Reklama

Dopóki ludzie klaszczą... - Feliks Kaaz o sobie

20/05/2018 09:00
Dziewczyny kiedyś budził brutalnie, był zbójem na scenie, a i dziś hołubce wywija. Feliks Kaaz, czyli tancerz jakich mało

Ja to jestem w połowie rodowity. Nasza mama była córką niemieckiego nauczyciela z Głomska – Felicitas miała na imię. Potem została spolszczona i Felicją się zwała. Mój dziadek, Wojciech, był pierwszym sołtysem Zakrzewa po wojnie. O, tę chałupkę, w której siedzimy dostał (podobno po niemieckim burmistrzu), fajną taką, bo krytą już dachówką. Następca chciał ją przejąć, ale dziadek nie oddał.
A wie pan, że pisownię mam oryginalną? Już dziadka próbowali po wojnie spolszczyć, ale się nie dał. Jego kuzyn uległ, nazwisko zmienił na Kac, ale potem wrócił do starego. Ale i dziś przychodzą do mnie z urzędu pisma z błędami. Katz albo Kazz piszą, a ja Kaaz jestem. Feliks Kaaz. Bratowa czuła jest na tym punkcie, krzyczy: Wiktor (mój brat) jest Kaaz, to „a” tak akcentuje.

Z panem Feliksem spotykamy się przez kolano. Od blisko pięćdziesięciu lat regularnie najpierw mu ono strzyka, potem puchnie. Mówi o tym po tańcu dla seniorów z „Wrzosu”, na ich 15–lecie. O mało się w krakowiaku nie przewrócił, ale z rozanielonym obliczem dotrwał do końca. Uśmiech to zresztą jego wizytówka. 

Reklama

Bo taniec to fantastyczna przygoda. To jak z jazdą na rowerze, stanąłem na scenie – o, jeszcze umiem. Potem przyszła chęć sprawdzenia, co dam radę zrobić. Miotły już nie (obrót jedną nogą pod drugą w przysiadzie), ale podstawowy krok jeszcze jest

– mieszkaniec Zakrzewa wspomina powrót na scenę po blisko dwudziestu latach przerwy. Miał zatańczyć z „Rodlanami” poloneza, czyli taniec dostojny, acz chodzony, na leciu Domu Polskiego, ale został na dłużej. Trochę z zazdrości.


Czytasz artykuł premium. Pozostało jeszcze 87% tekstu
Zostań stałym Czytelnikiem.
Zaloguj się i subskrybuj wszystkie treści portalu [[pay]]

Z Małopolski przyjechał zespół, w którym tańczy pan 80–letni. Dwa razy był poważnie chory, ale z zespołu nie rezygnuje. To co, ja mam to rzucić? W ogóle to dziwię się tym, którzy nie chcą tańczyć. Niektórzy się wstydzą, wiem, bo sam też mam tremę na scenie, czasami aż mnie zatyka

Reklama

– uważa 62–latek, ale z werwą dodaje:

Wszyscy są zdziwieni, że jeszcze mogę!

Śpiewać każdy musi

Chałupka, w której siedzimy przycupnęła naprzeciwko szkoły. Ponad sto lat temu. Mały Felek nie raz marudził, że „buda” jest tak blisko. Koledzy mogli się spóźniać, a on choćby obudził się z dzwonkiem, zdążyć na lekcje musiał. Koledzy zapominali zeszytów, on mógł skoczyć po nie na przerwie. Jakby nie dość było tych nieszczęść, to jeszcze nauczyciele po mleko do nich przychodzili. I już ci na Felka nadawali.

Ale szkoła w Zakrzewie miała swoją dumę, a Felek był jej częścią. Dumą zarządzał Józef Jaster. Ze smyczkiem do skrzypiec w ręku pilnował porządku na próbach chóru. Czasem kredą w któregoś zbója rzucił albo naprostował go cyrklem.

Reklama

Za rozrabianie dostawaliśmy, nie za fałszowanie. Woleliśmy oberwać od niego niż żeby rodziców informował, bo wtedy i w domu byłaby bura

– F. Kaaz wspomina dziecięce lata. Do dziś pamięta partyzanckie piosenki, których nauczył się w szkole. Klasyki  też trochę liznął, no i jedynie słusznych, komunistycznych tekstów także.

Kto miał słuch i głos, ten śpiewał, taki był obowiązek

– opowiada o zajęciach pozalekcyjnych. Umiejętności śpiewacze wykorzystywał później nawet do... rozrabiania.

Uśmiech to jeden ze znaków firmowych F. Kaaza. Taniec wywołuje w nim to, co najlepsze

Reklama

A Lucyna gdzie?

Było tak. Lata 70–te, 6 rano, podwórko Dropiewskich. Zgraja chłopaków puka do drzwi. Raz i drugi. Nic. Zaczynają śpiewać, kanonem na głosy:

Panie Janie! Panie Janie!
Rano wstań! Rano wstań!
Wszystkie dzwony biją,
Bim, bam, bom, bim, bam, bom.

Drzwi się uchylają, staje w nich Jan Dropiewski, wyraźnie wzruszony mówi: Lucyna jest tam.
Na dziewczynę spadają litry wody.

Ruszaliśmy do koleżanek o drugiej w nocy, Jurek Banaś z dzbankiem nam przewodził. Dawaliśmy im dwie godziny pospać i brutalnie je budziliśmy

Reklama

– pan Feliks wspomina tradycyjnego Śmigusa Dyngusa.

Ojcowie nam jeszcze pomagali: ukryły się tam, na strychu, mówili. Chodziliśmy tam, gdzie zgadzała się rodzina, ale Jurkowi nikt nie odmawiał, nawet najpoważniejsi ludzie

– zakrzewianin śmieje się donośnie, całym sobą. Nawet gdy opowiada o odwecie, bo „lany wtorek” należał do płci pięknej.

Rewanż był solidny. Raz zasnąłem przy stole, aż tu nagle czuję, że wszystko mam mokre. Wpadły ze cztery, mama zdążyła tylko obrus schować...

Nikt się na to polewanie nie obrażał. Dorosłym to się nawet podobało, pamiętam jak sąsiadka ojca goniła we wtorek rano...

Reklama

Zbój za pozwoleniem

Nie wiemy, czy Feliks Kaaz był rozrabiaką od zawsze. Patrząc na jego szelmowski uśmiech można się tego domyślać, ale oficjalnie zbójem został w Domu Polskim. Przez Jerzego Szudarskiego.

Koledzy zaczęli ćwiczyć tańce sądeckie i Jurek mnie namówił: dużo chłopaków potrzeba, chodź, bo to takie zbójnickie rozrabiactwo. No to poszedłem, a po pierwszej próbie nie mogłem zejść po schodach

– tańca ludowego uczył wówczas Jerzy Banaś. Młody instruktor choreografii uczył „Rodlan” na ścianie – z projektora puszczał dokument o zespole „Mazowsze” i przekładał go na taniec w sali „Rodła”. Próby odbywały się raz w tygodniu, a przed występami częściej.

Reklama

Jurek był bardzo lubiany. Kiedyś nawet pokłóciliśmy się o niego z władzą ludową! Coś mu smrodzili, to poszliśmy do sekretarza, narobiliśmy wrzasku, a że jakaś kontrola tam była, to Jurek w Zakrzewie został

– F. Kaaz zdaje się być dumny z tej niezgody. I z tego, że on, koledzy i koleżanki tworzyli zgrany zespół. Taki, w którym koleżankom przed próbą generalną wiązało się sznurowadła, a kolegom przybijało buty do podłogi. A Dom Polski był wówczas miejscem, w którym kwitło życie kulturalne i towarzyskie. To w nim odbywały się popularne vivy – tak właśnie pisane.

Reklama

Na wsi jeżeli samemu się nie zorganizowało jakiejś imprezy, to nie było niczego. Kto miał jakieś płyty, ten był didżejem. Potem Banaś kupił nam stół mikserski na dwa gramofony. To już była klasa. Jak on to załatwił?

– zakrzewianin drapie się po kędzierzawej czuprynie. Za to ja zachodzę w głowę, co znaczyły te przerywniki w dancingach. Gdy orkiestra szła „na jednego”, Jerzy Banaś wyświetlał bawiącym się filmy, jakieś dokumenty trwające po 10–15 minut.
Po jego odejściu z Zakrzewa zespół tańca ludowego podupadł.

Reklama

Trochę Jurek Szudarski to prowadził, ja się ożeniłem (z panią dentystką, której na starcie w Zakrzewie meble przewoziłem), a gdy rzuciłem gospodarkę i poszedłem do pracy do telekomunikacji, to na taniec w ogóle nie miałem czasu

– Feliks Kaaz z „Rodlanami” rozstał się na blisko dwie dekady. Może to i dobrze, bo żona nieco o te hołubce z innymi paniami zazdrosna była.

Chciała tańczyć, ale miała wcześniej wypadek z kolanem i pękniętą rzepkę. Była na jednej próbie, ale jak zaczął się krakowiak to nie dała rady

Reklama

– pan Felek zdany był więc na inne partnerki. Najdłużej na scenie prezentował się z Lilą, córką pana Jastra.

Z jednymi szło tańczyć, z innymi gorzej. A zgrać się z partnerką trzeba. Ciała muszą się rozumieć. Minimalne spóźnienie w podnoszeniu i już jest do kitu

– wyłuszcza tancerz z Zakrzewa, przy czym niemal po każdym zdaniu zanosi się rubasznym śmiechem. Pytam więc, czy robił z poczucia humoru użytek na scenie. Otóż robił. Raz, że już w tych tańcach sądeckich robił za „kukłę”, którą koledzy wnosili na estradę. Dwa, że jedną zimę na kabaret zużył. Opowiada: 

Zimno, spotkanie pół literackie, w radio leci „Sześćdziesiąt minut na godzinę”, występuje kabaret Elita, śpiewa Kaczmarek. Na bazie ich tekstów robimy z kolegami program. Na pewno jest Jurek, a akompaniuje nam Janek Szopiński. Trochę tworzymy też sami. Krótko, bo jak wiosna przyszła, to nam przeszło. Ale wystąpić kabaret (bez nazwy, za krótko istniał, by jakiegoś miana się dorobić) wystąpił. Pan Felek nie pamięta, z jakiej okazji, ale wie, że ludzie klaskali. Znaczy podobało się.

W ogóle do klaskania ma on szczególny sentyment.

Dopóki ludzie klaszczą, to będę tańczyć

– twierdzi z przekonaniem. To nic, że po występie kolano miewa wielkości arbuza. Nawet lodem go nie okłada, do następnej próby samo się rozejdzie. A jeśli całkiem klęknie?

To będę śpiewać. Już do tego wróciłem, występuję w chórze „Tęcza”. Chcieli mnie nawet do seniorskiego „Wrzosu”

– mówi z nutą dumy w głosie. To dlaczego pan nie poszedł? Tam też klaszczą.

Jestem pod wrażeniem ich śpiewu, bardzo duży postęp przez ostatnie lata zrobili, ale nie jestem jeszcze w takim wieku

– odpowiada uczeń Józefa Jastra i Jerzego Banasia, i dodaje, że jest dumny z tego, że kultywuje lokalną tradycję. Rodzina Kaaz ma tu niemałe zasługi, a i on swoją cegiełkę dokłada.

[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości