Niestety weekend majowy się kończył... Zostało go zaledwie kilkanaście godzin. W powrotnym nastroju pakowaliśmy do kufrów rzeczy porozrzucane po pokoju, za oknem było szaro i nieprzyjemnie, ale nie przyglądaliśmy się za bardzo pogodzie. Dopiero gdy stanęliśmy w drzwiach wejściowych pensjonatu, zrozumieliśmy, co się dzieje - na trawie przed domem leżał śnieg. Nie dużo, trochę płatków pokrywało zielony dywan, kilka spadło na płaczącą wierzbę, jeszcze inne rozgościły się na płocie.
Motocykl nie był zadowolony z faktu, że wygląda jak bałwan – nie zapalił od razu i to powinno dać nam do myślenia, ale do Ząbkowic mieliśmy 40 kilometrów, tam mieliśmy wjechać na drogę krajową, gdzie śnieg już nie doskwiera tak bardzo – właściciel chaty pomagał nam na pożegnanie.
– Powodzenia i szerokiej drogi – będzie Wam potrzebna - te słowa nie brzmiały dobrze.
Po pierwszych trzech kilometrach zaczęły parować nasze szyby w kaskach. Po kolejnych trzech zaczęło ślizgać się tylne koło. Gdy przejeżdżaliśmy przez niewielkie miasteczko ludzie wychodzący z kościoła pukali się w głowy na nasz widok, próbując pokonać leżącą na poboczu hałdę śniegu. Robiło się zimno. Równo ze znakiem informującym o końcu terenu zabudowanego ktoś posmarował świat grubą warstwą cukrowego lukru. Śnieg sięgał prawie do połowy koła, wiatr zacinał od lewej strony, już nie odróżnialiśmy drogi pod pobocza. Gałęzie drzew uginały się pod ciężarem białego puchu. Bezsilne opadały na środek drogi dokładnie na wysokość głowy. Działo się coś dziwnego i fascynującego. Na GPS widać było 25 kilometrów do krajówki. Dojechaliśmy do skrzyżowania dróg pośrodku niczego. Nawet jeżeli było tam cokolwiek, to teraz było białe i kompletnie niewidoczne. Świat był bajkowy. Granice ziemi i nieba zacierały się – wzgórza, pola i chmury były teraz jednym – poruszaliśmy się w czystej bieli. O istnieniu prawdziwego świata przypominała tylko czarna linia po oponie motocykla.
Temperatura spadła już tak nisko, że zrezygnowaliśmy z dalszej jazdy. Z dużymi problemami dotarliśmy do stacji benzynowej, gdzie przyszło nam ocenić, iż jesteśmy uwięzieni przez śnieg w dolinie między wzgórzami i czas poszukać jakiegoś noclegu. Do domu dziś nie dojedziemy.
Stanęliśmy na progu pensjonatu. Ociekająca z nas woda natychmiast utworzyła pod nogami sporą kałużę. Nawet włosy pod kaskami mieliśmy mokre. Właściciel obejścia, który już ze stacji dostał informację, że przyjedziemy, czekał na nas z szerokim uśmiechem. Na stole stała gorąca herbata.
- Napijcie się, wybierzcie, co chcecie jeść i gnać pod gorący prysznic, bo nie wyglądacie najlepiej. [[nowa_strona]] Nie trzymał dystansu - i tak byli jedynymi obywatelami tej ostoi ciepła i suchości, więc nie było po co stwarzać pozorów „klient - właściciel". Przy ciepłym napoju pogadaliśmy trochę o górskich niespodziankach pogodowych, jak to tylko wariaci jeżdżą motocyklem, gdy pada śnieg, że nie ma prądu nigdzie w promieniu kilkudziesięciu kilometrów i jeszcze na tysiąc innych tematów. Byliśmy zaskoczeni tą otwartością, ale przecież była najlepszą rzeczą, jaka nas tego dnia spotkała, więc nie mieliśmy zamiaru protestować. Aż w końcu padły słowa, które rozwiały całą tajemnicę… - Też kiedyś jeździłem - przyznał się właściciel pensjonatu.
Te trzy słowa są specyficzną bramą do innego świata – świata współpracy, pomocy, sympatii i chyba mogę pokusić się o stwierdzenie – lojalności – wobec wspólnej pasji, wobec przebytej drogi, ze zrozumieniem tego, co siedzi w głowach i sercach zapaleńców, którzy porzucają spokój dla kilku smagnięć wiatrem po plecach. Rozmowa ciągnęła się dalej przy obiedzie, później przy piwie, a później przestał działać czytnik kart, bo cały pensjonat chodził na agregacie. Będziemy płacić rano, jak wszystko ruszy – teraz jeszcze po piwku „na krechę” i przypomnienie: - Agregat wyłączam o 22.00. Cisza nocna, jak na koloniach.
Poranek był cudny. Słońce powróciło. Łaziło promieniami po kołdrze i kompletnie nie zwracało uwagi na lekko zaspane pytania „gdzieś ty było wczoraj?”. Za oknem alpejska dolina krzątała się w nadmiarze obowiązków zafundowanych przez wczorajszy „incydent pogodowy". Widoki jak z pocztówek zagranicznych narciarskich kurortów - śnieg i słońce, potem znowu śnieg i jeszcze trochę słońca. Błękit współgrał z bielą i kontrastował z czernią suchego i idealnie czystego asfaltu.
Pożegnaniom nie było końca, ciągle jeszcze zostawało coś do powiedzenia, ale czas szczypał już po kostkach i nie było odwrotu. Poza tym, kto nie lubi wracać? Czym jest najlepsza przygoda, jeżeli się nie kończy? Czym jest opowieść, kiedy nie ma jej komu opowiedzieć?
Droga do domu wynagradzała wszelkie problemy poprzedniego dnia. Przymilając się do jadących, zdawała się być bardziej prosta, bardziej pusta niż zawsze i tylko krowy na poboczu stały tak samo jak kilka dni temu, żując zieloną trawę, wygrzebaną spod topniejącej kupki, prawie zapomnianego już śniegu.
Postawili kufer na podłodze w pokoju, wyjęli już dość zmęczoną, jeszcze mokrą mapę Polski… To co teraz? Może Podlasie?
autor: Barbara Kluczkowska
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze