Reklama

Jak Gramowie ubierali Złotów

17/11/2017 18:30
Po trzech dekadach działalności w odzieżowej branży wspominają lata pracy, współpracowników i klientów

Jest 13.30. Na zapleczu swojego sklepu Waldemar Gram kończy właśnie rozgrywaną przez internet partię brydża.

Jeszcze chwila i możemy spokojnie porozmawiać

– oznajmia przed wykonaniem ostatnich kliknięć. Do pomieszczenia wchodzi jego małżonka. Uśmiechnięta pani Barbara przyznaje, że męża nie tak łatwo oderwać od karcianej pasji. Nawet w trakcie pracy. Gdy nie ma klientów niemal każdą wolną chwilę wykorzystuje na rozgrywkę. Z przerwami na palone namiętnie papierosy.

W przyszłym roku minie trzydzieści lat, jak z małżonką prowadzą w Złotowie odzieżowy biznes. Trafili do niego przez znajomych, którzy parali się tym zajęciem, ale wyjechali do Poznania i szukali kogoś, komu mogliby przekazać działalność.

Reklama

Z zawodu jestem pielęgniarką. Wykształcenie zdobyłam w latach 60–tych w Pile. Pracowałam w naszym szpitalu. W 1973 roku w Złotowie zakładałam też opiekę nad chorymi w domu. Zajmowałam się tym przez pięć lat. Jako kierowniczka miałam pod sobą zarówno pacjentów jak i siostry Polskiego Czerwonego Krzyża. Wie pan, ja zawsze uwielbiałam pracować z ludźmi

– deklaruje niemal nieustannie uśmiechnięta kobieta.

Ja byłem w tamtym czasie zaopatrzeniowcem w Spółdzielni Rzemieślniczej Krajna. Głównie od wyrobów hutniczych, narzędzi i takich tam

Reklama

– wspomina małżonek. Prawie zawsze przyodziany w barwną odzież.

Mąż lubi takie żywe kolory

– pani Barbara spogląda na założony dzisiaj żółty sweter.

Były pieniądze, nie było towaru

Sklep przejęli w 1988 roku. Mieścił się na Wojska Polskiego.

To był przypadek

– przekonuje Waldemar Gram.[[pay]]

Jakoś tak nas sobie upatrzyli. Byliśmy ich klientami. Wcale nie chcieliśmy tego sklepu

– dodaje pani Basia. W końcu ulegli.

Ja zarabiałem dobrze jak na tamte czasy. Żona trochę gorzej, dlatego postanowiliśmy, że ona go przejmie. Tyle że wtedy pielęgniarek nie można było zatrudniać w innym zawodzie. Jedyna możliwość była taka, że zwolnię się z pracy i jednak ja go przejmę

Reklama

– opowiada.

W sumie było sporo chętnych na ten sklep. Komuna na dobre upadała, wielu chciało handlować

– przyznaje B. Gram.

Wzięliśmy go i po latach trzeba przyznać, że nie ma czego żałować. Choć początki były ciężkie. Były pieniądze, a nie było towaru. Trudno było dostać się do producentów. To były czasy, kiedy nie mówiło się, że się kupuje tylko załatwia

– podkreśla niski, drobnej postury mężczyzna.

Towaru na początku było naprawdę niewiele. Mało było prywatnych producentów

– Gramowie nabywali go głównie w Poznaniu, wspomniani znajomi przekazali im kilka kontaktów.

Reklama

Złote lata 90–te

Małżonkowie przyznają, że dość szybko zaczęły być z tego solidne pieniądze.

Były, ale w kontekście dalszego handlu nie za dużo dawały. Jechałem po towar, a większość pieniędzy przywoziłem z powrotem. Na początku sprzedawaliśmy głównie koszule. Dostawałem ich około pięciuset tygodniowo, ale na tamte czasy to było nic, starczało na zaledwie trzy dni handlu

– Waldemar Gram przypomina, że w tamtym czasie rynek nie do końca był jeszcze uwolniony.

W pierwszych latach działalności chodziła jeszcze inspekcja robotniczo–chłopska. Sprawdzała stan zgodności tego co na sklepie z fakturami. Praktycznie każdy towar był reglamentowany

Reklama

– dodaje, że narzucanie marży też było ograniczone.

Nie można było naliczyć zbyt dużej, ale mniejsza też nie mogła być. Kolega załatwił sobie skarpety i sprzedawał je taniej niż były w sklepach. Od razu ktoś uprzejmie doniósł, no i miał kolegium.

Z czasem rozrastała się złotowska konkurencja, a Gramowie dalej robili swoje. Po latach radzili sobie również z lumpeksami.

Nigdy nie mieliśmy powodów, żeby narzekać na brak pieniędzy, ale swoje też nas to kosztowało. Przez pierwsze pięć lat działalności nie mieliśmy ani jednego dnia wolnego. Pracowaliśmy dzień w dzień, łącznie z niedzielami

Reklama

– wspomina pani Barbara.

Co najmniej dwa razy w tygodniu trzeba było jechać po towar. Teraz nie ma konieczności, na przesyconym rynku producenci sami szukają zbytu

– dodaje jej małżonek. Praca owocowała, a wraz z latami 90–tymi nastał złoty czas odzieżowego biznesu Gramów.

Po płaszcz z Poznania

W kulminacyjnym momencie małżeństwo miało sześć sklepów. Na Wojska Polskiego, na Westerplatte (jedyny, jaki pozostał), dwa na hali targowej i po jednym w Chojnicach i Człuchowie.

Nie wypalił tylko Człuchów. Najpierw mieliśmy w Chojnicach, ale zauważyliśmy, że przyjeżdża tam sporo osób z Człuchowa, dlatego tam również otworzyliśmy. Dziwne miasto, ludzie i tak woleli jeździć do Chojnic, stąd po około roku zamknęliśmy Człuchów.

Reklama

Interes kręcił się dobrze, z czasem ich sklepy zaczęły oferować coraz pełniejszy asortyment, aż nie było właściwie rzeczy, której nie można było w nich dostać. Przez moment Gramowie poszli również w obuwie.

Weszliśmy w ten temat w spadku po moim bracie. To był czas, gdy z towarem było już trochę lepiej

– mówi pan Waldemar.

Mieliśmy też szczęście do tych, z którymi współpracowaliśmy. Lubili nas, chyba nawet mieliśmy u nich fory

– przyznaje z uśmiechem pani Barbara. Gramowie mają poczucie, że przez trzy dekady swojej działalności realnie współtworzyli złotowski rynek odzieżowy.

Reklama

Do teraz mamy stałych klientów. Zdarza się, że kupują u konkurencji, ale nawet jeśli, najpierw i tak przychodzą do nas. Swego czasu niektórzy przyjeżdżali nawet z Poznania. Opłacało im się, bo te markowe rzeczy mieliśmy znacznie tańsze niż u nich nawet o kilkaset złotych

– w jej pamięci zostały m.in. wyższej jakości płaszcze.

Tylko u siebie

Te tańsze sprzedawali w tamtym czasie po 300–400 zł. Lepsze za około 1200 zł, a w Poznaniu i tak były one znacznie droższe. U Gramów kupowali je nie tylko przyjezdni. Pani Barbara do dzisiaj pamięta miejscową klientkę, która weszła z zamiarem nabycia tańszego płaszcza, po czym wyszła ze sklepu, a gdy wróciła oznajmiła, że bierze ten droższy.

Reklama

Tak jej się spodobał, że nie mogła odpuścić, musiała go mieć. Wyszła, żeby pożyczyć pieniądze, wróciła i kupiła.

Generalnie w droższą odzież raczej nie wchodziliśmy. Prawda jest taka, że modę na złotowskim rynku przez lata dyktował zasadniczy warunek: cena. To chyba charakterystyczne dla mniejszych miast. Próbowałem kiedyś handlować z Bytomiem, chodziło o garnitury. Po kilkukrotnych namowach dałem się przekonać i wziąłem kolekcję. Postawiłem warunek: jeśli przez miesiąc sprzedam 30% to będziemy współpracować. Nie sprzedałem nawet 10%.

Reklama

Kto w tym małżeństwie decydował, jaki towar trafi na półki i wieszaki?

Tak naprawdę modę dyktowali producenci na podstawie obserwacji rynku. Nasz gust też był kształtowany tym, co widać na ulicy

– przyznają.

Mody były różne. Jedne nam się podobały mniej, inne bardziej. To nie miało jednak znaczenia. Decydował klient

– podkreśla Barbara Gram.

Ja miałam główny głos w sprawie żeńskiej odzieży, mąż w przypadku męskiej

– przyznaje też, że jej samej zdarzało się kupować dla siebie odzież w innych sklepach. Pan Waldemar?

Nigdy. Brałem do sklepu przede wszystkim ten towar, który mi się podobał. Dlatego nie szukałem go gdzie indziej.

Setka pod skrzydłami

Klienci to osobny rozdział tej historii.

Zdarzali się toksyczni, ale zdecydowana większość to mili ludzie. Klienta trzeba wyczuć. Nie każdy lubi żeby go pytać, męczyć. Wolą spokojnie pooglądać. Prawdą jest, że panie bardziej skłonne są do wydawania większych pieniędzy na coś, co się im podoba. To one decydują też o tym, co będzie nosił małżonek

– mówi pani Barbara. Po raz drugi w trakcie rozmowy podkreśla, że bardzo lubi ludzi.

Uczennice i pracownice często powtarzały mi, że zawsze potrafię powiedzieć swoje. Z uśmiechem, ale powiem

– wspomina wypowiedzi podwładnych. Gramowie twierdzą, że zawsze starali się dbać o dobrą atmosferę w firmie.

Nie kłóciliśmy się, nie byliśmy rygorystyczni.

Pod ich skrzydłami przewinęła się łącznie około setka podwładnych: jakieś trzydzieści pracownic i siedemdziesiąt uczennic.

Do dzisiaj mamy z niektórymi dobre relacje. Zdarzało się, że dziewczęta zapraszały nas, nawet po latach, na ślubne uroczystości.

Nawet gdy ludzie robili im pod górkę, starali się nie odpłacać złośliwością.

Różne były tutaj historie. Kradzieże też się zdarzały. I wśród uczennic, ale przede wszystkim przez klientów

– sięgając w pamięć przypominają sobie nieliczne jednak przypadki, gdy kupującego udało się przyłapać na gorącym uczynku.

Ani pracownice, ani uczennice nigdy nie musiały płacić za takie straty

– podkreśla małżonka.

Gdzie kamizelka?

W pamięci Gramów został też okres z początku lat 90–tych, gdy kupujący byli szczególnie uprzywilejowani.

To był czas, kiedy klient zawsze miał rację. Miał prawo zwrotu towaru bez podania przyczyny. Wystarczyło, że się nie podobało

– małżeństwo przyznaje, że z prawa takiego szczególnie korzystały panie.

Brały w sobotę jakąś sukienkę lub bluzkę, a po weekendzie przynosiły informując, że się rozmyśliły

– Gramowie przyznają, że największy problem był z obuwiami.

To był główny powód, dla którego zrezygnowaliśmy z ich sprzedaży. Zdarzały się nawet takie osoby, które nosiły buty przez cały zimowy sezon, po czym przychodzili wiosną, że zwracają. Czepiali się dosłownie najmniejszych szczegółów

– pan Waldemar przyznaje, że podobne praktyki stosowano po wiosenno–letnim sezonie, gdy rozpoczynała się jesień.

Matka kupiła kozaki córce. Były dostępne skórzane, ale wzięła z innego materiału. No i przyszły, że przemakają. Wziąłem na sprawdzenie, wstawiłem na całą noc do wanny z wodą. Rano nie było żadnych przecieków. Na drugi dzień żona musiała zasugerować dyskretnie, że jakaś choroba, czy coś…

– miłej dla klientów kobiecie niezręcznie było powiedzieć, że dziewczynie najzwyczajniej pocą się nogi i nie może chodzić w obuwiach ze sztucznego materiału.

Inny pan przyszedł kiedyś na zakupy i rozczarowany pyta: to nie szyją już garniturów z kamizelkami? Są tacy, którzy takie zakupy robią raz na piętnaście lat.

Dziękujemy

W tym małżeństwie, ani prywatnie, ani służbowo, nigdy nie było ponoć rywalizacji.

Jakoś tak zawsze się zgadzamy. My właściwie się nie kłócimy

– nachodzi refleksja panią Barbarę.

To też duże osiągnięcie jeśli wziąć pod uwagę, że od trzydziestu lat przebywamy ze sobą niemal 24 godziny na dobę

– dodaje W. Gram. Zbliżają się do chwili, kiedy trzeba będzie podjąć decyzję o rezygnacji z biznesu.

Ten artykuł chcemy potraktować jako możliwość podziękowania naszym współpracownikom, a przede wszystkim klientom. Bez nich nie byłoby sklepów

– zaznaczają, że takie zdanie koniecznie musi znaleźć się w tekście. Kiedy definitywnie wycofają się z branży?

Na pewno nie w tym roku. Kiedy dokładnie, trudno w tej chwili określić. Póki co szukamy solidnej osoby, która chciałaby to przejąć

– przyznają, że już wiedzą, iż będzie im brakować wieloletniego zajęcia.

Mnie wcale się do tej emerytury nie spieszy. Mogłabym tutaj jeszcze długo pracować

– przekonuje pani Basia.

Ja też trochę boję się tego czasu, gdy nie będzie obowiązków. Nie mam działki i nie lubię takiego zajęcia, więc nie wiem, co będę robić

– wtóruje małżonek. Na pewno będzie grać w brydża.

Niewielu pewnie wie, ale pani Barbara również podziela tę pasję, choć w zdecydowanie mniejszym stopniu niż mąż. Ten gra w brydża od ponad pięćdziesięciu lat, to jeden z najstarszych stażem brydżystów w mieście. 

W sumie to zaraziłem żonę brydżem na początku naszej znajomości

– wspomina. Pan Waldemar poświęca grze około pięciu godzin dziennie, przede wszystkim na internetowe rozgrywki. Największe sukcesy…

Dwukrotne drużynowe mistrzostwo Polski Wojska Polskiego i dwukrotne wicemistrzostwo, to były otwarte zawody. Podobnie jak mistrzostwa Polski nauczycieli, na których reprezentowałem złotowską zawodówkę, gdzie zdobyłem indywidualne mistrzostwo. Po tylu latach nauki zawodu w pewnym sensie czuję się nauczycielem, mam zresztą pełne kwalifikacje

– podkreśla, wspominając osiągnięcia. Gdy Gramowie faktycznie zamkną już sklep, będą mieli znacznie więcej czasu na wspólne partie.[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    M.O. - niezalogowany 2017-11-18 19:10:56

    Powodzenia w życiu i w handlu. Tak trzymajcie. Życzy koleżanka z dzieciństwa ale nie ze Złotowa. PozdrawiaM. To moja pierwsza litera imienia. Kuzynka Gabrysia też się dołącza.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    piotr - niezalogowany 2017-11-18 17:41:01

    Bawo panie Waldku !!!!!!!!!!

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości