- Niestety, sport jest skażony jak inne dziedziny życia. Ale ja nadal w sport wierzę - mówi komentator sportowy Tomasz Zimochem, z którym rozmawia Karol Zabel
Co się Panu u nas, na Złotowszczyźnie, podoba?
Wiele rzeczy. Jestem w tych terenach zakochany od wielu lat. Lubię ciszę, las, grzyby, ryby i dlatego tu przyjeżdżam. Mam dom w Ciosańcu i tam, można powiedzieć, ładuję akumulatory. Słyszałem, że można w tych okolicach spotkać wilki - bardzo chciałbym je zobaczyć w naturze.
Piłka nożna to ogromne emocje. Po 90-minitowej relacji przez kolejnych kilka godzin żyje Pan jeszcze komentowanym wydarzeniem?
Wie pan, ja wykonuję zawód, który kocham, ale jednocześnie chcę powiedzieć, że jest to zawód szalenie trudny, chociażby pod względem fizycznym. Po takim meczu boli mnie wszystko. Nie można zasnąć. To nie jest tak, że emocje szybko opadają. Ból fizyczny przechodzi przez całe ciało. Nim emocje się zresetują czy wyzerują potrzeba na to bardzo dużo czasu.
Środowisku sportowemu nie zawsze jest po drodze z dziennikarzami sportowymi, komentatorami. Zgadza się Pan z tym?
Tak? Ja aż takiego stanowiska nie zająłbym. Wszystko uzależnione jest od tego, aby nie przekraczać pewnych granic z jednej i drugiej strony. Fajny, mądry sportowiec nigdy nie obrazi się za słowa krytyczne. Jeśli to oczywiście nie jest krytykanctwo, lecz krytyka szczera, płynąca z serca. Jasne, są sportowcy, którzy obrażają się i nie chcą rozmawiać. Jestem na urlopie i czytam, że siatkarze po porażkach w lidze światowej nie chcieli rozmawiać z dziennikarzami. To jest absolutnie niezrozumiałe. Gdyby była solidarność dziennikarzy mogliby oni przez jakiś czas nie wychodzić do siatkarzy. Poza tym znam takich, którzy nie chcą udzielać wywiadów. Ja wyznaję zasadę, że w dziennikarstwie nie interesuje mnie prywatne życie sportowca. Dużo mówi się ostatnio o Agnieszce Radwańskiej i jej rozbieranej sesji. Dla mnie nie ma to znaczenia. To była jej decyzja i trzeba ją uszanować. Sport jest na tyle piękny i fantastyczny, prawdziwy, że można opisywać to co w sporcie jest najcenniejsze. Nie chodzi o sesje, nagie ciało i o to, kto ile ma
torebek. Mnie jako dziennikarza to po prostu nie interesuje.
Czy zdarzył się Panu komentarz, przez który miał problemy, nieprzyjemne sytuacje?
Nie. Może był taki, ale problemów nie było. Staram się być rzetelny i nie przekraczać pewnej granicy. Może pomaga mi w tym mój wyuczony zawód: jestem prawnikiem. Nie ma tak, że czegoś żałuję. Jestem krytyczny, wiem, że zawsze mogłem to zrobić lepiej, myślę, co można ulepszyć, poprawić i mam dystans do siebie.
Czyli gdyby nie został pan dziennikarzem byłby prawnikiem?
Pewnie tak. Zrobiłem aplikację, zdałem egzamin sędziowski. Praktycznie mogę wykonywać zawód sędziego, starać się o wpis na listę adwokatów. Mam pewne pomysły związane z prawem i może coś z tych pomysłów w przyszłość wyjdzie. Chociaż rodzice chcieli, żebym był lekarzem.
[[reklama]]
Perfekcyjny dziennikarz to taki, który łączy dwa elementy: jest ekspertem w swojej dziedzinie oraz potrafi przekazać ludziom emocje. Za takiego Pan się uważa?
Mam w sobie dużo pokory. Miałem fantastycznych nauczycieli w dziennikarstwie, że wspomnę tylko Zbyszka Wojciechowskiego. Oni byli świetnie przygotowani, wyuczeni do tego zawodu. Mieli olbrzymie zainteresowania, ukierunkowali mnie na wiele spraw. Nauczyli, co to jest dźwięk w radiu, co to jest w ogóle dziennikarstwo. Pamiętam o ich naukach, ale idę własną drogą. W dzisiejszych czasach, gdzie jest tak łatwy dostęp do środków masowego przekazu, internetu i informacji, każdemu się wydaje, że się zna na dziennikarstwie. Mówię to z lekkim przekąsem, ale jednocześnie uświadomia mi to, że jest wyzwanie i trzeba ciągle się uczyć, być na bieżąco ze wszystkim. Ubrać ten nieprawdopodobny, lawinowy przepływ informacji w komentarz. Poza tym nie chcę się w ogóle klasyfikować, a do tego pan mnie prowokuje.
Ulubiona dyscyplina?
Sport, nie mam ulubionej, inaczej traktowanej. Jasne, że lubię piłkę nożną, kolarstwo, narciarstwo, pływanie, gry zespołowe. Interesujące są szachy, wspaniały jest himalaizm u nas niedoceniany. Przybiła mnie śmierć Artura Hejzera, jednego z najwybitniejszych sportowców, który był bohaterem mojego reportażu w radiu. Dokonał wielu rzeczy i nie mówię tu tylko o zdobyciu ośmiotysięczników. W 1989 roku kierował akcją ratunkową podczas tragicznej wyprawy na Mount Everest, to dzięki niemu uratowano wtedy Andrzeja Marciniaka.To jest arcymistrzostwo świata, coś nieprawdopodobnego. Generalnie lubię sport, bo to jest coś nieprzewidywalnego. Jest taki ładunek emocji, a jednocześnie taki ładunek nieprzewidywalnych zdarzeń, których nic i nikt na tym świecie nie dostarcza.
Na czym Panu zależy w życiu?
Chcę wykonywać dobrze swój zawód, na miarę swoich możliwości. Nie lubię sztampy, powielanych wzorów i zawsze szukam nowych rzeczy. Mam sporo lat, ale ciągle chce mi się bawić dźwiękiem. Nawet jak przygotowuję 2-3 minutową relację. Kiedy przyszedłem dzisiaj na wywiad wpadły mi trzy pomysły na reportaż. Nie chcę, żeby zamykano mnie też tylko w roli komentatora. Bardzo lubię reportaż sportowy. Pomyślałem: dlaczego nie można by czegoś zorganizować tutaj na promenadzie: jakąś rywalizację sportową, klub dyskusyjny. W wakacje otworzyłbym klub sportowy, zapraszałbym gości. Może ktoś to podchwyci w Złotowie… Tak mnie uczono, żeby być rzetelnym i mieć innowacyjne pomysły. Dziennikarstwo to szeroki kanał i w jakiś komentarzach kij w mrowisko można wsadzić, niech trwa dyskusja.
Jest jedno zdarzenie, za które pokochał Pan to co robi?
Jest wiele fajnych przeżyć, fantastycznych przygód bezpośrednich. Wracam do Artura Hajzera. Kiedy przygotowywałem reportaż, nasze długie rozmowy... Byłem z nim umówiony na spotkanie jak wróci z wyprawy, ale cóż, życie tak się potoczyło i teraz za niego odmawiam Wieczny Odpoczynek i Zdrowaś Mario. Poza tym mecz Widzew - Broendby z różnych względów. Choćby dlatego, jak przyjęli to słuchacze. Transmisja żyła swoim życiem. Jestem dumny wewnętrznie, że towarzyszyłem Adasiowi Małyszowi, poznałem wielu ludzi, w tym mojego idola z dzieciństwa Ryszarda Szurkowskiego.
Sportowiec, który Pana zaskoczył to…
Lance Armstrong, bo za niego byłem gotowy położyć głowę pod gilotynę. Okazało się, że ABS trzeba włączać w swojej głowie i przeświadczeniu o nieograniczonej miłości do idoli. Żółte światełko powinno zawsze się palić. Wierzę jednak, że ten przypadek ocali kolarstwo, które porównałbym do skazańca, którego wyprowadzono na plac, na którym ma się go pozbawić życia. Pluton egzekucyjny stoi na baczność, by za chwilę odczytać wyrok. Kolarze są w roli takiego skazańca. Każdy kto będzie miał dopingową wpadkę nie sobie czyni największą krzywdę, ale całej dyscyplinę.
Może dożyjemy takich czasów, że na igrzyskach olimpijskich sportowcy przechodzić będą przez laboratorium i dopiero wpuszczeni będą na stadion, a jak skończą rywalizację to znowu pójdą do kolejnej kontroli i dopiero wówczas nastąpi weryfikacja wyników. Sport po prostu też jest skażony, jak inne dziedziny życia, chociaż ja nadal wierzę w jego czystość.
Czego obawia się Tomasz Zimoch?
Że ten świat będzie czarno-biały, w który ja osobiście nie wierzę. Świat ma być pełen kolorów, ma być radosny.
Kojarzy Pan takie nazwiska jak Paweł Fertikowski, Paulina Maj, Agnieszka Kasza-Bednarek, Jakub Wawrzyniak?
Jasne, że kojarzę, znam ich i o Złotowie również z nimi rozmawiałem. Złotów powinien być dumny z ich postawy.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze