Zbliżał się ukochany przez wszystkich Polaków, łechcący pierwszym słońcem i świeżą zielenią długi, majowy weekend. A im był bliżej, tym więcej pojawiało się sygnałów mówiących nam, że czas ruszyć w drogę. Z pawlacza wyszły siostry Chęć i Ochota, spod łóżka, zawinięty w karimatę, wyczołgał się Humor, a z szafy, spomiędzy krótkich koszulek i spodenek otrzepała się Przygoda. Na końcu pojawiła się mapa Europy i ostentacyjnie legła na środku pokoju. To był czas na wybranie miejsca odpoczynku i miał nam w tym pomóc przypadek.
Grosz, który miał zadecydować o wyborze, jako że mieszkał w portfelu chyba dobrze zdawał sobie sprawę z sytuacji finansowej domowników, bo ani nie spojrzał na Sztokholm, ani nie śpieszno mu było do Paryża. A i ciepła Portugalia nie przyciągnęła jego uwagi... Grosz wylądował w Górach Stołowych w Polsce... (A może to nie sytuacja finansowa tylko patriotyzm orzełka na rewersie?)
Droga w góry wiła się przyjemnie, lekkie promienie słońca poprawiały nastrój, krowy na pastwiskach ochoczo machały ogonami i gdyby nie zakorkowany Wrocław, trasę do Kłodzka można by nazwać idylliczną. To był nasz pierwszy punkt podróży i nie ukrywam, że nie mogliśmy wybrać lepiej. Kłodzko onieśmiela swoim średniowiecznym urokiem oraz mnogością zabytków. Nas najbardziej urzekł „most z jajecznicy” - pierwowzór mostu Karola w Pradze, ale naprawdę warto poszwędać się między kamieniczkami, zahaczyć o ratusz i obejść wkoło zespół klasztorny, aby odczuć fantastyczny klimat miejsca, w którym nie ma pośpiechu, a ludzie często się uśmiechają.
Rankiem następnego dnia zwiedziliśmy Twierdzę Kłodzko, a wyprawę tam polecam wszystkim miłośnikom "Czterech pancernych i psa" - to właśnie tam powstały zdjęcia do ostatniego odcinka najpopularniejszego polskiego serialu.
[[reklama]]
Tego dnia ciemne chmury kotłowały się na niebie, nie mogąc ustalić, dokąd która zmierza, co kończyło się z reguły wjechaniem w deszcz. Jednak gdy stanęliśmy na brzegu Kotliny Kłodzkiej słońce akurat rozświetlało okolicę i ze zdziwieniem stwierdziliśmy, że nie zauważyliśmy chyba kiedy przekroczyliśmy wrota wehikułu czasu. Stara jabłoń ciężko pochylała się nad słomianą strzechą, otaczając czule swoim cieniem dzieci bawiące się na podwórku. Kot zaczepiał łapą koronkowe zasłonki w oknie. Za domem poczciwa mućka pałaszowała świeżą trawę, a jej czarno-białe łaty odbijały się na tle zielonych pól. Obok wiła się droga. Wąska asfaltowa ścieżka przecinała na pół całą dolinę, a jednak nie przeszkadzała temu sielankowemu widokowi. Minęliśmy domek z białymi okiennicami – w deskach wycięte było zgrabne serduszko. Nasze oczy tonęły w widokach, a dookoła roznosił się cudowny zapach.... Gdyby reklamy świeżego masła mogły pachnieć, prawdopodobnie pachniałyby właśnie tak! [[nowa_strona]] W połowie drogi znaleźliśmy niewielką polanę, tradycyjnie rozłożyliśmy bluzę, która służyła za stolik i rozpoczęliśmy jedzenie śniadania. I nagle parówki zmieniły się w polędwicę, a nienajlepszego gatunku kawa smakowała lepiej niż czarne włoskie cacka w białej porcelanie. Rozglądaliśmy się dookoła, żółte mlecze tuliły się do butów, chmury kotłowały się na niebie, przybierając fantazyjne kształty...Znacie to uczucie, kiedy czas staje w miejscu, kiedy świat istnieje tylko w zasięgu wzroku? Zawsze myślałam, że będę go szukać na krańcu świata, a znalazłam tu – w domu – w Polsce...
Żeby odpocząć od uniesień i westchnień spowodowanych widokiem kotliny, postanowiliśmy podbić najwyższą górę masywu Gór Stołowych - Szczeliniec Wielki - całe 919 m n.p.m. Może nie ma w tej górze zapędów do bycia trekkingowym skarbem Polski ani ambicji na mistrza alpejskiego stylu wspinaczkowego, ale zdecydowanie może startować w konkursie miejsca, gdzie budzą się dziecięce pragnienia. Bo tam wystarczy przejść przez drewniane schody wiodące na „pierwszy poziom” wędrówki i dotknąć szarej skały w kształcie pianki Marshmallow, znaleźć pierwszą szczelinę, przeskoczyć kłodę, przedrzeć się prawie na kolanach, po mchu, na drugą stronę, żeby na nowo stać się pełnym energii siedmiolatkiem. Skoki ze skał, ataki na szczyty wzniesień, przeciskanie się przez otwory, w które nie zmieściłaby się nawet modelka z paryskiego wybiegu i inne atrakcje towarzyszyły nam do końca drogi. Ale jeżeli ktoś nie chce się przyznać do drzemiącego w nim malucha, niech wejdzie na ten szczyt „po dorosłemu”, byle tylko zobaczyć widok rozpościerający się na szczycie – zieleń wzgórz otaczających tarasy, niewielkie skupiska domów w dole, chmury na wyciągnięcie ręki w górze i wszechogarniający błękit nieba.
Jak kozice górskie zgalopowaliśmy na dół i z rozpędu wskoczyliśmy na nasz motocykl, który niczym wierny koń Zorro czekał właśnie tam, gdzie miał czekać i był przygotowany do biegu, tak jak powinien przygotowany być każdy rumak.
Kolejny cel to Błędne Skały, które są obłędne. Pełne zakamarków, zmieniających się kolorów, przesmyków, zagajników. Wydawało nam się, że kupowaliśmy bilet na krótką, pieszą wycieczkę, a nie podróż w kosmos i lądowanie na księżycu. Moja kurtka otarła o skalną ścianę, zrobiło się naprawdę wąsko, trochę duszno, słońce nie docierało już na dno. Obok słychać było kapiącą wodę, stróżka toczyła się tuż pod naszymi nogami, wiła się i prowadziła niczym drogowskaz „chodźcie za mną, idźcie śladami białego królika” (a może to nie ta bajka?). Szliśmy powoli, próbując ignorować zniecierpliwione głosy zatamowanej w przesmyku rodziny z dziećmi. Droga na chwilę zrobiła się szersza, żeby nagle uskoczyć pod dużym kątem w bok, stawiając na wprost wysoką ścianę, co kończyło się guzem na środku czoła u bardziej niezorientowanych spacerowiczów. Znaleźli grotę, trzeba było się tam dostać na czworaka, ale w środku dało się już normalnie stanąć. Tunel wychodził w górę i łapał oddech w pełnym słońcu, promienie rozbijały się na mokrym mchu porastającym jedną ze ścian. Było pięknie – takich miejsc nie ma dużo i jestem pewna, że mówię tutaj w skali świata, a nie tylko naszych polskich gór.
cdn autor: Barbara Kluczkowska
[[reklama]]
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze