Trudne pytanie. I z muzyką, i z piłką mam do czynienia od dziecka. Zaczęło się jednak od podwórkowo-parkowego futbolu w okolicach ulicy Złotowskiej w Krajence. To były czasy Orłów Górskiego, więc każdy chciał być jak Deyna czy Lato. Zanim zacząłem się na poważnie interesować muzyką marzyłem też, by być strażakiem, policjantem bądź wojskowym.
Kiedy byłem w czwartej klasie szkoły podstawowej postanowiłem przyłączyć się do miejscowej, strażackiej orkiestry dętej. Nauczycielem gry na instrumentach był wówczas Józef Dubiński. W pierwszym roku opanowywałem werbel. Potem przyszedł czas na alt, tenor, puzon i wreszcie saksofon, na którym w zespole grałem blisko dwadzieścia lat. Jeszcze później nauczyłem się grać na klawiszach, gitarze i klarnecie.
Reklama
Mój pradziadek grywał na skrzypcach, jednak nikt poza mną nie poszedł w rodzinie tym muzycznym tropem. Najbliżsi nie najgorzej tolerowali moje nauki, biorąc pod uwagę, że muzyka nie była im aż tak bliska. Pamiętam sytuację, gdzie tata przyszedł i powiedział, żebym ćwiczył gdzieś poza domem, bo już nie idzie wytrzymać tego jazgotu. Poszedłem do szopy na podwórku, ale stamtąd szybko wołali mnie z powrotem. Po latach dowiedziałem się, że w tym początkowym okresie sąsiedzi też cierpieli z powodu moich prób. Później się to zmieniło i słuchali z chęcią. Przypomina mi się związana z tym zabawna sytuacja. W latach 90-tych modne zaczęły być satelity. Dzięki nim można było oglądać niemieckie programy biesiadne zwane „Heimatmelodie”. W sobotnie popołudnia skoczne, biesiadne melodie grały pewnie z co drugiego telewizora w okolicy. Któregoś razu przyszli do mnie koledzy i pograliśmy razem. Następnego dnia zaczepił mnie sąsiad i pyta, co za kanał miałem włączony, bo on tego „Heimatmelodie” nie mógł znaleźć, a bardzo mu się podobało.

[[pay]]
To było jeszcze w końcówce lat 80-tych. Znaliśmy się głównie z orkiestry, a że każdemu z nas w duszy muzyka grała, postanowiliśmy robić w tym kierunku coś więcej. Wtedy na topie była piosenka „Siedem dziewcząt z Albatrosa” Piotra Szczepanika. U nas w składzie dziewczyn niestety nie mieliśmy, było za to sześciu chłopa, a nazwa się nam spodobała. Wśród pierwszych Albatrosów, oprócz mnie, znaleźli się Karol Makarewicz, Rajmund Makarewicz, Jerzy Majda, Grzegorz Filipiak i Sławomir Herman. Ten skład zmienił się już po roku, zresztą zawirowań wokół grających i śpiewających na przestrzeni tych trzech dekad było wiele. Z jednymi grałem krócej, z innymi dłużej, nawet do teraz. Przez te lata do Albatrosa należeli: Romuald Witkowski, Mieczysław Kosecki, Agnieszka Kosecka, Sławomir Kosecki, Joanna Kosecka, Przemysław Szulc, Jarosław Skrzypczyński, Agnieszka Dec, Bartosz Waldowski, Jarosław Waldowski, Ryszard Sójka i Wiktor Jakuszewski.

W latach dziewięćdziesiątych Albatrosa można było słuchać bardzo często. - Graliśmy od imprez, wesel, sylwestrów po klub wojskowy - mówi D. Lemańczyk
Źródłem tekstów były kasety magnetofonowe, kupowane z leżaka na targowisku. Była taka seria „Polskie Orły” z największymi hitami kilku ostatnich dekad. Kaseta lądowała w magnetofonie typu „jamnik” i spisywało się słowa do zeszytu, linijka po linijce. Następny krok to było rozpisanie do tego muzyki na poszczególne instrumenty. W taki sposób spędziłem długie wieczory. Dostępność instrumentów na początku też nie była najlepsza. Na naszych pierwszych zdjęciach widać jeszcze ręcznie robioną, lampową kolumnę basową. Jechaliśmy po nią aż do Malborka. Nagłośnienie stanowiły kolumny głośnikowe vermona, a grało się na tym, na co się przez lata uzbierało i odstało w kolejkach. Próby mieliśmy co najmniej raz w tygodniu. Zawsze byłem zdania, że prowadząc imprezę nie można sobie pozwolić na błędy, trzeba więc było ćwiczyć i ćwiczyć, zwłaszcza że repertuar też się ciągle zmieniał. Jeśli chciało się być na topie, to trzeba było go aktualizować do panujących trendów. Te próby to też wesołe historie, bo jak już opanowywaliśmy jakiś kawałek i ćwiczyliśmy na podwórku u Miecia Koseckiego, ludzie przychodzili potańczyć. Ponadto posłuchać nas można było niemal co tydzień, bo tak często się wtedy grało. Od desek domu kultury, przez sylwestry, zabawy, wesela, na dancingach w klubie wojskowym kończąc.
Reklama
Mieliśmy. Niektóre nawet za nami jeździły z zabawy na zabawę. Pewnym jest, że ten zespół mnie i tym wszystkim, którzy go współtworzyli i współtworzą, dał niesamowite przeżycia. Ilość naszych koncertów trudno policzyć. Może były ich setki, a może już tysiące. Gdyby spisać całą historię wyszłaby z tego kilkutomowa książka. Jest wydarzenie, które szczególnie utkwiło mi w pamięci. Może dlatego, że to było jedno z naszych rekordowych jeśli chodzi o czas grań na weselach. W latach 90-tych popularne było granie przed domem panny młodej. Muzyką odprowadzało się weselników, którzy jechali na ślub cywilny. Ważne jest w tej historii, że panna młoda była w dość zaawansowanej ciąży. Kiedy oni byli w urzędzie, a później w kościele, my pojechaliśmy na salę się zainstalować. Zanim weszli weselnicy przyszedł do nas dziadek panny młodej, który oznajmił, że jej nie będzie. Okazało się, że z kościoła pojechała prosto na porodówkę. Około północy rozniosła się wieść, że urodził się syn. W oczepinach brali udział teściowie, a impreza rozkręciła się tak, że ostatni goście schodzili z parkietu o godzinie 9:00!
Bo ja lubię każdy rodzaj muzyki (śmiech). Mówiąc serio słucham i klasyki, i ACDC, i disco polo, a ostatnio nawet rock polo się zdarza. Robię to z tego względu, że naprawdę lubię, żyję muzyką oraz dlatego, że muszę być na bieżąco, by podczas grania dla ludzi móc im zaproponować najnowsze kawałki. Przez te wszystkie lata mogę śmiało stwierdzić, że jestem uzależniony od muzyki. Kiedy mam przerwę w graniu nie mogę sobie znaleźć miejsca.
Reklama

Z Iskrą Krajenka Dariusz Lemańczyk jest nieprzerwanie od ósmej klasy szkoły podstawowej. Niegdyś grał w zespole, teraz jest jego działaczem
Kiedy byłem w ósmej klasie szkoły podstawowej zapisałem się do drużyny i grałem na pozycji bramkarza w składzie juniorów. Naszym trenerem był Jan Olczyk. Mniej więcej w wieku 19 lat musiałem wybierać: albo poświęcić się grze w orkiestrze i zespole, albo grać w piłkę nożną. Wybrałem muzykę, a wobec drużyny chciałem być szczery. Nie chciałem, żeby doszło do sytuacji, że zdeklaruję się, że zagram w meczu, a później nie przyjdę, bo będę z zespołem na poprawinach. To była trudna decyzja, ale grałem w otwarte karty.
Reklama
Z zawodnika zmieniłem się w kibica, potem pomagałem w klubie, by blisko dziesięć lat temu wejść do jego zarządu jako sekretarz.
To wszystko co osiągaliśmy, osiągamy, realizujemy to zasługa ludzi, którzy Iskrze sprzyjają od lat. Mam tutaj na myśli zarówno działaczy tego i poprzednich zarządów z prezesami na czele, trenerów, piłkarzy, kibiców, przyjaciół, miejscowy samorząd czy burmistrza. Naprawdę dobrze się dogadujemy i są tego efekty. Mamy aspiracje, by wejść do czwartej ligi jeśli chodzi o seniorów. Fajnie też działa nasza akademia - jest szansa, że młodzicy wejdą do ligi wojewódzkiej. Niebawem ruszy budowa wiaty integracyjnej, która jeszcze bardziej uatrakcyjni nasz stadion. Co do mojej działalności w roli, jak to powiedziałeś, „gospodarza”, to bierze się to może z tego, że lubię też gotować i gościć ludzi, a że do tego mam gadane... Taki już jestem.
Reklama
[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Albatrosi grali na mojej Studniówce. To były czasy. Pozdrowienia Darek. Piotr Brzezinskj.
Dziękuję w swoim imieniu jak córki chrzestnej i całej rodziny
Wyrazy współczucia dla rodziny i bliskich. Zdecydowanie za wcześnie.
Albatrosi grali na mojej Studniówce. To były czasy. Pozdrowienia Darek. Piotr Brzezinskj.
Dziękuję w swoim imieniu jak córki chrzestnej i całej rodziny
Wyrazy współczucia dla rodziny i bliskich. Zdecydowanie za wcześnie.