Reklama

Dwa lata, dwie tragedie, dwóch synów

31/03/2014 00:00
Jadwiga Pietrzak przeżyła dwa najbardziej tragiczne lata swojego życia. Ból, żal, niemoc - okazuje się, że matczyne serce jest w stanie wytrzymać wiele. Bardzo wiele

Rok 2009. - To Bartek namówił mnie do tego, aby zaadoptować 11-miesięczną wówczas Nikolę, moją wnuczkę, kiedy córka wyjechała - mówi Jadwiga Pietrzak. 19-letni chłopak, uczeń Technikum Rolniczego, podjął męską decyzję.

Od tamtej chwili traktował dziewczynkę jak własną córkę. - Przygotowywał jej mleko, później ubierał i zawoził do szkoły. Zabierał ją na ryby, do kina, do zoo. Nawet razem spali. Zbudował jej piaskownicę i domek do zabaw na działce. Był dla niej jak ojciec - wymienia z uśmiechem na twarzy J. Pietrzak.

Był odpowiedzialny i poukładany. Wszyscy nazywali go śmieszkiem. - Z bratem Michałem miał również bardzo dobry kontakt. Dogadywali się - dodaje.

Mieli wspólne pasje: wędkarstwo i majsterkowanie przy samochodach. Wszędzie było ich pełno i zawsze byli gotowi do pomocy.

[[reklama]]

- Wspólnymi siłami zbudowali chodnik na działce, po to, aby Nikola miała miejsce do biegania, a w przyszłości, żeby moje synowe mogły swobodnie poruszać się tam z wózkami. Bo za jakiś czas z pewnością zostałabym babcią.

Miałam wszystko zaplanowane - mówi mama Michała i Bartka, spoglądając smutnymi oczyma na ich fotografie.

Czekasz, czekasz, czekasz...

21 czerwca 2012 roku na drodze wojewódzkiej numer 189 ginie dwóch młodych mężczyzn. Dzień rozpoczął się jak każdy inny. 23-letni Bartek wraz z kolegą przewozili cement.

Rozmawiali, śmiali się i planowali. Przy mijaniu ciężarówki transportującej 14,5-metrowe sosny doszło do tragedii. - Za miesiąc Bartek miał się żenić. Przez silne ręce nie mógł znaleźć garnituru. Uszyto mu go na miarę. Wesele organizowali z narzeczoną właściwie sami.

- Złota rączka - wychwalała go zapłakana matka tuż po śmierci. Rodzice nigdy nie są przygotowani na odebranie aktu zgonu dziecka. - A najgorsze są telefony. Czekasz, że syn zadzwoni, a tu głuchy telefon.

Samochód stoi na parkingu, a syn nie przychodzi. Dlaczego tak długo? Matka siłowała się z każdym dniem, patrząc przez okno na granatową astrę syna. W lutym zrobiła prawo jazdy. Bartek ją namówił.

Nadzieja zgasła

26 lutego 2014 roku. - Obudziłam syna o 7:00. Szykowaliśmy się do wyjazdu na pogrzeb ojca męża - wspomina J. Pietrzak. 22-letni Michał pojechał wówczas do zaprzyjaźnionego warsztatu samochodowego odebrać nowy zderzak, który planował zamontować w swoim aucie.

[[reklama]]

Kurier jeszcze nie zdążył dostarczyć paczki, więc chłopak zaparzył dwie filiżanki kawy, po czym wskoczył na traktor do znajomego, który go zawołał. W drodze do Debrzna, na pogrzeb, zadzwonił telefon pani Jadwigi.

- W słuchawce usłyszałam, że mój syn miał wypadek. Wiedziałam, że muszę wracać. Straciłam już jedno dziecko - dodaje. Michał stał na schodach ciągnika, które urwały się na skutek przejazdu przez próg zwalniający. Wpadł pod koła pojazdu.

Przeżył. - W momencie, kiedy otrzymaliśmy informację, że syn zostanie przetransportowany helikopterem do Bydgoszczy, zmieniliśmy kierunek jazdy i udaliśmy się w stronę Koronowa - relacjonuje J. Pietrzak.

Po pewnym czasie matka otrzymała kolejny telefon. - "Syn jest już w szpitalu w Pile. Właśnie jest operowany". Pojechaliśmy do Piły.

Patrząc na aparaturę znajdującą się na OIOM-ie, wiedziałam, że jest silny, że sobie poradzi. Miał ciepłe dłonie, ocierałam mu łzy...

To tylko fragment artykułu Karoliny Rolbieckiej z AL 13/2014, s. 10

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama