się w głos unosi kąciki ust i wydyma policzki. Taki ruch już zawsze zapowiadać będzie żart lub anegdotę. - Bawiliśmy się tam czasem w chowanego. Raz trzy godziny siedziałem w trumnie, bo nie mogli mnie znaleźć...

Przeciętna 4,8

- Po wojnie poszedłem do szkoły ćwiczeń. Mam świadectwa szkolne od pierwszej klasy. Kiedyś je przejrzałem i zauważyłem, że najlepsze stopnie miałem w szóstej klasie. A od II do V przeciętną miałem 4,8 – należy przypomnieć, że wtedy nie było szóstek, więc nie było przedmiotów, którymi można było podnieść średnią. - Po podstawówce chciałem być szewcem, potem stolarzem, aż w końcu kolega Piosik, brat szefa Urzędu Skarbowego w Złotowie, powiedział do mnie: stary, w Pile są egzaminy do Technikum Handlowego, jedziemy i koniec. Kształcili tam handlowców dla wsi i tam nas przyjęli – H. Wrzeszcz jest doskonałym przykładem na to, jaką rolę w życiu odgrywa przypadek. To dzięki niemu trafi później do jedynej w swoim życiu pracy. - Nie wiem, jakie wykształcenie mieli nasi „profesorowie”, ale porządek wprowadzili niesamowity. Tam mnie i innych wychowali. Dali nam podwaliny pod losy naszego życia. W 2006 roku było 60-lecie szkoły, na którym prezydent Piły Zbigniew Kosmatka wszedł na podwyższenie, wytarł łzy i powiedział: Tutaj nauczyli mnie kultury, pokazali, jak żyć, jak pracować. Stąd wyniosłem to, co jest najważniejsze – widzę w drugim człowieku siebie samego. I ja się pod tym podpisuję – każde słowo H. Wrzeszcz wbija palcem w podłogę. Tutaj. Tu. Na Krajnie.

Reklama

Schabowy z ziemniaków

Jeszcze w szkole pan Henryk zapoznał się z Gminną Spółdzielnią Samopomoc Chłopska „Rolnik” w Złotowie. Miał w niej wakacyjne praktyki. Uczniem musiał być dobrym, bo kilka dni po maturze dostał w geesie angaż. Ściągnęła go tam główna księgowa – było półrocze i ktoś musiał robić bilanse. - Pracę zacząłem jako kontysta – księgowy znaczy się. To nie tak jak teraz, że komputery wszystko liczą. Kopiowy ołówek, kalka i trzeba było każdy dowód wpisać i podliczyć. I to wszystko tu – złotowianin pokazuje na łysą głowę. - Nieraz wnuki liczą w kalkulatorach, a mnie pytają, bo ja szybciej w głowie policzę. Jak jest ileś pozycji, to ja wzrokowo jadę w górę i w dół, a jak zrobię tak – mężczyzna kreśli w powietrzu literę V – to jest 100% pewności.

Może dzięki temu młody pracownik pnie się po szczeblach kariery. Zostaje kolejno planistą, inwentaryzatorem, kierownikiem działu handlu... - Panie, ja wtedy miałem przeszło 60 sklepów pod sobą. Wtedy „Rolnik” był najlepszą spółdzielnią w kraju. Pracowało w niej przeszło 300 osób, mieliśmy skup zbóż, ziemniaków, skór, pierza, jaj, skład opału... - pracownik geesu chwali się firmą. I z rozrzewnieniem wspomina swojego ówczesnego szefa Teofila Kokowskiego. - Wspaniały człowiek. Wymagał, ale był sprawiedliwy. Jak widział, że pracowałeś, nie żałował pieniędzy – prezes Kokowski zmarł w 1976 roku.

Reklama

W „Rolniku” H. Wrzeszcz przeszedł, oprócz prezesa, wiceprezesa i głównego księgowego, niemal wszystkie stanowiska. Najlepiej jednak wspomina inwentaryzacje. Ze względu na kolegę. - Z piętnaście lat z Jankiem Welsandtem robiliśmy te remanenty. Sprawnie nam to szło, aż się ludzie dziwili, że my nic nie mówimy, a robotę wykonujemy jak należy. Jeden to, drugi to i szło – pan Jan to kolejna z osób przez wiele lat związanych ze spółdzielnią. Nie wiemy tylko, czy i on jeździł na inwentaryzacje na dwóch kołach. - Zima, 25-30 stopni mrozu, a ja jechałem rowerem do Lędyczka. I nic nie mówiłem, że źle, że ciężko. Nieraz skończyłem o 2 nad ranem, poszedłem do piekarni przespać się na stole i rano z powrotem rowerem do Złotowa, bo na 7 trzeba było być w pracy – jak to zgrabnie ujął mój rozmówca, wtedy w spółdzielni pracowali ludzie prawdziwi. Nie wszyscy wykształceni, ale robotni i uczciwi.

No, może z małymi odstępstwami. Czasem ktoś chciał się wyróżnić. - W magazynie zbożowym pracowało trzech ludzi. Jeden z nich nazywał się Lange i on często miał kanapkę z takim obłożeniem – między palcami Henryka Wrzeszcza są jakieś 3 cm odstępu. - Pozostali się dziwili: znowu schabowy?! Jednego razu Lange wyszedł, a oni sprawdzili i ten schabowy okazał się plackiem ziemniaczanym między skibkami. Co myśmy się naśmiali. Potem już na niego mówili „schaboszczak”... - pan Henryk śmieje się z zamkniętymi oczami. Pewnie widzi minę magazyniera, któremu właśnie skończyły się schabowe. Z ziemniaków jeszcze będziemy się śmiać, a to za sprawą chóru z Francji. Ale o tym za chwilę.

Reklama

Pierwszą z pasji złotowianina była piłka nożna. Tu na zdjęciu wśród juniorów Sparty Złotów - 1957 rok

Będziemy gryźć trawę

Na zdjęciu są chłopcy w piłkarskich strojach. Fotografia jest czarno-biała, rozświetlają ją uśmiechy zawodników. 1957 – data z tyłu to czas jednego z największych triumfów juniorów „Sparty” Złotów. - Mieliśmy wspaniałą drużynę, z którą zdobyliśmy mistrzostwo województwa koszalińskiego. Grał tam Tokarew, Stanulewicz, Kotwica, Piosik, Kaczmarek, Piszczek - ten hokeista – pan Henryk grał z nimi w latach 1954-1958. W 1957 roku zdobyli mistrzostwo województwa koszalińskiego. W nagrodę Okręgowy Związek Piłki Nożnej w Koszalinie zorganizował im spotkanie towarzyskie z wicemistrzem Polski Zawiszą Bydgoszcz. - Na miejscu trener Zawiszy, Kamiński, jak nas zobaczył - chłopców „ze wsi”, to powiedział do Brunona Radowskiego: ile worków pustych przywiozłeś na gole? A Brunon pociągnął cygaro i powiedział: pogadamy po meczu – pan Henryk ze zdjęciem drużyny w ręce wspomina korki przybijane do butów gwoździami i skórzaną piłkę z rzemieniem. - Jak namokła i dostałeś nią w łeb, to wstrząs mózgu murowany – zapewnia były reprezentant „Sparty”. Wróćmy do meczu. Początek był przebojowy - 1:0 dla złotowian. Potem kontra i 2:0. Do szatni drużyny schodziły przy stanie 2:1. Prowadzenie „chłopców ze wsi” było sensacją na nowym stadionie „Zawiszy”. - Ci chłopcy to byli sportowcy z prawdziwego zdarzenia. Pasjonaci. Myśmy powiedzieli trenerowi: będziemy gryźć trawę, panie prezesie, ale pokażemy im. I po przerwie było 3:1 i 4:1, i wicemistrz Polski padł. A po meczu Kamińskiego już nie było... – samo wspomnienie gry wywołuje w H. Wrzeszczu silne wzruszenie. Nic dziwnego, że gdy w 1958 roku przeszedł do drużyny seniorów, nie chciał opuszczać meczów. Tylko jak je pogodzić ze śpiewaniem w chórze? - Jak trafiłem do GS-u, to trafiłem też do chóru. To było zgodnie z ustawą – emeryt znowu unosi kąciki ust, wyprzedzając anegdotę. - Wyjazdy chóru kolidowały mi z meczami. Nieraz ciągnęło mnie bardziej na mecz i wtedy wiedziałem, że w poniedziałek rano o 7 będę u prezesa na dywaniku. Mówił: Co to jest?! Kto ci płaci: Sparta czy Rolnik? Panie prezesie, to ostatni raz... Ostatni raz?! Ile razy ja to słyszałem?! Reprymenda była, ale z kulturą – opowiada o poniedziałkowych spotkaniach z Teofilem Kokowskim. Dylemat piłkarza-chórzysty rozwiązała ostatecznie żółtaczka. W 1964 roku Henryk Wrzeszcz przeleżał z nią dwa miesiące w szpitalu. - Po czymś takim już się nie wraca – mówi były reprezentant „Sparty” Złotów. Przy okazji dzieli się swoimi spostrzeżeniami co do stanu obecnego. - Powiem panu szczerze, że jak patrzę teraz na to boisko przy Sparcie, to chce mi się płakać. Przecież to jest w ogóle niefunkcjonalne. Okratowane jakby tam zoo zrobić albo spacerniak dla więźniów. Gdyby tu było wymiarowe boisko, to oni by jeszcze zarabiali, bo przyjeżdżałyby drużyny na treningi...

Reklama

Rok 1984 był przełomowy dla chóru. Dlatego pan Henryk tak dobrze go zapamiętał

Rodzina chórem

GS „Rolnik” słynął nie tylko z gospodarności, ale również z muzyki. „Chór św. Cecylii” skończył niedawno 130 lat, ale już w końcu lat 50-tych był instytucją. W szczytowym momencie liczył około 70 osób i występował na najważniejszych imprezach w kraju. Henryk Wrzeszcz wszedł do niego z automatu. - Dyrygent Paweł Pierzyński wziął mnie do pokoju, kazał gamy zaśpiewać i skierował do tenorów. Stanąłem koło Janka Welsandta – próby odbywały się dwa razy w tygodniu po dwie godziny. Praca była metodyczna. - Miałem partyturę i nuty, Pierzyński grał na skrzypcach i szlifowało się utwór miesiąc, dwa. Nazbierało się tego dziesiątki. Ja nadal pamiętam utwory, których uczyłem się w końcu lat 50-tych – chwali się 75-latek. Najlepiej wspomina jednak nie słowa, a ludzi. - Atmosfera w chórze była wspaniała. Tam byli i młodsi, i starsi, ale nie było podziałów. Jedni drugim pomagali, uzupełniali się. Byliśmy jak rodzina – pan Henryk twierdzi, że to był wystarczający powód, by zostać w chórze na dłużej. Były oczywiście wyjazdy, dzięki którym odkrywał świat, ale liczyło się to, z kim to robił. - Przywilejów z tytułu przynależności do chóru nie było. Jedyną rekompensatą poświęconego czasu było to, że całą Polskę zjeździliśmy, bo co roku były specjalnie dla nas organizowane dziesięciodniowe wakacje – i na to są dowody w postaci zdjęć. Mieszkanie na najwyższym piętrze w bloku przy Słowackiego jest jak skarbnica wiedzy o „Chórze św. Cecylii”. - Wciągnąłem się w ten chór, bo też mój brat, siostra, bratowa, cała familia tam była. Żonę też tam poznałem – mówi były prezes zespołu.

Reklama

Państwo Danuta i Henryk Wrzeszcz w dniu ślubu

Jak nim został? - Prezes Kokowski rządził chórem do 1976 roku. Potem przez rok prowadził go Płaczek, ale konieczny był wybór nowego prezesa. A że chór należy do Polskiego Związku Chórów i Orkiestr, to oni szukali człowieka do prowadzenia Cecylii. Stwierdzili, że tylko ja mogę się tego podjąć. To była dla mnie satysfakcja, że uznali, że coś potrafię zrobić. Zwłaszcza, że ówczesny prezes powiedział: Heniek wam pokaże, jak się rządzi chórem. I rządziłem nim 21 lat. Wtedy, z Tadziem Dobkiem, osiągnęliśmy największe sukcesy. Zjeździliśmy całą Polskę. Byliśmy w Międzyzdrojach wśród chórów z całego świata. Tam zdobyliśmy wyróżnienie za kultywowanie tradycji – pan Henryk znowu akcentuje słowa palcem. Zatrzymuje się na roku 1984. - Wtedy ze swoim chórem przyjechał do nas Stuligrosz. Pan to sobie wyobraża? To było nie do pomyślenia. Bez honorarium przyjechał. Profesor Andrzej Tatarski, dziś honorowy obywatel Złotowa, wtedy z nim współpracował – były prezes wymienia artystyczne wydarzenia z historii chóru. - Zaśpiewaliśmy też podczas mszy Za Ojczyznę po śmierci księdza Popiełuszki. Cecylia stała przy głównym ołtarzu, tam były setki tysięcy ludzi i my śpiewaliśmy. Czy to nie piękne? A tych tajnych, wie pan, o kogo chodzi, pełno tam było – tu dochodzimy do pytania o partię. Czy H. Wrzeszcz flirtował z jej przedstawicielami? - Ja nigdy partyjny nie byłem. A przychodził H. namawiać nas, żebyśmy wstąpili do partii. Do mnie mówił: Heniek, po co ci ta Cecylia? Rzuć to w cholerę. Przyjdź do nas, tu zupełnie inne życie jest. A ja mówiłem, że jestem katolikiem. Ich teorie i moje są sprzeczne. W końcu Galczak powiedział H., żeby ten się ode mnie odczepił – pracownik geesu sięga po kolejne zdjęcie.

Reklama

Za działalność śpiewaczą H.Wrzeszcz był wielkrotnie odznaczany. Tu z prezesem ON PZChiO w Pile Aleksandrem Korkowiczem

Kolorowe, z jakiejś uroczystości, podczas której otrzymuje on odznaczenie. - Odznaczeń, medali, tych blach mam cały karton – pan Henryk zdaje się bagatelizować własne osiągnięcia. Woli mówić o chórze. Uwaga, znowu śmieje się do wnętrza. - W 1991 przyjechał do nas chór z Francji. Oni nie chcieli zwiedzać miasta, ich ciągnęło do lasu. Zrobiliśmy więc spotkanie w Kujanie. Jagnięta piekliśmy i oni to najlepiej wspominali. No może poza ziemniakami. Jeden jak sobie nałożył pyr na talerz, to tym by się trzech najadło. Tak im te ziemniaki zasmakowały. Nie zapomnę, jak w Warszawie na lotnisku ich dyrygentka mówiła: Enrik, jak jeszcze przyjedziesz do nas, to żadnych suvenirów nie przywoź. Jakbyś mógł, to z pół worka ziemniaków weź...

Reklama

W Chórze św. Cecylii H. Wrzeszcz spędził ponad 50 lat. Gdy on był prezesem, zespół osiągał największe sukcesy

Henryk Wrzeszcz nie śpiewa od 2011 roku. Po ponad pięćdziesięciu latach w chórze krtań i struny głosowe ma zdarte. Pewnie przyczynił się też do tego dym tytoniowy – nasz rozmówca wypalał przez lata 40 papierosów dziennie. - Ale rzuciłem jednego dnia. 28 października 2001 roku – chwali się silną wolą.

Na emeryturze 75-latek jest od końca lat 90-tych. - Jak złożyłem wniosek o emeryturę, to pani się dziwiła, że miałem w dowodzie dwie pieczątki – przyjęcie i przejście na emeryturę. Całe życie spędziłem w geesie. I w chórze. Czy to nie piękne?[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama