Reklama

Indochiny. Relacja z ciekawego spotkania.

21/12/2015 13:10
W środę 25 listopada, na zaproszenie Złotowskiego Korpusu Ekspedycyjnego, do Magazynu z filmem z podróży przybyli Państwo Pe – miłośnicy niecodziennych rowerowych eskapad

Co zrobić, gdy do wykorzystania zostało jeszcze sporo dni urlopu, za oknem szaruga jesienna, a niebawem kolejna polska zima? Ciekawe rozwiązanie tego dylematu podsunęli Ania i Adrian, małżeństwo zapalonych cyklistów, które na miejsce życia i pracy oraz na swą bazę wypadową wybrali sobie Złotów. Państwo Pe (wolą, żeby tak ich nazywać), mieszkają tu już od 9 lat. Nie mając, póki co, zobowiązań rodzicielskich, poświęcają się wprowadzaniu w życie swoich rowerowych fantazji. I to nie byle jakich. Wyruszyli z Polski 28 listopada 2014 r., wrócili 29 stycznia 2015, co daje nam 63 dni na rowerową wyprawę życia. Przepedałowali 4260 km. Czy w 20-minutowym filmie, jaki zaprezentowali, można było streścić ich egzotyczną wyprawę, wszystkie dni spędzone w drodze? - Zostając w jednym miejscu dłużej niż noc przyłapywaliśmy się na nudzie. Ważniejszy od miejsc wydaje się być tu sam proces podróżowania - wyznali.

Reklama

Ludzie na Półwyspie Indochińskim są sympatyczni i przyjaźnie nastawieni

POCZĄTKI

Wspólne wyprawy zaczynali standardowo – polskimi drogami, trasą Świnoujście-Hel, lokalnymi szlakami rowerowymi, zaliczyli Góry Sowie, w tym roku Bory Tucholskie. To jednak nie wystarczyło Państwu Pe, zatem przemierzyli Transylwanię szosą transfogaraską (TransRomania). I to ich jednak nie usatysfakcjonowało, więc „zamiast trzymać się rzeczki” postanowili kreatywnie podejść do kolejnego urlopu i spełnić tym razem nieco bardziej egzotyczne marzenie… Padło na Półwysep Indochiński: Tajlandię, Kambodżę, Laos i Wietnam. Ze względu na uwarunkowania klimatyczne najdogodniejszym terminem na podróż w te rejony świata okazuje się być nasza zima - pokrywająca się z tamtejszą porą suchą.

Reklama

Chatka na plaży czasem pozwalała na w pełni komfortowy nocleg

THAM HIEM…

…czyli z wietnamskiego: wyprawa, to był kryptonim całej eskapady. Opisywać ją dzień po dniu? Trochę mija się to z celem. O tym, co widzieli i co ich spotkało w trakcie włóczęgi opowiadają już z pewnym dystansem, ale mimo to obraz Indochin, który przybliżają, to wciąż wielobarwny kalejdoskop wrażeń. Ludzie, których wspominają, byli sympatyczni. Przyjazne nastawienie to też po części efekt biedy, która rzuca się w oczy podróżując po prowincji. - Dzieci bawią się kałużami, do jedzenia jest garnek ryżu nagotowany na cały dzień – opowiadają cykliści. Państwo Pe, unikając jak ognia głównych turystycznych szlaków, mieli szansę zobaczyć trochę inną Azję niż ta, którą widujemy na folderach reklamowych z agencji turystycznych. – Termika na poziomie 38-40 stopni, gorąco i deszcz – wspomina Pan Pe. Wszędobylskie insekty, węże, pająki, gekony i agresywne psy to był ich chleb powszedni podczas przemierzania półwyspu. - Byliśmy brudni, ubłoceni, zmęczeni, gubiliśmy się, plany zmieniały się nam w drodze. Raz nawet nocowaliśmy w burdelu... – śmieją się. Sporadycznie korzystali też z pokojów w guesthousach czy bambusowych domkach przy plaży (jakieś 8-15$ za noc), jeśli zmierzch złapał ich akurat w okolicy takiego noclegu. Z opresji zawsze ratował namiot z moskitierą. - Wiedzieliśmy, że wkrótce zapadnie wieczór, ale jechaliśmy, nie wiedząc, gdzie będziemy nocować, czy w dżungli, czy na bagnie. Fajne wydaje się to teraz, kiedy się o tym mówi – dodaje Adrian.

Reklama

W Tajlandii noclegi znajdowali często w buddyjskich świątyniach. O tym, że przyjaźnie z tubylcami mogą też być ryzykowne, Państwo Pe przekonali się właśnie w jednej ze świątyń. Uroczy tubylec „pożyczył” sobie sakwę z rowerowymi akcesoriami. Stróże prawa w Azji nie okazali się zbyt pomocni. Największym atutem tamtejszej policji było bowiem poczucie humoru…Kwestia higieny też dawała się we znaki. Niekiedy podróż w nieustającym deszczu skutkowała opłakanym stanem psychofizycznym. Czasem glinianka wypełniona brunatną breją okazywała się łazienką. Żeby nie urazić gospodarza trzeba było wejść i skorzystać, wspomagając się wszechobecnymi na półwyspie szamponetkami. Ciężkie warunki do jazdy rowerem też mocno dawały się we znaki naszym bohaterom. - Kiedy w górach w Wietnamie przyszedł kryzys, to był moment, kiedy naprawdę chciałam wracać do domu – wspomina swoje chwile zwątpienia Ania. Czy Indochiny to bezpieczne miejsce dla turystów? Z tym bywa różnie. - Baliśmy się – przyznają szczerze - ludzie tam jeżdżą i nie wracają. Na internetowych forach można przeczytać jeżące włosy relacje z azjatyckich wypraw. Jednak zapytani, czy chcieliby jeszcze kiedyś powtórzyć swoją wizytę na Półwyspie Indochińskim, Państwo Pe oboje potwierdzają. – Kocham Kambodżę – wyznaje Ania – mogłabym się tam przeprowadzić!

KOMUNIKACJA

Często barierą we właściwym ocenieniu sytuacji bywa nieznajomość języka. –Porozumiewaliśmy się najczęściej na migi, przy pomocy zdjęć. Ogólnie panują tam inne normy dystansu interpersonalnego. Ciężko ocenić, czy ktoś ci grozi, a może ostrzega przed zagrożeniem. Formą porozumienia bywają też, jak wszędzie, łapówki, różnego rodzaju myta. Dobrego naciągacza nie trzeba tam długo szukać. Normalnym jest windowanie cen dla obcych, ale i z tym po jakimś czasie można sobie poradzić, kładąc „uczciwie” odliczoną sumę i nie wdając się w dodatkowe dyskusje ze sprzedawcą.

Reklama

Parasol może służyć również do ochrony przed zabójczymi upałami

KULINARIA

Jak wygląda prawdziwa azjatycka kuchnia? Spotykane po drodze jadłodajnie serwują egzotyczny mix mięs, warzyw, ryb i ryżu. Pierwsza rzuca się w oczy nieobecność pieczywa. Podróżnicy wiele razy natknęli się na różnego rodzaju kulinarne dziwactwa, co nie raz i nie dwa powodowało rewolucje żołądkowe. Adrian wspomina pianki z krwi napotkane w Wietnamie.

- Rybia wątroba? – zastanawiał się – Nie, to krew ugotowana na parze, a potem pokrojona w zmyślne kawałeczki. – Całkiem smaczne – dodaje Pan Pe.

Reklama

Zdarzyło się też podróżnikom spróbować słynnego azjatyckiego specjału, czyli mięsa psiego.

- Raz chyba nieświadomie jedliśmy - przyznaje Adrian. – Mnisi mówili że jada się tylko czarne psy, podobno są najsmaczniejsze. Cóż, azjatycka kuchnia jest pełna niespodzianek. Wiele rzeczy można tam kupić w plastikowych woreczkach, począwszy od zupy, po rybki akwariowe.

KOSZTY

Wydatki podczas takiego przedsięwzięcia to głównie przelot, bo rowery też mają swoje bilety, nierzadko droższe od ludzkich. Fundusze pochłaniają też wizy i oczywiście części rowerowe, bo dętki podczas takiej wyprawy psują się regularnie. – Na szczęście uniknęliśmy poważniejszych kłopotów – mówią – i poza podstawowymi naprawami wydatków wielkich nie było. Co do rowerów - jaki bicykl wziąć ze sobą w taką podróż? Jednoślady dostają niezły wycisk, również podczas transportu. Warto przemyśleć, czy kupić drogi, wytrzymały sprzęt, czy raczej produkt „z marketu”, który można zajeździć bez większego żalu. Państwo Pe podróżowali rowerami ze średniej półki i udało im się z nimi wrócić do Polski bez większego uszczerbku.

Reklama

ALTERNATYWNE ŚRODKI LOKOMOCJI

Podróże nierowerowe, czyli na pace pick-up’a czy eleganckim suv’em z parą biznesmenów były tylko krótkimi przerwami w pedałowaniu. Ekscytująca przejażdżka rozklekotaną ciężarówką szalonego kierowcy w górach w Wietnamie, droga przebyta niby-autobusami w Kambodży, na niby-promach pływających po Morzu Południowochińskim czy autobusem w Laosie, zawsze wymuszone były jakimiś nieprzekraczalnymi okolicznościami. Raz przeszkodą była niekończąca się ulewa, dziura w dętce, innym razem znów tunel, niedostępny rowerzystom. Czasem utrudniał wiatr fenowy, czyli popularny u nas halny, czasem góry i perspektywa wielogodzinnej rowerowej wspinaczki czy choćby rozległe rozlewiska Mekongu.

W ŚRODĘ NAS NIE BĘDZIE

W życiu Państwa Pe pojawił się ostatnio dodatkowy urlop do wykorzystania. Jak łatwo się domyśleć, nie zamierzają go spędzić na oglądaniu telewizyjnych tasiemców w zaciszu domowego ogniska. – W środę nas nie będzie. Tym razem wybieramy się do Sri Lanki, na cztery tygodnie. Ten projekt urlopowy nosi nazwę Gamana, co po syngalesku oznacza po prostu podróż. - Mieliśmy mało czasu na przygotowania, ale damy radę – zapewniają. - Mamy teraz honorowy patronat burmistrza Złotowa i Złotowskiego Korpusu Ekspedycyjnego – zdradzają. Wystarczy już się tylko spakować!

Reklama

Czy Państwo Pe wyobrażają sobie podobne, karkołomne wyprawy w pojedynkę? Patrzą po sobie, jakby to było najdziwniejsze pytanie na świecie i szybko odpowiadają - Nie, po co? Owszem, zdarza się, że czasem syndrom wspólnego podróżowania daje się nam we znaki, bo odpowiedzialność za siebie jest podwójna. Ludzie jeżdżą, żeby sobie coś udowodnić, a my, żeby fajnie spędzić razem czas.

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama