- Tata to był wzięty kawaler. Przystojny, lubiany przez płeć przeciwną – opowiada Urszula Zabel, córka Konrada Radtke. On sam siedzi za stołem i dobrotliwie uśmiecha się do początków demencji. - Patrz, cholera, ta znowu lata – mówi o dłoni, którą odrywa od stołu. Rozmawiamy w asyście córki i zięcia pana Konrada, bo on powoli porzuca wspomnienia. A opowiadać ma o czym.
Najchętniej o żonie. Któregoś dnia na początku lat pięćdziesiątych chwali się ojcu Piotrowi (w Zakrzewie miał dużą gospodarkę), że poznał taką Adelkę ze Złotowa. Senior uznaje, że syn powinien się ustatkować i jedzie do miasta. Tuż przed zamknięciem wchodzi do sklepu Miejskiego Handlu Detalicznego przy Wojska Polskiego. Zamknięte! - krzyczą pracownicy, ale jedna skacze przez ladę. Ma na imię Adela i oznajmia: obsłużymy tego pana. Nie ma pojęcia, że właśnie wskoczyła do rodziny. Bierzemy – pomyślał P. Radtke. - Najgorsze było to, że żonę z pegeeru wziąłem – pan Konrad oburza się na wspomnienie późniejszej reakcji rodziny. - To mi chrzestna powiedziała. A ja jej, że ja na majątek nie leciałem, tak jak ona. Ja z miłości się żeniłem. I był spokój – to pierwszy z dowodów silnego charakteru naszego rozmówcy.

Pani Adela i pan Konrad na spacerze po mieście. To miejsce dziś wygląda zupełnie inaczej
- Nasz tata wszystko co ma, zawdzięcza naszej mamie, która swoją rączką go prowadziła, i swojej ciężkiej pracy. On robił swoje, parasolem ochronnym nas osłonił, ale bez niej byłoby... - zamyśla się U. Zabel. - Słynna pani Adela 40 lat była sklepową pod zegarem koło Cherka. Tak jak tata był znanym fryzjerem, tak ona sklepową.
Konrad Radtke urodził się 20 listopada 1929 roku w Zakrzewie. Z Marty i Piotra. W dzieciństwie należał do Związku Harcerstwa Polskiego - w 1938 roku w Tarnowskich Górach ukończył kurs dla drużynowych. Dlatego później będzie się śmiał z Ludowego Wojska Polskiego. - Młodzi kaprale musztrę prowadzili... Prawdziwą musztrę to ja w harcerstwie poznałem – mówi pan Konrad.

Konrad Radtke (drugi od lewej) zawodu uczył się w Tucholi
Miał być rolnikiem, potem kominiarzem, ale ostatecznie wybrał fryzjerstwo. W 1948 rozpoczął naukę zawodu w Tucholi. Egzamin czeladniczy zdał w 1950 roku w Chojnicach. Był niski, ale szybki. Cięcie miał zdecydowane, ale zanim się rozkręcił, upomniała się o niego armia. - Wszystko chłopy jak byki wyrośnięte i do służby niezdolne. A ja metr pięć w kapeluszu i do wojska mnie zabrali – K. Radtke opowiada o komisji wojskowej. - Taki byłem wkurzony, bo zacząłem już zarabiać.
Najpierw trafił do piechoty, a później artylerii. Wszędzie robił swoje. - Na lewo strzygłem. 2-3 zł brałem, no to miałem ciągle kolejkę. Przeważnie oficerów, a to chytrusy byli. Jak który mnie wkurzył, to nie strzygłem – zakrzewianin, jak się uprze, to koniec. Ma swoje zdanie, także o wojsku. - Dobrze, że mnie z Chojnic wzięli, a nie z Wałcza, bo bym trafił do kopalni albo Warszawę bym musiał budować. A tak do normalnego wojska trafiłem. Nie narzekałem, bo towarzystwo tam było jak nie wiem. Z Wilna czy ze Lwowa był taki dowódca pułku. Dowiedział się, skąd ja pochodzę, to mnie wołał i opowiadał, co z nimi robili Ukraińcy, a ja - co Niemcy z nami.
Po służbie, w 1952 roku, w Wałczu wraz z innymi czeladnikami założył Rzemieślniczą Spółdzielnię Pracy Fryzjerów. - Po miesiącu wiedziałem już, że większego błędu nie mogłem popełnić. Szef płacił mi 50%, a narzędzia i bielizna były jego. W spółdzielni dostawałem 38%, a narzędzia i bielizna były moje. A prezesi chleli jak nie wiem. Wtedy się wkurzyłem i prywatkę otworzyłem – pan Konrad ściąga usta. Nic go tak nie drażni jak nieuczciwość.

Grzebień w kieszeni, wyprany fartuch i pełna gotowość do pracy na twarzy
Pierwszy lokal Konrad Radtke otwiera przy Wojska Polskiego. W miejscu, gdzie dziś jest niewielki lombard. Wynajmuje go od rzeźnika Kowalskiego (jednego z dwóch mężczyzn, których ogoli jako nieboszczyków). On strzyże z przodu panów, kobiety z tyłu zajmują się głowami pań. - Na jeża. Nisko, średnio, krótko. Żadnych wymysłów – pan Konrad opisuje swój styl. - Jak ktoś miał specjalne życzenia, to go do damskiego wysyłałem. To samo z farbowaniem włosów u mężczyzn. Wąsy henną pociągnąłem, ale z włosami do damskiego wysyłałem – fryzjer przyznaje, że nie znosił farb i utleniaczy. - Natura to natura – mówi, gdy pani Urszula zachwyca się jego cerą. - Niech pan zobaczy, ma 86 lat, pali 80 papierosów dziennie, używa tylko wody „Przemysławki” i szarego mydła, a jaką ma skórę. Też bym chciała taką mieć – żartuje córka fryzjera. - Nawet żylaków nie mam, wszyscy się dziwią – dodaje ochoczo pan Konrad. - Nóżki ma jak panienka...
To dziwne, bo w zakładzie spędza po dwanaście godzin dziennie. Oprócz niedziel i świąt. - Był tu jeden taki, co w niedzielę wołał moich klientów: chodź się ostrzyc. Mnie nie widział, że ja to słyszę. Potem mu powiedziałem, jak zachorował, że za mało pracuje. Musi w piątek, świątek i niedzielę zapier..., wtedy będzie zdrowy. Dwa-trzy tygodnie potem zmarł – opowiada.
Strzyże i goli niemal na okrągło. Z nieodłączną lufką w ustach. - Kiedyś wszyscy palili. Nikt mi uwagi nie zwracał. A jak Sanepid przychodził, to ja ich krótko... - twierdzi K. Radtke.
Żona przynosi mu obiad i prowadzi rachunki. Pierze też podwosianki (materiał ochronny zapinany pod szyją) i ręczniczki używane podczas golenia. - Ile było tego prania i prasowania… Dopiero jak w Złotowie otworzyli pralnię chemiczną, to mama odżyła – wspomina Urszula Zabel. Z podwosiankami ma też osobiste przeżycia. Łzawe.
- Jak my płakaliśmy, jak tata nas strzygł. Po męsku, żeby miał na trzy miesiące spokój... – pan Konrad zerka na córkę i głaszcze łysą głowę. A potem z szelmowskim uśmiechem przyznaje, że i żonę zdarzało mu się po męsku ostrzyc. - Albo na uszy, albo nie na uszy. Krócej, dłużej. Zawsze strzygłem jak klient chciał. Poza dziećmi – mówi fryzjer, który tytuł mistrzowski zdobył w 1956 roku w Wałczu. - Najczęściej rodzice ciągnęli dzieci z płaczem do Radtkiego. A Radtke długo się nie zastanawiał: kazał usiąść i robił swoje. Tak, tata? - U. Zabel zaczepia ojca. Senior kiwa głową na zgodę. - Ja wszystko mogłem robić, ale żeby krzywdę komuś? U mnie nie ma tego. Dlatego nie krzyczałem, zawsze grzecznie – twierdzi mistrz fryzjerstwa, który swego czasu miał afro niczym Jimmy Hendrix. Na tych lokach ćwiczyli jego uczniowie. - Ty w ogóle jesteś niekrzyczący człowiek – potwierdza córka.

Jedną z zasad mistrza była dyskrecja. Przestrzegać jej musieli wszyscy
Za to klął jak szewc. Do tych, którzy zasłużyli. Powody były dwa: chęć donoszenia i niechęć do donosów. W pierwszym przypadku chodziło o pracowników i uczniów zakładu. Bo fryzjer był jak psycholog. Klienci opowiadali mu o rodzinie, pracy, planach i złościach. - Zwierzali się ze swojego życia. Komuchów wyzywali. To mi nie było wolno tego nigdzie opowiadać – K. Radtke zdradza kolejną ze swoich zasad.
- Klienci się spowiadali, ale on zostawiał to dla siebie. Nawet w domu o tym nie mówił – potwierdza U. Zabel. To co powiedziało się na ławeczce u Radtkego było ściśle tajne. - Jak pracowników przyjmowałem czy uczniów, to mówiłem, że jak się dowiem, że to co było w zakładzie mówione wyszło na miasto, to koniec. Miałem taką dziewczynę z Krajenki. Taka zdolna, szybka była, chwytała wszystko. Ale co z tego, musiałem ją zwolnić, bo ona wynosiła rozmowy z zakładu – opowiada pan Konrad i choć od jego przejścia na emeryturę minęło piętnaście lat, on zasad przestrzega. Na prośbę, by zdradził jakieś sekrety często nieżyjących już klientów tylko unosi kąciki ust. Tajemnica obowiązuje.
Chętniej za to mówi o sługusach komuny. Radtke był dla nich łakomym kąskiem. W końcu słyszał i widział wiele. - Przychodzili ubowce namawiać mnie, żebym mówił, co klienci gadają. A ja byłem krótki w takich rzeczach. Panie, to są chlebodawcy – mówiłem - a takich jak pan (może się pan obrazisz) mam głęboko w d... I spier... pan. Żebym ja donosił? Co wy robicie z ludźmi?! Co im dajecie?! Chciałem któregoś zapamiętać, ale zapomniałem...

W Cechu K. Radtke był m.in. podstarszym
- Głośno było w Złotowie, że Radtke się stawia i potem jemu jedynemu nie sprzedali lokalu. Wszystkim poszli na rękę, a on, choć bardzo chciał, nie mógł go kupić – skarży się pani Ula. A jej tata z właściwą sobie stanowczością stwierdza: - Bo oni chcieli tu – pociera kciukiem o resztę palców. - A ja nikomu nie dawałem i dawać nie będę!
Dowodem charakteru jednego z najbardziej znanych złotowskich fryzjerów niech będzie jego praca w Cechu Rzemiosł Różnych. Był tam podstarszym, zasiadał w komisji rewizyjnej, w sądzie koleżeńskim. I, jak to on, tępił nieprawidłowości.
- Pracę w Cechu wspominam bardzo dobrze, chociaż byli tam tacy niektórzy, co brali składki w swoją kieszeń. A jak ja tam do zarządu przyszedłem i widziałem, co się robiło, powiedziałem: nie ma.
Kto pamięta zakład u Radtkego? Nieśmiertelną ławkę w poczekalni (podobno jest tam nadal, bo zakład prowadzą pracownicy pana Konrada) czy ostrzenie brzytwy na skórzanym pasie? Pan Konrad jeszcze dziś jest przekonany, że przy alei Mickiewicza są jego lustra. Jest tradycjonalistą, więc bez potrzeby niczego nie zmieniał.

Zakład przy alei Mickiewicza wielu złotowian kojarzy z panem Konradem
- Malowanie i koniec. Nieraz chcieliśmy założyć tam np. nowe lustra, ale tata nie lubił zmian - wspomina pani Urszula. Skoro mówimy o wyposażeniu, on musi wspomnieć swój fotel. Poniemiecki, z obracanym siedzeniem i oparciem. Jednym ruchem zrzucało się włosy i przygotowywało miejsce dla kolejnego klienta. - Nie mógł klient na ciepłe siadać – fryzjer patrzy, jakby chciał sprawdzić, czy rozumiemy że sadzanie klienta na miejscu podgrzanym przez poprzednią osobę jest w złym guście.
Dzięki szacunkowi, co K. Radtke podkreśla wielokrotnie, się dorobił. Nie ma sobie nic do zarzucenia.
- Jak coś było nie tak, to nie załatwiałem sprawy za oczami. Opier... tak, jak trzeba i już – może dlatego jego byli uczniowie i pracownicy pamiętają o jego urodzinach i zapraszają go na własne uroczystości.
- Tata był dobrym szefem – zapewnia U. Zabel.

Konrad Radtke to legenda złotowskiego fryzjerstwa. Czas mija, a on nadal nie chce zdradzić sekretów swoich klientów
Dziś pan Konrad rzadko wychodzi z domu, ale jak już idzie przez Złotów, to może liczyć na dowody sympatii. - Jak idę z tatą do lekarza, to muszę iść bocznymi uliczkami, bo go wszyscy zaczepiają. Chcą pogadać, czasem się dziwią: mnie Konrad nie poznajesz? Stąd do lekarza to z trzy godziny idziemy – pani Urszula mówi o przejściu z ulicy Domańskiego na Norwida. I choć on sam boi się samotnie wypuszczać z domu, córka jest o niego spokojna. - Mówię mu, że on zawsze trafi z powrotem. Jego tu wszyscy znają i na pewno ktoś go odprowadzi...
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Dusza człowiek, spoczywaj Kony w spokoju.
Dusza człowiek, spoczywaj Kony w spokoju.