Reklama

Jak Państwo Pe zdobyli Indie? Oczywiście na rowerach!

04/02/2018 18:00
Anna i Adrian Pozierakowie, czyli w skrócie Państwo Pe, to zgrany team doświadczonych poszukiwaczy przygód na dwóch kółkach. O tym, dlaczego najlepiej być krową opowiedzieli nam po swojej szalonej eskapadzie na Półwysep Indyjski

Indie to olbrzymi kraj. Co udało się Wam zobaczyć w trakcie 6 tygodni beztroskiego pedałowania?

Lądowaliśmy w New Delhi i od razu mielimy wsiadać na rowerki w kierunku Morza Arabskiego. Niestety nasze pojazdy i sakwy nie wylądowały z nami, więc zmuszeni byliśmy zostać 2 dni w stolicy. Do wybrzeża finalnie nie dojechaliśmy, ponieważ Radżastan tak nas urzekł, że w Gujarat’cie byliśmy w zasadzie tylko chwilę i pojechaliśmy znów na północ, w kierunku rejonów pustynnych. Pedałowaliśmy każdego dnia, czasami więcej, czasami mniej. Nie mieliśmy jakiegoś konkretnego dziennego założenia, chcieliśmy po prostu zobaczyć jak najwięcej, poznać ludzi, kuchnię, poczuć klimat. Wyprawa to ten okres, kiedy jesteśmy panami swojego czasu. Nieraz po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów znajdowaliśmy nocleg i eksplorowaliśmy miasto/miasteczko/wieś, gdzie zostawaliśmy, a czasami przejeżdżaliśmy ponad 100 km i szukaliśmy noclegu na chwilę przed zmierzchem. W sumie przepedałowaliśmy 2000 km.

Reklama

Krowy w Indiach otoczone są wyjątkową czcią

Dlaczego Indie? Czego tam szukaliście?

W zasadzie to od Indii wszystko miało się zacząć. Kiedy nabyliśmy sakwy i cały szpej wyprawowy, to właśnie Indie były naszym pierwszym wyborem. Niestety musieliśmy z niego zrezygnować, ponieważ na stronie Ministerstwa (i nie tylko) były ostrzeżenia przed wyborem tej destynacji z powodu np. zbiorowych gwałtów na turystach… Jednak po kilku wyprawach powróciliśmy do tej idei.

Wróciliście cali i zdrowi, czyli nie żałujecie?


Czytasz artykuł premium. Pozostało jeszcze 92% tekstu
Zostań stałym Czytelnikiem. Zaloguj się i subskrybuj treści portalu [[pay]]

We wszystkich krajach, które wcześniej odwiedziliśmy mówiono nam, że mamy uważać na zwierzęta. Tutaj usłyszeliśmy, że mamy uważać przede wszystkim na złych ludzi. Raz policja w środku nocy kazała nam załatwiać sobie transport do innej oddalonej o ponad 20 km miejscowości, gdyż nawet oni nie byli w stanie zapewnić nam bezpieczeństwa w tym rejonie. Pobyt w Indiach ogólnie był bardzo ciężki. Było brudno, głośno, tłoczno i męcząco. Nie mieliśmy nawet chwili dla siebie, bo gdzie tylko się pojawiliśmy, otaczały nas całe chmary ciekawskich tubylców. Z czasem mieliśmy już dość pytań, które tak naprawdę wynikały z troskliwości i życzliwości: czy jedliśmy, czy piliśmy, czy jechaliśmy, czy odpoczywaliśmy, czy mamy wodę, jedzenie itp. Wszędzie nas obserwowali, dotykali, zagadywali, a gdy pedałowaliśmy, to i tak na motorkach wciąż ktoś dotrzymywał nam towarzystwa i gadał, gadał i gadał – oczywiście w Hindi, nic sobie nie robiąc z tego, że nie rozumiemy. Po jakimś czasie przyszło potworne zmęczenie. Aż zaczęliśmy się zastanawiać, po co to sobie robimy? Wieczne zmęczenie, pedałowanie, zatrucia, niecodzienne sytuacje, niebezpieczeństwo, strach, permanentne poczucie niepewności...

Reklama

Smak przygody bywa cierpki, jednak po drodze czekają też rarytasy...

Zostaliśmy totalnie zaskoczeni hinduską gościnnością. W każdym kraju ludzie byli dla nas życzliwi, pomocni, przyjacielscy, ale ludzie w Indiach czasami wręcz przesadzali, najchętniej zagłaskaliby gościa na śmierć. Indochiny kojarzymy ze wspaniałym jedzeniem, mnichami, Sri Lankę z bajecznymi plażami, Afrykę z przepiękną pustynią i niepowtarzalnymi krajobrazami, a Indie to właśnie życzliwość. Śmiało możemy powiedzieć, że kraj ten można przebyć prawie bez pieniędzy. Każdy chciał nas częstować jedzeniem, wodą, herbatą, każdy chciał pomagać we wszystkim. W innych krajach spotkani przez nas ludzie byli bardziej nieśmiali i wycofani. Już drugiego dnia naszej wyprawy poznaliśmy Rahula, który nas ugościł i wyprawił nam prawdziwą ucztę, no i musieliśmy zostać też koniecznie na śniadaniu i poznać wszystkich jego przyjaciół. Takich uczt mieliśmy naprawdę sporo. W ogóle przez dużą część naszej wyprawy byliśmy w gościnie, a namiot leżał w sakwie. Po naszych wcześniejszych wyprawach mamy już opracowane patenty na wszelakie noclegi i zawsze staramy się być blisko ludzi. W Indiach spaliśmy zazwyczaj w gościnie, na stacjach benzynowych, w świątyniach, w szkołach, ale mieliśmy też kilka noclegów na dziko. Jak już byliśmy zmęczeni goszczeniem się zostawaliśmy w guesthausach.

Reklama

Hindusi okazali się nad wyraz pomocnymi i przyjacielskimi ludźmi

Co przywieźliście z wyprawy do Indii?

Przede wszystkim wspomnienia. To cargo nielimitowane. Wspomnienia zostają na zawsze i… nic nie ważą. Sporo ważą zdjęcia i nagrania – wiele, wiele gigabajtów. Na pamiątki nie było zbytnio miejsca w naszym limicie bagażowym. Pamiętamy nadal kilka słów w hindi, choć umiejętność wypowiedzenia i zaintonowania ich w sposób zrozumiały dla autochtonów to naprawdę trudna sztuka. Ale np. powitanie rozumie każdy. „Namaste”, czyli tradycyjne hinduskie powitanie, to słowo, które towarzyszyło nam każdego dnia, a jego melodyjność wciąż ożywia w nas wiele wspomnień. Każda kolejna podróż zmienia i ubogaca optykę. Dzięki wyprawom nabieramy dystansu do siebie, do świata, a przede wszystkim „naszokulturowego” pędu do posiadania. Mimo wszystko pozwoliliśmy sobie na kilka namacalnych pamiątek, z czego część i tak jest dość ulotna, bo to przyprawy i kadzidła. Do tego trochę etnicznej biżuterii, pandżabskie spodnie salvary (podobne do osiągalnych u nas tzw. „alladynek” czy szarawarów). No i trochę piasku z obrzeży pustyni Thar wsypanego w biżuteryjne baryłki. Zabrzmi to tanio i banalnie, ale to, co od razu narzuca się przy tym pytaniu, to prawdziwi przyjaciele. Może nie setki, tysiące, ale kilku. Z niektórymi z nich jesteśmy w codziennym kontakcie. Bhupi i Dew „opiekowali” się nami przez sporą część podróży. Wielokrotnie natykaliśmy się na problemy komunikacyjne, bo mało hindusów mówi po angielsku. Smartfonowy tłumacz na hindii nie zawsze się sprawdzał, bo nie wszyscy porozumiewają się w hindi. Każdy dystrykt ma swój własny język, wprawdzie do hindi podobny, ale nie zawsze zrozumiały. A Bhupi poza hindi i angielskim mówił także w gujarati, rajastani, panjabi i jeszcze chyba w trzech innych lokalnych. Zatem telefon do przyjaciela wielokrotnie otwierał nam drzwi i załatwiał nocleg u autochtonów. Stale także mamy kontakt z Rahulem i kumplami z farmy granatów, od których dostaliśmy sadzonkę drzewka sweet naam, potocznie zwanego drzewkiem curry.

Reklama

I tak niepostrzeżenie dotarliśmy do jednego z Waszych ulubionych tematów... czyli kulinariów.

Oczekiwaliśmy tego, że indyjskie jedzenie nas zaskoczy… i rzeczywiście tak było. Zaskoczyła nas przede wszystkim mała różnorodność potraw osiągalnych w „restauracjach”. Wiadomo, że w dużych aglomeracjach było tego więcej, pierożki z pary, smażony ryż itp. Ale w rejonach, w których my podróżowaliśmy spektrum osiągalnej żywności dla „białasów” nie było porażające. Chapati [okrągłe cienkie placuszki z przaśnego ciasta z mąki pszennej – red.]na śniadanie, obiad, kolację plus kilka rodzajów sosów i curry. Do tego miejsca, gdzie można kupić samosy, nadziewane smażone papryki chilli, pakory, czasami coś na kształt falafeli. Rodzajów placków było kilka, czasami pieczone na ogniu, czasami w głębokim tłuszczu, z dodatkiem ziemniaków lub chilli. Wbrew powszechnie panującej opinii indyjska kuchnia nie jest aż tak ostra, za to pełna kminu i kolendry. Kminu dodaje się tu nawet do solonego lassi. Pikle z mango wprost wmiatają pod stół, a własnoręczne „przyklejanie” placka do ścianki pieca tandoori to wspomnienie na całe życie. Nigdzie nie znaleźliśmy miejsca, gdzie można by nabyć gotową potrawę z mięsa. W ciągu sześciu tygodni mięso jedliśmy dwukrotnie – niesamowite curry z kurczaka u Rahula i wspólnie przygotowana potrawa z długo duszonej koźliny, z ogromem czosnku i przypraw. Ale największe bogactwo kuchni odnajdywaliśmy... w domach. To właśnie goszczeni przez ludzi dostrzegaliśmy jak „ubogi” jest hinduski street food – znane nam z jadłodajni danie, jedzone u kogoś w domu zawsze było pełniejsze, bogatsze w aromaty i smaki.

Indie to wszechobecny kult bożków, zwierząt, krów, słoni a nawet szczurów?

Szczury są tam po prostu jak zwierzątka domowe, nikogo nie dziwią, nikogo nie brzydzą. Natomiast krowa... jest jak matka. Krowy są wszędzie, noszą koraliki i wieńce, nic nie może się im stać. Bardzo często ludzie zatrzymywali nas byśmy zrobili zdjęcie… ich krowom. Pędzący samochód prędzej potrąci pieszego, rowerzystę, uderzy w inny pojazd, aniżeli w krowę. W zasadzie można by dojść do przekonania, że chcąc być bezpiecznym na drodze najlepiej być krową.

Reklama

Pani Pe i niekończące się grono śniadych adoratorów

W internecie furorę robią filmiki z indyjskich rond.

Ruch drogowy w Indiach to kompletny chaos, nikt chyba nie używa lusterek, które zresztą wielokrotnie są poutrącane, ani kierunkowskazów. Za to klakson to chyba ukochana przez hindusów funkcjonalność samochodów: trąbieniem poprzedzony jest każdy manewr, nawet zbliżanie się do zakrętu. Na drodze każdy uważa na wszystko przed sobą i obok siebie. To co za pojazdem się nie liczy – to on musi uważać. Pasy ruchu to pojęcie względne – tam gdzie my, europejczycy zmieścilibyśmy dwa pojazdy, hindusi mieszczą po 4. No i sprawa najważniejsza – na drodze większy ma pierwszeństwo. Pomijając krowy, ale one mogą wszystko.

Reklama

Najmocniejszy akcent listopadowo–grudniowej wyprawy?

Pewnego dnia, na jakieś dwie godziny przed zmrokiem zaczęliśmy rozglądać się za noclegiem i spostrzegliśmy, że nie mamy saszetki z całym naszym dobytkiem – paszporty, pieniądze, awaryjny pakiet USD, karty kredytowe – dosłownie wszystko zostało pod materacem w hotelu. Na każdej z naszych wypraw rozdzielaliśmy dokumenty i pieniądze po różnych sakwach, właśnie po to, aby uniknąć utraty wszystkiego naraz. Tym razem zrobiliśmy sobie na przekór. Podjechaliśmy więc na mijaną wcześniej stację benzynową. Niestety nikt nie znał języka angielskiego. Translator też się nie przydał, bo panowie nie znali naszych liter, tylko swoje „szlaczki”. W końcu przypomnieliśmy sobie, że mamy znajomego z Polski, który pracuje w konsulacie w Delhi. Poprosiliśmy go, aby zadzwonił do feralnego guesthouse’u lub lokalnej policji i poprosił o odłożenie saszetki do naszego powrotu. W odpowiedzi usłyszeliśmy, że absolutnie nie, bo jak tylko „lokalsi” się dowiedzą, to na pewno już tego nie odzyskamy. Musieliśmy jak najszybciej wracać. Niestety, w stresie nie mogliśmy przypomnieć sobie nazwy tej miejscowości. Bezskutecznie szukaliśmy na mapie. W końcu jakoś udało nam się wpaść na właściwy trop. Musieliśmy „tylko” zorganizować samochód, który zabrał by nas z rowerami. Po kilku godzinach udało się. Pojazd nie miał okien, drzwi, kierowca jechał jak szalony, po piachach, rowach, wyschniętych rzekach, z muzyką włączoną na maksa, z alkoholem w dłoni, cały czas błądząc i pytając o drogę. Byliśmy przerażeni. W końcu po wielu godzinach dotarliśmy i z ulgą znaleźliśmy nasze rzeczy… Ale stresik był.
Rozmawiał Leszek Chełmowski

[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama