Urodziłem się w rodzinie chłopskiej, kilka kilometrów od Kcyni. W powojennej biedzie, jakby na osłodę, pszczoły miało tam wielu gospodarzy. Także mój ojciec
– rozpoczyna tę historię pan Jerzy.
Ja pochodzę z tych stron. My też mieliśmy pasiekę. Od małego bardzo lubiłam tam zaglądać i w niej pracować. Już na poważnie zaczęłam pomagać ojcu zanim jeszcze skończyłam 10 lat
– dodaje pani Jolanta.
Ich drogi zeszły się w latach 60.
Ciągnęło mnie do czegoś innego niż praca w gospodarstwie. Dlatego postanowiłem pójść do liceum pedagogicznego, żeby uczyć się w zawodzie nauczyciela. Pracę rozpocząłem w 1962 roku po odbyciu zasadniczej służby wojskowej. Zaczynałem w Wydziale Oświaty i Kultury Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Wyrzysku. Pełniłem tam funkcję podinspektora szkolnego, a następnie zastępcy inspektora szkolnego, do czasu zlikwidowania powiatów. Słabo się zarabiało, więc żeby podreperować budżet trzeba było robić coś jeszcze
Reklama
– mówi pan Jerzy. Jedna z inspiracji na dodatkowy zarobek pojawiła się w dość nietypowych okolicznościach, bo podczas ślubu i wesela państwa Jaruzalów.
Inni w tamtych czasach uprawiali warzywa, owoce, a myśmy myśleli o pszczelarstwie, bo było nam bliskie. Gdy w prezencie ślubnym od naszego przyjaciela i pszczelarza Romana Rydelka dostaliśmy rójkę, nie było już odwrotu. Klamka zapadła!(uśmiech) Później dokupiliśmy kilka następnych rodzin pszczelich, istniejące rozmnożyliśmy i tak, jeszcze w Mrozowie, powstała pierwsza 19–pniowa, skromna pasieka, w której rzecz jasna wspólnie z mężem pracowaliśmy
– wspomina pani Jolanta.
Wkrótce później pojawiła się możliwość zmiany miejsca zamieszkania. Do Luchowa przyjechaliśmy w 1968 roku. Niemal od razu zapisałem się do miejscowego koła pszczelarzy. Niedługo później kilkakrotnie odwiedzał mnie Kryspian Pajor – ówczesny prezes tego zrzeszenia
– mówi pan Jerzy.
Oj, długo wtedy o pszczołach rozmawialiście
– wtrąca pani Jolanta, która zawodowo na 43 lata związała się z sekretariatem łobżenickiego liceum.
Kryspian poważnie chorował, miał problemy z sercem. Tak jakby coś przeczuwał, zapytał mnie podczas rozmowy: „Jurek, będziesz prezesem? Zastąpisz mnie? Chcę, żeby koło poszło w dobre ręce”. Zgodziłem się. On zmarł rok później. Było nas wtedy zapisanych w kole dziewiętnastu pszczelarzy
Reklama
– dodaje pan Jerzy.
Lata 70. i 80. to chyba jedne z lepszych okresów dla pszczelarzy pośród minionych dekad.
Był czas, że mieliśmy 220 uli
– mówi pani Jolanta.

- Ile rozmów było przy tej pracy, ile kłótni - śmieje się pani Jolanta. Do dziś jednak małżonkowie nie wyobrażają sobie, żeby przy pszczołach nie pracować razem
Wszyscy w okolicy produkowali wtedy dużo. Bardzo się to opłacało. Istniały spółdzielnie pszczelarskie i ogrodniczo–pszczelarskie, które ten miód odbierały, płaciły z miejsca gotówką i sprzedawały produkt dalej. Nasze koło organizowało wówczas zbiorcze dostawy większych ilości miodu do spółdzielni „Pasieka” w Toruniu
Reklama
– mówi pan Jerzy.
To były też czasy, gdy do Łobżenickiego Koła Pszczelarzy należało najwięcej, bo blisko siedemdziesiąt osób, które miały ponad 1400 pszczelich rodzin.
Powody takiego boomu były różne, nie tylko zainteresowanie pszczelarstwem, moda na nie. Jeden z nich to rządowe ograniczenia w zakupie cukru dla przeciętnego obywatela. Ale jeśli należało się do związku, pszczelarz otrzymywał przydział na cukier w ilości 12 kg na rodzinę pszczelą, z przeznaczeniem na zimowe uzupełnianie zapasów pokarmu w każdym ulu, a to już było coś w tamtych czasach
Reklama
– wyjaśnia pan Jerzy.
Organizowałem wtedy sporo szkoleń, z których wyszło niemałe grono pszczelarzy aktywnych do dzisiaj, w tym gronie jest m.in. były burmistrz Stanisław Jendrzejewski, Krystyna Kirschenstein, Krystyna Stanek, Jan Stanek, Edmund Szpotek czy Edmund Zdrenka. W pszczelarstwo wprowadziłem też śp. Wiesława Zycha, śp. Szczepana Piątka i śp. Leonarda Nełkę
– wspomina Jerzy Jaruzal.
Dla początkujących szkolenie praktyczne zaczynało się od tego, jak dobrze rozpalić podkurzacz.
Cała sztuka polega bowiem na tym, żeby dym nie był zbyt gorący, zbyt intensywny. Miał być taki jak w naturze. Pszczoły opuszczały swoje dzikie jeszcze przed wiekami gniazda w obliczu zagrożenia ogniem w lesie. Pierwszym sygnałem, że dzieje się coś złego i trzeba się ewakuować był dla nich łagodny dym. Gdy jest to natomiast żar – mocno się denerwują, stają się złośliwe. Te moje nauki mówiły też o tym, jak się do zbioru miodu przygotować, jak ubrać itd.
Reklama
– pan Jerzy talent pedagogiczny wykorzystywał nie tylko na uczniach w szkole, lecz również na pszczelarzach.
Trudno było jednak w tamtym czasie nie tylko o cukier, lecz o wszystko. Dlatego na potrzeby rozbudowy okolicznych pasiek pewnej zimy z koła wyodrębnił się specjalny zespół budujący ule.
Zespół ten tworzyli: mój mąż, jego brat Marian, szwagier Jan Stanek, Marek Kirschenstein i Szczepan Piątek . To wyglądało jak mała fabryka, tylko im obiady gotowałam. Spędzali na tym każdą wolną chwilę
– o sytuacjach sprzed kilku dziesięcioleci z uśmiechem opowiada pani Jolanta.
Drewno sosnowe udało się zakupić z tartaku w Kujanie. Trzeba było wymyśleć, jak je przewieźć do Luchowa, wysezonować i jak później zrobić z nich ule. O wszystkim trzeba było myśleć samodzielnie, bo nic albo prawie nic kupić nie szło. Miejscowy kowal i pszczelarz, Antoni Kotarak według dostarczonego wzoru wykonywał z kolei 10–plastrowe miodarki promieniste o napędzie elektrycznym oraz odpowiednie stoły do odsklepiania plastrów
– uzupełnia pan Jerzy.

Rok 1986 - dożynki gminne. Na platformie Jerzy Jaruzal (odwrócony tyłem) i Antoni Kotarak. Hasło przewodnie platformy - będą plony, chroniąc pszczoły
Chociaż pasieka państwa Jaruzalów jest już znacznie mniejsza niż jeszcze kilkanaście lat temu, to jednak małżeństwo nie wyobraża sobie, żeby pszczołami się nie zajmować.
Weszło nam to w krew przez te wszystkie lata. Ile rozmów przy tej pracy było, ile kłótni, ile użądleń. Przed uodpornieniem na jad pszczeli bywało, że ręce mieliśmy jak bułki
– wylicza pani Jola.
Nie ma dnia, żebym nie zajrzał do pasieki, nie sprawdził, czy wszystko jest w porządku. Dbam o nie, bo zasługują na to swoją pracowitością. Mówi się, że pszczoła kończąc swój żywot umiera, a nie zdycha, właśnie za tę jej pracowitość
Reklama
– dodaje pan Jerzy.
Wśród naszych dzieci następców nie mamy, ale jest szansa, że wciągnie się w to wnuk Hubert, bo z tego co obserwuję coraz bardziej zaczyna go to interesować. Miód za to chętnie je cała rodzina
– mówi pani Jolanta.
Przez te wszystkie lata nie złożyło się, żebym musiał do pasieki dopłacać, ale to nie robota dla każdego. Pszczelarz, jeśli ma być dobry powinien przejść przez trzy kolejne fazy: zaciekawienie, zainteresowanie i wreszcie zamiłowanie. Pszczoły trzeba pokochać. W prowadzeniu pasieki potrzebna jest też intuicja. Obecnie utrzymać pasiekę jest trudniej niż kiedyś, ze względu na chemizację rolnictwa. Wpływa na to także monolit w uprawie roślin. Z roku na rok liczba pszczelich rodzin maleje, a rola pszczoły jako zapylaczki jest w rolnictwie i sadownictwie nieodzowna, dużo ważniejsza od pozyskanego miodu. My pszczelarze bijemy na alarm: chrońmy pszczoły! Dobrze, że do naszego koła przychodzą nowi, młodzi ludzie. Jest więc szansa, że przetrwamy
Reklama
– uśmiecha się pan Jerzy.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze