Namawialiśmy Państwa do rozmów z dziadkami, sąsiadami i krewnymi o II Wojnie Światowej. Chcieliśmy, byście wysłuchali ich opowieści o wojnie, spisali je i przysłali na nasz konkurs. I oto mamy zwycięzców. Poniżej przedstawiamy wyróżnioną historię Małgorzaty Piątkowskiej z Okonka
Małgorzata Piątkowska
Okonek
Historia, którą opisuję, pochodzi z pamiętnika mojej cioci Leokadii. To siostra mojej babci Longiny. W młodości mieszkały one w Bućkiewiczach, wsi na ziemiach należących niegdyś do Polski, dziś jednak są to tereny Białorusi. Ich rodzice Zofia i Hilary mieli 7 dzieci: Jana, Franciszka, Leokadię, Longinę, Mariana, Marię, Alfonsa, ostatnia dwójka zmarła niestety w dzieciństwie. Cała ta rodzina widziała i niejednokrotnie na własnej skórze odczuła koszmar wojennej okupacji. [[reklama]]
Chciałabym ogromnie podziękować mojej cioci i babci za to, że podzieliły się ze mną swoimi wspomnieniami, które zapewne należą do tych, jakie chciałyby wymazać ze swojej pamięci, ale zdają sobie sprawę z tego, że warto, by młode pokolenie znało te historie, chociażby po to, aby nigdy nie dopuścić do takich sytuacji, które prowadzą do przelewania krwi, do bólu i do łez niewinnych osób. Z tego również ja zdaję sobie sprawę, dlatego właśnie postanowiłam wziąć udział w tym konkursie i opisać fragment historii mojej rodziny.
Jesień 1943 r.
„Koło lasu Biały Bór miał osadę Dziedziejko Antoni, mieli 7 dzieci. Najstarsza była Antosia, wysoka, przystojna czarnulka, miała 21 lat. Mieli też 6 synów, gospodarstwo, mały domek i wybudowali duży dom, który nie był jeszcze całkiem wykończony. Do lasu było może 100 m, partyzantka rosyjska i polska często tam była. Chcieli czy nie chcieli musieli im gotować. Partyzantka przywoziła im mięso i chleb, ale to gosposia musiała im gotować. Żona i dzieci bardzo bały się, że będzie źle. Często rozmawiałam z Antosią. Jak rozbili Iwieniec Niemcy zaczęli prześladować i księża musieli uciekać. Ksiądz Hilary Pracz też uciekł z kilkoma zakonnikami. Przyjechali do Dziedziejki i tam po cichu odprawiali Msze św. w tym nowym domu. My też tam chodziłyśmy. Był tam zrobiony ołtarz i krzyż, duży, drewniany. Partyzantka rosyjska przechowywała broń w stodole. Ks. Hilary Pracz wraz z zakonnikami wyjechali do wsi Dębniki oddalonej od nas o 6 km.
Była jesień, gospodarz domu poniósł dla księży upraną, wyprasowaną bieliznę. Dwóch zakonników i cała rodzina była w domu, partyzantów aktualnie w domu nie było. Po obiedzie przyjechali samochodami Niemcy, okrążyli całą osadę. Znaleźli broń, dwóch zakonników ukryło się w dużym domu. Matkę i córkę oraz starszych synów aresztowali, a dwóch małych chłopców wyciągnęli spod łóżek i od razu zastrzelili. Duży dom podpalili, a zakonnicy, którzy się tam ukrywali, uciekli do lasu. Niemcy z rodziną popędzili gościńcem. Po drodze była duża osada, gdzie wyrabiali olej - tam zatrzymali się Niemcy. Kazali dać jeść i wódki. Gospodarz powiedział im, że nie ma wódki, wtedy Niemiec nakazał mu posłać po wódkę, powiedział: "może tego chłopaczka", a to był Janek z tych aresztowanych, miał 14 lat. Ten Niemiec nie zwracał na niego uwagi, więc posłał go gospodarz i mówi: "uciekaj!". Mówił to też do tamtych, żeby uciekali, a on będzie zabawiać tych co pilnują, ale powiedzieli, że mamy nie zostawią. Mały Janek biegł, aż dobiegł do zagajnika koło nas. Tata usłyszał głośny płacz, zawołał mnie i kazał iść zobaczyć, co tam się stało. Ja szybko pobiegłam, patrzę, a to Janek strasznie płacze i z daleka było widać, jak pali się gospodarstwo. Ucieszyłam się na jego widok, bo nie wiedziałam jeszcze co się stało. Janek powiedział, że Niemcy palą gospodarstwo i zabiją matkę i rodzeństwo. Usłyszeliśmy strzały i przyszedł tata. Janek chciał tam biec, ale nie puściliśmy go. Biedny liczył strzały... Wszystkich zabili. Płakałam razem z nim i po jakimś czasie pobiegliśmy tam. Niemcy już odjechali, było kilku sąsiadów i straszny widok. Matka, córka i koło niej trzech synów, wszyscy zabici. Janek rzucił się na matkę, siostrę, braci, tarzał się nieprzytomny. Ojciec Janka, Antoni, już widział z daleka dym. Dom, stodoła i obora zostały spalone. Dwoje dzieci, które były zabite w domu, zostały pochowane koło domu. Byłam na pogrzebie, była trumna matki Antosi w białej sukience. Na cmentarz bali się wieść, bo był odległy o 8 km.
Został ojciec i mały Janek, stary mały domek nie został spalony, groby zarosły drzewami. Ojciec umarł, a Janek wyrósł i wyjechał do Leningradu.” [[nowa_strona]] Druga opowieść dotyczy postrzelenia mojej cioci. Historia nie została jednak opisana dokładnie.
17 grudnia 1944 r.
„O godzinie 17 zostałam ranna. Było ciemno, ale śnieg prószył i było jaśniej. Sowieci już byli u nas i na całej Wileńszczyźnie, front poszedł dalej na Warszawę i Berlin. Mój starszy brat należał do strzelców przed rokiem 1939, chłopcy byli oddani ojczyźnie całym sercem i duszą. W 1939, gdy konie zabierali, tam u nich był głód w Kołchozach i nic nie mieli, a Legionom to sami dostarczaliśmy i jak przyjechali to dzieliliśmy się z nimi. Mój starszy brat Janek był strzelcem i też należał do Legionów. Wpadał do domu, a my dostarczaliśmy mu wiadomości, gdzie są Niemcy i co robią. Jednego razu brat i koledzy poszli na kolonie, a tam były panny, z którymi się zabawiali. Najechała partyzantka rosyjska z puszczy Nalibockiej, aby zabrać żywność. Zabrali również chłopców i ich dokumenty. Oni mówili, że są z partyzantki rosyjskiej, ale oni nie wierzyli i wywieźli ich do Sztabu Rosyjskiego. Po drodze uciekli, lecz ich dokumenty zostały. Na drugi dzień powiadomiono, że jadą partyzanci. Jeszcze została nam jedna krowa jałówka, parę owiec i jeden świniak. Tego dnia mama poszła z moją młodszą siostrą do Dzierżyska dostać soli, bo u nas nie było. Tata z bratem Marianem popędzili krowę i owce do lasu, brat Janek przybiegł do domu, zabrał Franka i przez pola razem uciekli do lasu, a ja zostałam sama. Mając 18 lat wyprawiłam wszystkich. Taka byłam głupia, bo myślałam, że za brata nie będą mnie karać. Zaczęłam sprzątać podwórko. Tylko udawałam, bo mnie wtedy nie było do sprzątania. Nagle patrzę: jadą. Naliczyłam 17 furmanek i kilku na koniach. Wjechali na podwórko, reszta została na polnej drodze. Wkroczyli do domu, brali całe jedzenie, pościel, w poduszkach była schowana bielizna - wszystko rozpruli, tylko pierze latały. Zabrali szaliki, swetry, rękawice, kożuchy. Kapustę z beczką i żywego świniaka zapakowali na wóz. W tym czasie pojawił się brat Janek z kolegą Antonim oraz dowódcą partyzantki rosyjskiej, która przebywała w lesie. Powiedzieli, że brat i inni należą do ich oddziału. Za kilka litrów wódki zostawili wszystko, pozrzucali z wozów, oddali dokumenty i odjechali. [[reklama]]
Przeżyłam to strasznie, uratował mnie od najgorszego Janek z Wilna - Polak, który był zabrany do partyzantki rosyjskiej. Zaopiekował się mną, bo dowódca był pijany, chciał, żebym poszła na górę z zapałkami, bo chciał podpalić dom, ale Tadek powiedział, że mam tego nie robić i właśnie w tym czasie przyszedł brat z kolegą."
Foto: www.sxc.hu
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze