Wybór tego, co będę w życiu robił, był dla mnie dość oczywisty
– rozpoczyna pan Grzegorz, dla którego ważnym elementem codzienności była i jest przyroda. W 1974 roku kończy technikum rolniczo–łąkarskie w Białej niedaleko Trzcianki i na staż zostaje skierowany do miejscowej Spółdzielni Kółek Rolniczych.
Mechanizacja nie bardzo mnie interesowała. Tak zostało do dzisiaj. Co innego rośliny, ich uprawa oraz zwierzęta
– wspomina. Pobór w kamasze na ponad dwa lata odcina go od obranej profesji.
Wróciłem w rodzinne strony w 1976 roku i rozpocząłem pracę jako instruktor rolny w urzędzie w Trzciance. Ten moment można uznać za mój początek pracy jako doradcy rolniczego
Reklama
– mówi Grzegorz Zięba.
Do Łobżenicy trafiłem w grudniu 1977 roku, bo dowiedziałem się, że jest tutaj wakat na stanowisku instruktora rolnego. Sama Trzcianka, choć jej okolice są piękne, nie bardzo mi się podobała. Łobżenica miała swój klimat. Do tego oprócz pracy było też mieszkanie służbowe
– wspomina pan Grzegorz. Po rozmowie z ówczesnym naczelnikiem gminy, Stanisławem Jendrzejewskim, został przyjęty w poczet pracowników Służby Rolnej, działającej w urzędzie.
Gdy zaczynałem było nas dziewięć osób na 1100 gospodarstw powyżej jednego hektara na terenie gminy. Każdy miał przydzielone po kilka wiosek. Mnie przypadło Chlebno, Trzeboń, Liszkowo i Fanianowo. To był dobry teren
Reklama
– określa. Do jego zadań, przynajmniej początkowo, należała szeroko pojęta racjonalizacja i modernizacja gospodarstw oraz m.in. dystrybucja materiału siewnego czy też rozprowadzanie loszek, jałówek albo cieląt.
Tydzień rozpoczynała odprawa. W biurze siedzieliśmy mało, głównie pracowało się w terenie, przynajmniej z rana. Zdarzało się, że po południu odbywały się szkolenia, narady, posiedzenia. Do gospodarzy, tych, którzy chcieli z nami współpracować, bo przymusu nie było, docierało się w każdy możliwy sposób. Zaczynałem chodząc pieszo, później rowerem, komarem, motorynką, aż wreszcie dorobiłem się skarpety [fso syrena – przyp. red.], a potem malucha
Reklama
– śmieje się pan Grzegorz. Dodaje, że w tamtym czasie w jego pracę mocno mieszała się polityka.
Pamiętam, że „z góry” dostawaliśmy idiotyczne, z dzisiejszego punktu widzenia, zadania. Mieliśmy np. kontrolować i raportować zaopatrzenie sklepów w czasie żniw albo to, czy kombajniści mają wodę do picia. Sprawdzaliśmy, czy pasza jest racjonalnie wydawana itp. Wcielano nas też do komisji porządkowych, które chodziły od gospodarstwa do gospodarstwa i karały mandatami za to, że ktoś np. miał bałagan na podwórku
Reklama
– mówi pan Grzegorz. Wspomina również, że u schyłku lat 70. WODR zakładał, że do 1990 roku w gminie Łobżenica pozostanie jedynie 90 wyspecjalizowanych, wielkich gospodarstw rolnych.
W 1981 roku musiałem odejść z Łobżenicy. Chyba komuś zalazłem za skórę. Przeniosłem się do GS w Wysokiej, gdzie do 1986 roku pracowałem jako referent ds. produkcji
– mówi Grzegorz Zięba.
Powolny schyłek PRL przyniósł pewną odwilż w pracy pana Grzegorza.
Gdy wróciłem do Łobżenicy, w Służbie Rolnej w ramach Wojewódzkiego Ośrodka Doradztwa Rolniczego zostałem sam. To były czasy, gdy wreszcie można było zająć się doradztwem, nie tylko o nim mówić, ale też wcielać w życie, np. przez poletka pokazowe
Reklama
– mówi Grzegorz Zięba. Wspomina swoje pierwsze, duże „eksperymenty” w tym względzie.
Z rolnikami trzeba umieć rozmawiać. To specyficzna grupa ludzi, mocno zakorzeniona w tradycji przekazywanej z ojca na syna. Jak więc udowodnić im, że warto coś zmienić w uprawie? Najlepiej było to pokazać. Sporo natrudziłem się, żeby dogadać temat pola pokazowego. Był rok 1987, kiedy według moich zaleceń na ziemi jednego z okolicznych rolników jesienią zasialiśmy pszenżyto. Wówczas przyjmowano, że na hektar należy zużyć około 300, a nawet 400 kg materiału siewnego. Zastosowałem 130 kg, uwzględniając ścieżki technologiczne, odpowiednie odstępy rzędów itp. Bladłem ze strachu, gdy na wiosnę pole było łyse, a rolnik przydeptywał nerwowo z nogi na nogę. Ponieważ nie było chwastów, stawiając wszystko na jedną kartę zaleciłem zbronować całość oraz zastosować nawóz. Opłaciło się. W żniwa zebraliśmy z tego pola po 5 ton z hektara. Kombajnista przecierał oczy ze zdumienia, bo czegoś takiego jeszcze nie widział. Ja natomiast miałem satysfakcję, że udowodniłem, iż moje zajęcie i doradztwo ma sens
Reklama
– mówi pan Grzegorz. Pod koniec lat osiemdziesiątych zaczynał też propagować uprawę kukurydzy, która obecnie dominuje w dziedzinie upraw na terenie gminy Łobżenica.
Plan na rok 1990 nie potwierdził się. Chociaż część małych gospodarstw zniknęła z mapy gminy, ich liczba nie zmalała z 1100 do 90.
Czasy tzw. szalonego kapitalizmu były szczególnie trudne dla tych, którzy wówczas inwestowali, np. w budowę budynków gospodarskich. Określana mianem pułapki inflacyjnej sytuacja sprawiła, że wiele gospodarstw przez długi czas odczuwało skutki złych decyzji finansowych. W naszej branży też było zamieszanie. Rolnictwo zaczęło się komercjalizować z udziałem firm prywatnych, w sporej mierze zagranicznych
Reklama
– mówi Grzegorz Zięba. Krajobraz targów rolniczych zmienił się wraz ze zmianą ustroju nie do poznania. Zrobiło się jeszcze bardziej bogato, jeszcze bardziej kolorowo.
Jeździłem do Bednar, gdzie nawiązałem kontakty, które trwają do dziś, m.in. w zakresie nasion kukurydzy
– wspomina. Dodaje też, że pojawiły się większe możliwości w zakresie organizacji wykładów, zakładania pól demonstracyjnych.
Kolejnym przełomem był rok 2004 i wejście Polski do Unii Europejskiej.
Pamiętam, że w tamtym czasie słowem, które wywoływało popłoch wśród rolników była płyta obornikowa. Robiłem wnioski o ich dofinansowanie i nie skłamię, mówiąc, że wśród okolicznych gmin mieliśmy najwięcej zrealizowanych tego typu projektów. Pamiętam też, że już po wykonanej inwestycji jeden z rolników powiedział do mnie, że w sumie to nie takie głupie rozwiązanie, bo wreszcie można wjechać, by wywieźć obornik traktorem. Było więcej strachu niż to potrzebne
Reklama
– mówi Grzegorz Zięba. Stwierdza też, że okoliczni rolnicy dobrze dostosowali się do nowej rzeczywistości.
Mamy w gminie nadal ponad 900 gospodarstw. Wystarczy spojrzeć na obejścia, budynki, maszyny
– rolnicy się wyspecjalizowali. Rzadko się zdarza, że trzymają kilka gatunków zwierząt. Stawiają na konkretną dziedzinę. Jeden przygląda się drugiemu, ale to współzawodnictwo jest dobre, bo ich dopinguje – stwierdza pan Grzegorz. Dla niego jednak ostatnie lata to zupełna zmiana stylu pracy.
Teraz siedzę w biurze i czekam, aż ktoś przyjdzie. Pokazów i pól demonstracyjnych jest mniej, wyjazdów jeszcze mniej. To już dobry czas, żeby kończyć tę pracę
Reklama
– dodaje.
Czy będzie miał następcę?
Tego nie wiadomo. Póki co nie ma takich planów, ale to może ulec zmianie. Naszym rolnikom pozostają doradcy z Wyrzyska bądź Wysokiej, a co będzie dalej...?
– wzrusza ramionami pan Grzegorz. Choć formalnie emerytem zostanie w lutym, jego biuro już jest zamknięte.
Mam do wykorzystania urlop. Z branży pewnie zupełnie nie odejdę, nadal przecież umiem pisać wnioski, ale chcę poświęcać się temu, co od zawsze mnie pasjonowało – obserwacji i fotografii przyrody. Mam nowy aparat i więcej czasu, a las to moje ukojenie. Ładuję tam akumulatory. Czasem wystarczy mi dziesięć – piętnaście minut dziennie – polecam to każdemu, choć swoich ścieżek nie zdradzę
Reklama
– śmieje się pan Grzegorz. Marzy też, by na emeryturze wydać przewodnik ornitologiczny o ptakach bytujących na terenie gminy Łobżenica.
Założyłem sobie, że przystąpię do tego projektu, gdy będę miał sfotografowanych sto gatunków. Póki co jest dziewięćdziesiąt dwa. Muszę jeszcze trochę poczekać. Mam nadzieję, że już niedługo
– stwierdza.
[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze