Ich pierwsze spotkania były jak w romantycznych powieściach: przy studni. Pięćdziesiąt lat spędzonych razem już takie romantyczne nie było
Jadwiga i Henryk Łaniewiczowie obchodzili niedawno jubileusz pięćdziesięciolecia pożycia małżeńskiego. Z rąk burmistrza Okonka Mieczysława Rapty otrzymali nadane przez Prezydenta RP odznaczenia z okazji Złotych Godów. W uroczystości tej wzięła również udział liczna rodzina.
Tak na dobre poznali się cztery lata przed ślubem. – Na rynku była pompa, wówczas nikt nie miał wody w domu. Patrzę, przychodzi jakaś fajna dziewczyna, pomagałem jej nalewać i zanosić wodę do domu. Gadka, szmatka i tak to się zaczęło – pan Henryk Łaniewicz wspomina swoje pierwsze spotkania z przyszłą żoną Jadwigą. Znali się jednak od małego, mieszkali blisko siebie. Chodzili razem do podstawówki, potem do szkoły włókienniczej, którą otworzono przy zakładach wełnianych. [[reklama]]
Pan Heniek w wieku 18 lat rozpoczął pracę w tych zakładach. Przez cały czas pracował na tkalni, zaczynał od pracy na krosnach, po kilku latach został mistrzem. Żona Jadwiga jako tkaczka przepracowała w zakładzie trzydzieści lat. Potem przeszła na rentę, dzisiaj ma tylko tysiąc sto złotych na rękę. - Urodziłam dwoje dzieci, nigdy nie brałam wychowawczego. Te koleżanki, które poszły na emeryturę później ode mnie, mają przynajmniej o trzysta złotych więcej – wspomina Pani Jadwiga.
Mąż emerytury ma niewiele więcej. Kiedy starał się o rentę, lekarz stwierdził, że nadaje się do pracy. Tylko gdzie miał ją znaleźć sześćdziesięciolatek?! Dostał wówczas czterysta złotych zasiłku, co nawet na opłaty nie starczyło. – Kazali mi w banku założyć sobie konto. Wyśmiałem ich: gdybym miał cztery tysiące to bym sobie założył, ale nie na czterysta złotych – żartuje.
Jubilaci mają dwoje dzieci: córkę Aleksandrę i syna Darka. Doczekali się czterech wnuczek i trzech wnuków oraz dwójki prawnuków, mieszkających w Anglii.
Ich dom zawsze był pełen ludzi. Zjeżdżali do nich koleżanki i koledzy, ich dzieci. Córka i syn po ślubie przez jakiś czas też z nimi mieszkali. Pani Jadwiga wychowała wnuki. – Wszystkich nauczyłam pływać, jeździć na rowerze, chodzić do kościoła – oświadcza. – Dzieci, jak poszły na swoje, to nie miały wody w domu. Przychodzili się do nas kąpać, pralka dwa razy dziennie chodziła – wspomina gospodyni. – U nas to jak w przytułku było, ciągle pełno dzieci – dodaje w żartach mąż.
Jak w każdym małżeństwie - było różnie, ale nigdy na tyle źle, aby myśleć o rozejściu się. – Ustępowaliśmy sobie, czasami obracaliśmy wszystko w żart – twierdzi jubilatka. Mąż Henryk dużo jej pomaga, nawet w kuchni. – A tę babkę, która tu stoi na ławie, to kto upiekł? – chwali się. Jednak jego główne hobby to wędkarstwo.
Pani Jadwiga narzeka trochę na serce, ale oboje „trzymają” się dobrze. Bardzo często widać ich, jak spacerują po mieście. Czekają wiosny, gdy pani Jadwiga pójdzie na działkę, a mąż nad rzekę, na ryby. I tak od pięćdziesięciu już lat.
Ryszard Mikietyński
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze