Reklama

Historie pana Gienia – Blochowie

17/12/2017 14:30
Przedstawiamy kolejną część historii spisanych przez E. Drobkiewicza. Tym razem traktującą o rodzinie Bloch

Wypis z Księgi Gruntowej Domeny Złotowskiej
1785 październik 12, Potulice

Xawery Hrabia Kościelicki i Działyński, Rycerz Orderu Świętego Stanisława, Dziedzic Złotowa i Pakości etcetera etcetera. Przez wzgląd na wierną służbę mego Stangreta Johana Blocha, daruję jemu i jego sukcesorom w obowiązującym prawie, cały Łan gruntu z przynależnościami do tegoż należącymi jako posag wnoszony do jego teścia Jakuba Wojda dotychczasowemu dzierżawcy tegoż gruntu…

Gospodarstwo prowadziło dwóch braci, starszy Telesfor i młodszy Teofil. Matka ich zmarła kilka lat przed drugą wojną, wydając jeszcze młodszą córkę za mąż do Głomska za gospodarza. Ojciec umarł wiele lat wcześniej, ale już dawno „dostał w głowę”, jak powszechnie nazywano choroby psychiczne. To, że „dostoł w gowe”, mogło mieć przyczynę w zwykłym ludzkim przędzeniu jęzorem, wybujałej wyobraźni, długich zimowych wieczorów, podczas których wymyślano nie jedną bajkę, którą potem uparcie powtarzano jako „pod Bojdziym nojprowdziwszou prouwda”. Były różne historie opowiadane o zmorach, himerach, chochlikach i o diabłach „co w psa się przetmiyniył” i jak ten pies łapę o koło wozu oparł, to wóz jakby przymarzł do drogi, że konie szarpały z całej siły i wozu ani na centymetr nie ruszyły, dopiero jak furman w wielkim strachu, bo potężne psisko kły szczerzyło i zajadle warczało, krzyż nad nim zrobił, to aż zagrzmiało i pies zginął, tylko potem siarką dało się czuć. To nie dziwota, że dzieci „mnieli wieldzi strach” iść do sąsiedniej izby spać, bo tam w ciemnicy czaiło się mnóstwo ”czarownic i Lucyfrów”.

Reklama

Było w zwyczaju, że sąsiedzi odwiedzali się nawzajem, „baby z kołkami” (kołowrotek) do przędzenia, a „chłopy” by pograć w karty (oraz by zaoszczędzić na nafcie do lamp). Pewnego razu podczas takiego wieczoru u Blochów ojciec Telesfora i Teofila, by się wcześniej wyzbyć „gości”, popchnął ukradkiem zegar o dwie godziny. Sam miał w zwyczaju obejść jeszcze gospodarstwo w ciemnościach, tak że sąsiedzi zauważyli kręcącego się po obejściu gospodarza. Rano „szojndar” (żandarm) rozpytywał we wiosce, czy ktoś nie widział nic podejrzanego, bo nocą dokonano rabunku w złotowskim kościele Farnym. Łupem padło wiele cennych przedmiotów liturgicznych. Jedynym śladem, jakim dysponowała policja, było zeznanie kobiety, że widziała chudego wysokiego mężczyznę na równie chudym spienionym koniu. Dla uczestników wieczornych opowiadań przy kartach i „fajfkach”, w których palono surową tabakę, co to ją sami siali, wszystko się zgadzało, trochę dlatego, że Bloch nie był zbyt gościnny, „pospinano fakty”, o których nie chciała policja słyszeć i stary Bloch został „ajnbreśrem” (włamywaczem).

Bajka się rozniosła i miała zgubne skutki dla starego Blocha, który się o tej plotce dowiedział i przejął się tym. Do kościoła przychodził pierwszy, chował się pod schody, wychodził ostatni, unikał ludzi. Doszło do tego, że jeżeli na sąsiednim polu pracował ktoś, uciekał na inne pole lub chronił się do domu, wreszcie przestał się pokazywać między ludźmi - „dostoł w gowe”. Nie pozostało to bez znaczenia dla pozostałej rodziny, żyli jakby na uboczu społeczności. O Blochach mówili sąsiedzi, że „sou dziwni”. Oni zaś żyli własnym uporządkowanym życiem. Odkąd siostra wyszła za mąż, a rodzice poumierali, na gospodarstwie pozostało dwu braci, Telesfor urodzony w 1908 i młodszy o trzy lata Teofil. Telesfor miał za zadanie reprezentowanie gospodarstwa na zewnątrz, dlatego przezwano go „minister zewnętrzny”, przezwisko to podobało mu się. Na czterdziestu morgach (10 ha) pracowali ciężko, ale najciężej miał koń, któremu wystawały biodra, tak że można było tam czapkę zawiesić. Żebra miał jak wyschłe klepki starej beczki, wygląd matowy, zaniedbany, takową uprząż i taki ciągnął drewniany wóz (o kołach, które dawno zapomniały, że powinny być przynajmniej wielkością do pary, z ponabijanymi klinami pod żelazne obręcze, bo inaczej te ostatnie dawno by się pogubiły). Koń, mimo swojej mizerii, wysłuchiwał wiecznie słów, które nie były pieszczotliwymi, „ty kaduku, ty ściyrwoulu, ty psiouskuyro, ty Lucyfrze, hou, hou, dali dali”. Nie raz zdarzyło się, że sznurki, którymi powiązana była uprząż, pękały i Kasztan wylatywał jak z procy, stając głową do dyszla, otrzymywał nową porcję przeróżnych wyzwisk, które już dawno wyszły z użycia, tak że parobcy i „burszoule od krów” z wyraźną uciechą uczyli się ich na pamięć. Koń, zwyczajny wyzwisk, stał spokojnie, aż gospodarz, Telesfor, naprawił szkodę, bo innych konsekwencji nigdy nie było.

Reklama

Nie darmo mówi się: „jaki pan, taki kram”. Na gospodarzu było widać, że igła i nici są towarem deficytowym. Kiedy zamachnął się ręką, to zgodnie z tym ruchem podążały łaty, szmaty, farfocle. Jopy, szakety albo koszule cierpiały na chroniczny brak guzików i pozawiązywane były sznurkami, stroju dopełniły buty, przeważnie nie od pary, wszystko to było przykryte kapeluszem jakiego nie powstydziłby się najodważniejszy strach na wróble. Można powiedzieć, taki miał styl!

Bardzo pomyliłby się ktoś, zestawiając wygląd osoby z jej inteligencją. Blochowie przede wszystkim byli mocnej wiary i twardzi Polacy, prenumerowali prasę katolicką, w której to, w dziale rolniczym, polecane były przeróżne kursy (Kursy Staszica). Wybrali sadowniczy, uczestniczyli też w innych kursach organizowanych przez polskie organizacje, m. in. przez ks. Domańskiego. Uczestniczyli też w kursach państwowych, czyli niemieckich. Poziom wiedzy obydwu braci był grubo ponadprzeciętny, bardziej oczytany był młodszy, ale i Telesfor wiedział, co to są promienie Roentgena i wiedzę tę potrafił bardzo umiejętnie spożytkować. Wadą ich było, że nie dbali o siebie, jako też o konia i krowy, zresztą był to dział Telesfora. Dom, ptactwo, ogródek i pasieka to było zadanie Teofila i wszystko to było wzorowo prowadzone. Mieli też inkubator do wylęgu piskląt, gdzie eksperymentowali z wszelkimi znalezionymi jajkami kuropatw, dzikich kaczek i innych.

Reklama

Pracowitość i inteligencja szybko zaowocowały, bo już kilka lat przed drugą wojną bracia byli w stanie inwestować w założenie sadu, a sylwetka Telesfora, ciągnącego mały wózek napełniony jabłkami na targ oddalony 14 kilometrów, szybko wrosła w miejscowy pejzaż. Sad obsadzili dookoła świerkami, strumyk poszerzyli i spiętrzyli, tworząc dla siebie bardzo urokliwe miejsce. Dom, który pobudowali rodzice krótko przed pierwszą wojną, przebudowali według własnych potrzeb. „We wieldzi izbie” postawili piec do chleba, „posobe” (sufit) pomalowali na ciemnozielony kolor, a ściany na kanarkowo. Było to o tyle praktyczne, że sufit i tak czerniał od chlebowego pieca. Spali w małej izdebce, gdzie jedną ścianę zajmowały klatki z kanarkami, na środku był umocowany od podłogi do sufitu pień młodej sosny, którego krótko obcięte gałązki służyły jako haki do wieszania chałów (ubrań), łóżka zaś stały w kącie przy ścianach. Porządek był kawalerski, chociaż „wewnętrzny” (Teofil) prał i zmywał regularnie. Nie byli nałogowcami, jedynie „zewnętrzny” raz po raz zapalił papierosa. Żyli pracowicie, potrzeby mieli niewielkie, przez to oszczędzone mieli sporo grosza.

Wojna

Druga wojna światowa zaczęła się dla Blochów równie źle, tak jak dla innych Polaków - oddali rowery i radio do sołtysa, podano im do wiadomości, że ich powiernikiem jest hitlerowiec Schitz i w absolutnie każdej sprawie muszą uzyskać jego zgodę. Blochowie jednak nigdy nikogo o zdanie pytać nie mieli zamiaru, udało się im nawet jakimś sposobem wycofać pieniądze z banku i pracowali dalej po swojemu. Gospodarstwo Blochów było urokliwie położone i treuhander Schitz miał na nie wielki apetyt. Schitz, Niemiec z Polski (ci byli niezwykle podli wobec Polaków) dowiedział się o „samowoli”, zarządził natychmiast konfiskatę mienia Blochów, by równocześnie wyrzucić ich z własności. Koń, dwie krowy i kilka świń były już zarejestrowane w rejestrze gminnym, do tego nawet treuhander nie miał prawa, ale drób - ten należało zagrabić. A było co zabierać: trzydzieści gęsi, dwadzieścia kaczek, tyleż kur, paw i dwie pawie kury, piętnaście perlic. Zajechali do Blochów grupą szturmową, treuhender Schitz, hitlerowiec Mantzki, jeszcze dwu S.A.-manów i policjant, jako podwodę wzięli ze sobą Polaka o piastowskim nazwisku Kołodziej, który był teraz też S.A.-manem, a wyglądał tak, jakby miał za ciasne buty albo palił go ten „sraczkowaty” mundur, bo kręcił się i przedeptywał. Wszyscy byli w mundurach, nie obyło się bez bicia i kopniaków. Blochowie obydwaj stali hardo w milczeniu, a na pytanie o pieniądze odpowiadał Teofil: „miałem dług i go oddałem”. Na inne pytania milczał, pomimo uderzeń pięściami i kopniaków.

Reklama

Cała grupa z dziką satysfakcją ruszyła rewidować dom, wszędzie popychano też Blochów, pomagając sobie biciem. Blochowie patrzyli jakby obojętnie na tłuczone naczynia kuchenne, deptane pościele, wywracane regały z polskimi książkami. Mantzki i Schitz prześcigali się w obraźliwych epitetach, w których polskość przyrównywano do gnoju, a nawet gorzej. Byli nawet gotowi palić książki, nakazali Blochom wrzucać je do pieca chlebowego, ci zaś udali głuchych. Schitz z pianą na ustach uderzył Teofila pięścią w twarz, aż krew trysnęła, ten się jednak nie ruszył. Wtedy „nadludzie” w szale deptali i darli wszystko, co im w ręce wpadło, wywracali skrzynki z jabłkami i kanarkami, tłukli słoiki z konfiturami.

Jak się już zmęczyli tym „czynieniem porządku”, Schitz zarządził rekwizycję drobiu. Wyszli na podwórze, gdzie cały czas, jakby na warcie, przedeptywał SA-mann o piastowskim nazwisku. Rozpoczęła się gonitwa za ptactwem. S.A.-mann, mimo że zwykle był do pracy leniwy, wykazywał się zręcznością w łapaniu wystraszonych i zdezorientowanych kur. Gęsi i kury połapali dość łatwo, zaganiając je do kurnika, część kaczek rozbiegła się po krzakach, perlice wszystkie pofrunęły na drzewa, pawia i jego dwie kury „nadludzie” nie cenili jako coś jadalnego, więc je zostawili.

Reklama

Wszystko to bracia obserwowali z domu.

Jak już wóz mieli Niemcy załadowany, a sami byli namęczeni, przy akompaniamencie wyzwisk, że jeszcze tu wrócą, by wyrzucić to parszywe polskie nasienie, ruszyli w stronę wsi, by podzielić się łupem.

c.d.n.

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    MO - niezalogowany 2017-12-17 20:19:22

    Bardzo ciekawe wspomnienia, które uległy by zapomnieniu. Warto zwrócić uwagę na gwarę, którą trochę pamiętam bo używała ją częściowo moja mama, a krewna autora. Gratuluję "Aktualności" wyboru tematu, Wiem, że autor tych opowieści ma ich w zanadrzu wiele.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    MO - niezalogowany 2017-12-17 20:19:20

    Bardzo ciekawe wspomnienia, które uległy by zapomnieniu. Warto zwrócić uwagę na gwarę, którą trochę pamiętam bo używała ją częściowo moja mama, a krewna autora. Gratuluję "Aktualności" wyboru tematu, Wiem, że autor tych opowieści ma ich w zanadrzu wiele.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości