Tenis stołowy na Złotowszczyźnie ma korzenie znacznie głębsze niż sekcja w Sparcie Złotów. Niezwykle ciekawe są dzieje Huraganu Nowa Święta. Opowieść o wyczynach tej drużyny dla dzisiejszych sportowców może wydawać się nieprawdopodobna, ale stanowi też cenną lekcję, więc warto przypomnieć tamte czasy.
O historii ping ponga w okolicach Złotowa opowiedział mi Zygmunt Kabatek. W latach 60–tych na terenie naszego powiatu były C–klasa i B–klasa, jedynie Mechanik Złotów grał w A–klasie województwa koszalińskiego. W złotowskiej drużynie grali wówczas Kazimierz Wiedro, Janusz Wegner oraz zawodnicy Michałowski, Łuszczewski oraz pani Stanisławczyk, których imion pan Zygmunt nie pamięta. Przez krótki czas silna drużyna była także w Stawnicy, o której wartości stanowili Zygmunt Krakowiak, Zygmunt Dyba, Zygfryd Brewka i Krystyna Baran.
Oni się rozsypali i wówczas my zaczęliśmy grać
– wspomina Z. Kabatek. My, czyli Huragan Nowa Święta. Pierwszy skład stanowili Henryk Zbieralski, Henryk Kowalski, Stanisław Listoś i Helena Kokowska.
To była wielokrotna mistrzyni województwa. Miała nawet mistrzostwo Polski zrzeszenia START
– chwali zawodniczkę, która pracowała jako księgowa w tartaku, przy którym drużyna działała. Pani Helena zachęciła też kolegów z drużyny do jeżdżenia na turnieje wojewódzkie, na których mogli podpatrywać lepszych zawodników i się ogrywać. Pan Zygmunt pamięta, że w debiucie zajął czwarte miejsce. Zespół w krótkim czasie z B–klasy awansował do A–klasy, a następnie do klasy okręgowej. Tam przyszło mu rywalizować już z drużynami z takich miast jak Słupsk, Świdwin, Kołobrzeg, Koszalin, Szczecinek. Z. Kabatek wspomina, że w Huraganie grał wtedy niejako po kryjomu. W szkole zawodowej nie chwalił się swoim talentem, bo nie mógłby grać w Nowej Świętej. Obowiązkowo musiałby grać w szkolnej drużynie, która grała w niższej lidze. Pewnego dnia jednak, czekając na autobus, obserwował, jak trójka nauczycieli, w tym wicedyrektor, grała między sobą w tenisa stołowego. Zgłosił się na sędziego, ale długo nie wytrzymał i spytał, czy też może zagrać. Wtedy jego umiejętności wyszły na jaw, a jeden z belfrów domyślił się, że to jest ten Kabatek co gra w Huraganie Nowa Święta. Na nic zdały się kłamstwa, że to nie on, tylko jego brat tam gra, ale koniec końców nie poniósł konsekwencji.

Lewa ręka Franka Westphala wciąż dla wielu może być bardzo groźna
Z czasem doszło do wymiany pokoleń w Huraganie i do drużyny weszli Zygmunt Kabatek, Franciszek Westphal i Jan Kowalski. W latach, w których przepisy zobowiązywały, aby w składzie była kobieta, w Nowej Świętej grała Gabriela Pulwit, która podobnie jak Helena Kokowska należała do czołówki województwa. Później do drużyny dołączył Kazimierz Wiedro z Mechanika Złotów, który się rozwiązał. To były już lata 70–te. W 1975 r., w związku z reformą administracyjną i zmianą granic województw, Huragan Nowa Święta zaczął grać z drużynami z północnej Wielkopolski z województwa pilskiego. Wciąż utrzymywali się w klasie okręgowej. Wyżej od niej była już trzecia liga. Był sezon, w którym ekipa spod Złotowa była blisko awansu do niej. Grał z nimi wówczas młody Jacek Fertikowski, bo był wymóg, żeby w każdej drużynie grał jeden junior. Fertikowski wcześniej trenował w Złotowie z Januszem Polaczkiem.
Był kreatywnym zawodnikiem, który reprezentował już bardziej nowoczesny styl oparty na obustronnej grze rotacyjnym topspinem
– tak opisuje swojego pierwszego sparingpartnera J. Fertikowski. W takim składzie Huragan w rewelacyjnym stylu wywalczył miejsce dające awans do trzeciej ligi.
Mieliśmy awansować do trzeciej ligi, co byłoby wydarzeniem nie lada, nawet w województwie pilskim. To był co najmniej odpowiednik dzisiejszej drugiej ligi
– opowiada ówczesny junior Huraganu. Zygmunt Kabatek wspomina, że byli wówczas tak mocni, że potrafili wygrywać na wyjeździe nawet 18:0. W pamięć zapadł mu taki wynik z Wronek. Siłą drużyny były m.in. deble, które w wyrównanych meczach potrafiły rozstrzygać o wyniku. Niestety ostatecznie bardzo dobry sezon nie zakończył się awansem, który został drużynie odebrany ze względów proceduralnych. Jacek Fertikowski, junior z Huraganu okazał się tzw. „źle urodzonym”. Według przepisów istotny był nie tylko rok urodzenia zawodnika, ale także miesiąc, o czym nikt w Nowej Świętej nie wiedział. Za to drużynie odebrano punkty z jednej rundy, pozbawiając tym samym awansu. Tak zakończył się złoty okres Huraganu. Wkrótce potem zaczęło brakować działaczy i drużyna przeniosła się do Złotowa, grając w podobnym składzie przy POM–ie, który mieścił się na ulicy Kolejowej.
Huragan Nowa Święta grał na małej salce, w której dzisiaj mieści się kaplica. Podłoga była z desek, była też scena, a pomieszczenie ogrzewane było piecem kaflowym, choć z tym ogrzewaniem to może przesada. Grzegorz Karbowiak, który dojeżdżał tam na treningi w późniejszym czasie wspomina, że bywało i tak, że na rękę, w której nie trzymało się rakietki, zakładano rękawiczkę.
Ta sala miała klimat. Wszyscy się nas bali
– mówi z kolei J. Fertikowski. Jej niewielkie rozmiary wymuszały na tenisistach grę blisko stołu.
To był element nowoczesności w naszej grze, bo wtedy większość zawodników grała w półdystansie, dalej od stołu
– wyjaśnia dalej J. Fertikowski. Mówiąc o warunkach panujących na sali dodaje jeszcze:
My byliśmy zahartowani. Byliśmy trudnymi przeciwnikami, bo byliśmy twardzi jak skała. Mecze przeważnie odbywały się około 11. godziny. Przychodziła na nie spora grupa kibiców, którzy wybierali tenis stołowy zamiast niedzielnej mszy.
Jak był mecz ze Słupskiem albo Koszalinem, to na salę nie dało się wejść
Reklama
– wspomina Z. Kabatek. Wyjątkowa atmosfera i trudne warunki panujące na sali sprawiały, że był to niezwykle trudny teren dla przeciwników. Zaczynało się już od tego, że niektórzy mieli problem z trafieniem do Nowej Świętej.
Pełen spontan – Jednak zwycięstwa to tylko część wspomnień, równie ważna była atmosfera. – Takiej spontaniczności nigdzie...
Grają do dziś – Po rozwiązaniu drużyny Huraganu jego zawodnicy utworzyli zespół przy POM–ie w Złotowie. Do „wyjadaczy” z Nowej Świętej dołączyli...
Nie było wtedy nawigacji z GPS–em, a jak się nie miało dokładnej mapy to niełatwo było odnaleźć małą miejscowość, nie wspominając już o tym, że zimą potrafiło solidnie zasypać drogę dojazdową ze Świętej. Zygmunt Kabatek wspomina, jak przyjechała do nich drużyna z Kłosa Budzyń, oparta wtedy na ściągniętych z innych klubów zawodnikach.
Przyjechali do nas na mecz a ich lider myślał, że na takiej wsi obejdzie się bez grania, że postawią wódeczkę i rozpiszemy mecz. U nas jednak tak się nie robiło, a ten zawodnik nie zrobił wówczas kompletu punktów
– opowiada tenisista Huraganu. Niejeden poległ na tej sali. Zygmunt Kabatek odnotował tam m.in. zwycięstwo nad Mirosławem Porazińskim, niezwykle utalentowanym zawodnikiem z Piły, który liczył się wtedy w Polsce. Pamięta, że wziął przeciwnika na spryt. W pierwszym secie specjalnie grał słabo, żeby uśpić czujność rywala, a dopiero potem przystąpił do ataku, tak że nim gość z Piły się pozbierał to był już w podbramkowej sytuacji i w kluczowym momencie zabrakło mu opanowania. Po meczu prosił tylko, aby nie podawać wyniku do gazet. Na tej sali, na trzech stołach rozgrywano również turnieje o puchar dyrektora Pilskiego Przedsiębiorstwa Przemysłu Drzewnego.

Szybkość i zwinność zastąpiła rutyna i doświadczenie, ale nieustępliwość i waleczność pozostały te same
Jednak zwycięstwa to tylko część wspomnień, równie ważna była atmosfera.
Takiej spontaniczności nigdzie indziej nie spotkałem. Dzisiaj wielu zawodnikom brakuje tego. Była chemia, był entuzjazm
– opowiada J. Fertikowski. Treningi odbywały się dwa razy w tygodniu, ale nie było przecież żadnego trenera. Wszyscy byli samoukami i każdy prezentował inny styl. Najlepszą nauką były turnieje, gdzie podglądano innych. Jacek Fertikowski do Nowej Świętej dojeżdżał wraz z Kazimierzem Wiedro pociągiem nieistniejącą już linią kolejową, a podróż do pobliskiej wioski trwała bardzo długo.
Śmialiśmy się, że można było wyskoczyć, nazbierać grzybów i jeszcze zdążyłoby się wsiąść z powrotem
– wspomina dzisiejszy prezes MZUK–u. Każdy z nich prezentował inny styl. W tamtym czasie technika zawodników była bardzo różnorodna. Można było spotkać zawodników grających samymi „dechami”, dużo było defensorów, ale też grano już ofensywnie i rotacyjnie nowymi okładzinami.
Deskami mecze długo się grało. Jak grałem z Frankiem Westphalem na mistrzostwach powiatu w Radawnicy, to na innym stole trzy partie były rozegrane, a my jeszcze jednej nie skończyliśmy
Reklama
– Zygmunt Kabatek bardzo dobrze pamięta mecz z kolegą z drużyny.
Co prawda coraz częściej grani nowoczesnym stylem, ale ten archaiczny wciąż się sprawiał rywalom wiele trudności
– tłumaczy J. Fertikowski. Od takich „stylowców” wiele się nauczył i potem potrafił grać na obrońców.
Wygrać z defensywnie grającym Kaziem Wiedro było niesłychanie trudno, było się zmęczonym jakby się rozegrało trzy czy cztery mecze. Był tak niesamowicie nieustępliwy, waleczny, to zarażało
– wspomina. W tej drużynie każdy miał swoje atuty i będąc w formie potrafił ograć niemal każdego. Najbardziej nieobliczalny był jednak Jan Kowalski.
Potrafił załapać taki trans, że był nie do zatrzymania
– wspomina J. Fertikowski. Z kolei Franek Westphal potrafił niszczyć przeciwników swoją znakomitą lewą ręką. Grzegorz Karbowiak pamięta, że jeszcze po złotych czasach Huraganu był postrachem dla najlepszego w województwie zawodnika z Wyrzyska, który zawsze miał problem, grając z tenisistą z Nowej Świętej. Elementem spontaniczności były także wyjazdy na mecze. Przerabiano różne środki transportu: żuki, tarpany, a bywało też tak, że na mecz jechano taryfami albo zakładowym autobusem marki San, który zabierał także kibiców. To wszystko odbywało się przy niewielkim wsparciu finansowym. Choć Huragan grał pod egidą tartaku w Nowej Świętej, to zawodnicy grali zupełnie za darmo, a pieniędzy nie starczało też na nowszy sprzęt. Jacek Fertikowski do dziś wspomina zdziwienie i zażenowanie przeciwników, którzy po meczu dowiadywali się, że ograł ich zwykłą „wietnamką”.
Po rozwiązaniu drużyny Huraganu jego zawodnicy utworzyli zespół przy POM–ie w Złotowie. Do „wyjadaczy” z Nowej Świętej dołączyli tam nowi młodzi tenisiści jak Grzegorz Karbowiak i Zbigniew Deja. W POM–ie swoją wspaniałą karierę rozpoczęła także Krystyna Jagodzińska, medalistka igrzysk paraolimpijskich. Dzieje tej drużyny to jednak osobna historia, której nie da się opowiedzieć w skrócie. Skończyła się wraz z upadkiem zakładu w latach 90–tych. Jacek Fertikowski zaś z Huraganu przeniósł się do Kłosa Budzyń, a jeszcze później grał w Warcie Gorzów Wielkopolski, gdzie otarł się nawet o drugą ligę, ale jego karierę przedwcześnie zakończyła poważna kontuzja. Tamte kluby również dobrze wspomina, ale tylko Huragan miał, według niego, to coś.
Jak tak zestawię sobie to, co było najbardziej niesamowitego, wyjątkowego, to był ewenement na skalę Polski
– mówi. Gdy w Złotowie powstała natomiast sekcja tenisa stołowego przy Sparcie, to dawni zawodnicy Huraganu chętnie pojawiali się na treningach. Młode pokolenie pingpongistów skorzystało na ich doświadczeniu i szkoliło się, walcząc ze starszymi panami. Paweł Fertikowski, syn Jacka, należący od wielu lat do czołówki kraju na początku swojej kariery także przeszedł defensywną szkołę Kazimierza Wiedro. Zresztą jeszcze na początku XXI wieku Huragan Nowa Święta na krótko się reaktywował. Zygmunt Kabatek, Franek Westphal i Kaziu Wiedro w towarzystwie m.in. Mariusza Wiedro byli wówczas najlepsi w rozgrywkach powiatowej grupy IV ligi, pokonując m.in. ekipy ze Sławianowa, Czernic i Starej Wiśniewki. Od tamtej pory zawodnicy kojarzeni z Huraganem coraz rzadziej pojawiali się przy pingpongowych stołach. Jednak w tym roku zarówno Z. Kabatek jak i F. Westphal biorą udział w rozgrywkach amatorskiej ligi tenisa stołowego. Pierwszy z nich narzeka, że wiek i zdrowie nie pozwalają już na szaleństwa i w związku z tym nie liczy na sukcesy w rozgrywkach indywidualnych. Mając jednak w pamięci siłę debla Huraganu zamierza powalczyć z kolegą w turnieju gier podwójnych. Warto jednak wspomnieć, że także w zawodach indywidualnych napsuli krwi wielu młodszym rywalom.
Dzisiaj tenis stołowy wygląda zupełnie inaczej, bardziej profesjonalnie. Czasami jednak brakuje tej spontaniczności i hartu, a po drodze znikł też entuzjazm i zainteresowanie tą piękną dyscypliną, która już nie przyciąga tylu kibiców. Dlatego warto pamiętać o Huraganie Nowa Święta.
[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Pan Franek jest nie do zdarcia. Gratuluję kondycji.
Pan Franek jest nie do zdarcia. Gratuluję kondycji.