Teofil Bloch wezwanie do odbycia służby wojskowej dostał w maju 1943 roku – do Szczecina. W tej samej kompanii rekrutów było kilku jego znajomych ze wsi i okolic. Pewnego dnia na ćwiczeniach musztry, w których to czołganiem przez wodę, biegiem i krzykiem uczeni byli posłuszeństwa, Teofil chwycił karabin za lufę i zamierzył się na podoficera. Ganiał go po poligonie, przez błota i wodę, tak że podoficer rozpaczliwie wołał o ratunek. Żołnierze mieli ubaw z nowego przedstawienia i nikomu nie śniło się nawet przyjść z pomocą jakiemuś głupiemu podoficerowi. Podoficer był skrajnie wyczerpany, bo Bloch nie raz blisko zamierzał się kolbą uderzyć, skutecznie przeganiał innych podoficerów, chcących przyjść koledze z pomocą, wpędzając ich w błotne kałuże, ku serdecznej uciesze korzystających z nadzwyczajnej przerwy rekrutów.
Trwało to ponad godzinę, aż wezwana warta z koszar złapała ganiającego w sieć. Nie stawiał oporu, patrzył przez wszystkich jak przez powietrze, nie reagował na krzyki innych podoficerów, zdawał się nieobecny. Kiedy żołnierz prowadzący Blocha w kierunku koszar zbliżał się do kałuży, puszczał go, a ten brnął nieraz po pas w błocie, nie zmieniając kierunku. Wariat, ale musi być przebadany. W kompanii „symulantów”, parę budynków dalej. Następnego dnia rano spędzono wszystkich „symulantów” (ok. 75 osób) na niezwykły apel. Kiedy wszyscy żołnierze stali ustawieni czwórkami, na przeciw przyprowadzono grupę kilku żołnierzy skutych kajdankami. Na środek placu wyszedł dowódca i przemówił.
To są ci, którzy nie chcą walczyć za führera, za wieczną Rzeszę Niemiecką, ale nas oni nie oszukają, naród niemiecki wyzbędzie się takich zdrajców i dekowników! Ci tam – wskazał ręką na rządek skutych żołnierzy – już nie istnieją. Rzesza Niemiecka wielkodusznie podaruje im kulę karabinową, bo powinni zdychać tylko przez powieszenie. Ale ostrzegam was wszystkich, jeśli są między wami tacy, którzy udają wariatów, niech po apelu wystąpią, a za tę niecną postawę czeka ich karna kompania i front wschodni. Może uda się wam odkupić ciężką winę symulanctwa.
Padły komendy i pomimo krzyków skutych żołnierzy „ja udaję, ja chcę na front wschodni”, przed każdym skutym, na wprost, stanął żołnierz z karabinem. Komenda, „Anlegen! Feuern”. Dowódca plutonu egzekucyjnego z pistoletu dostrzeliwał rzucających się jeszcze symulantów. Kiedy pułkownik znowu spojrzał na stojących czwórkami żołnierzy, bez słów, jak w hipnozie wystąpiła połowa żołnierzy „symulantów”, jako „ochotnicy” do karnej kompanii. Zostali skrajni idioci i skrajnie uparci.
Być aktorem to znaczy za jakąś zasługę (pieniądze) grać kogoś innego, to jest sztuka, ale w tym przypadku stawką było życie. Badania są niedelikatne: wstać, siad i każdy trzeci raz krzesło zostaje odsunięte. Tak dwie godziny, następnie siedzieć, a z góry lana jest woda, raz zimna, raz gorąca. Bloch siedzi.
Cały czas była prowadzona rozmowa między „badaczami”: „jak się przyzna że udaje, to do karnej kompanii, może przeżyje”. Teofil trwał w postanowieniu: jeśli mają mnie zabić Ruscy, to równie dobrze mogą to zrobić „wyrwańcy z piekła”. W końcu tego badania kazano Blochowi wejść do gumowego wora, wór zawiązano i zawieszono nad ziemią tak, że bujano go jak na huśtawce, znów rozmowa „badaczy”: „to jego ostatnia szansa, jeśli teraz się nie przyzna, że udaje, to niech tam zdechnie! Teofil obudził się na pryczy, przebrany w suchy i czysty mundur polowy. Prycze były piętrowe, nad nim była jeszcze jedna prycza, pod materac tej pryczy ktoś położył gazety, by się nie prószyło, te gazety teraz Teofil urywał po kawałku i jadł.
Następnego dnia rano kazano mu jechać do domu, nie dano jednak żadnych dokumentów. Jakiś żołnierz z warty złapał Blocha za plecy i wypchnął na ulicę. Dokumenty należało okazywać przy kupnie biletu i przy wchodzeniu do pociągu. Więc był to kolejny test. Teofil nieśpiesznie poszedł w kierunku ogródków działkowych, gdzie zgarnęła go warta wojskowa powiadomiona przez właściciela grządek, bo z apetytem pałaszował marchewkę i groszek.
Znowu następnego dnia, bez słowa, jakiś żołnierz zaprowadził Blocha do jego kompani rekrutów, gdzie w kancelarii kompanijnej powiedzieli mu oschle, że jedzie do domu. Wszystko wskazywało na to, że tym razem już go do domu puszczą. A nie miał gdzie jechać. Po zajęciach, nieznacznie, podszedł Teofil do kolegi ze swej wsi, Bernarda Piszczka, podał mu rękę i powiedział, „łostouń z Bojdziym, może się już niy łobołczym”. Jednak ktoś go stale śledził. Natychmiast wezwano Bernarda do kancelarii, przesłuchano i w ostrym tonie oskarżano go o sprzyjaniu symulantom. Bernard starał się dowieść, że Bloch nie niepokojony normalnie funkcjonuje, to tylko tu w tym rozgardiaszu puszczają mu nerwy, jak jego ojcu. Na nic zdały się tłumaczenia Pischke, bo tak pisane było nazwisko Bernarda, nakrzyczano na niego podczas przesłuchania, że obaj są krętaczami i nadają się natychmiast na front wschodni albo do rozstrzelania za dywersję. Nie wypomniano im ani razu polskiego pochodzenia, jednak w domyśle dało się czuć, że właśnie o to chodzi.
Nie puszczono Teofila do domu. Orzeczenie brzmiało: jeżeli nadaje się do pracy w czasie pokoju, to musi się nadawać i w czasie wojny. Po dalszym szkoleniu, już jesienią, jak już było wiadomo, że jadą na wojnę, Teofil otrzymał przysługujący urlop. Przyjechał potajemnie do domu, gdyż miał zakaz przebywania w swoim miejscu zamieszkania. Opatrzył młody sad na zimę. Obejrzał szkody, jakie porobił treuhender Schitz przy zbiorze owoców i tak sobie umyślał, że skoro wrogowie (wyrwańcy z piekła, jak ich nazywał) wysyłają go na śmierć, to on pójdzie i postraszy, a jeśli będzie stawiał opór, to i zabije Schitza, tego łotra, który go bił, ograbił i czynił to samo wobec innych Polaków. Może ci „wyrwańcy z piekła” jakiś respekt przed rodakami będą mieli.
Tego wieczora, nim miał odjeżdżać pociągiem do punktu zbornego, wdarł się do domu Schitza z bagnetem osadzonym na karabinie i kiedy tylko zobaczył swojego wroga, krzyknął: patrz, ja dzisiaj też jestem Niemcem, teraz cię zabiję i ruszył w jego stronę. Był jednak w płaszczu i z plecakiem, poganiał chwilę po pokojach, demolując niechcący różne sprzęty i przeganiając gospodarza, jego żonę i teściową, które rzucały mu krzesła pod nogi, ale przerażony Schitz gdzieś wsiąkł. Zamach poszedł według planu, Teofil spokojnie poszedł na stację kolejową. Schitz wysłał skargę do Wermachtu…
Teofila wysłano na Bałkany, gdzie partyzanci Tito ranili go, eskortującego wozy z zaopatrzeniem dla armii niemieckiej. Kiedy jeden z partyzantów obszukiwał kieszenie nieprzytomnego „Fritza”, Teofil ocknął się i poprosił po polsku, by wzięli go do partyzantki. Partyzant nieco zdumiony rozumiał słowiańską mowę, zaprzestał obszukiwania, włożył z powrotem do kieszeni znalezione drobiazgi i zawołał coś do dowódcy. Ten podszedł, popatrzył na strzaskaną nogę i rękę, pokiwał głową, że nie, i powiedział: lasaret, wielka rana. Polecił jeszcze swoim, by zatamowali krwotok na nodze i partyzanci uszli ze zdobytym na Niemcach zaopatrzeniem. Teofila znalazł inny patrol przybyły na pomoc, przeżył sam jeden z całej drużyny.
Do szpitala dotarł meldunek Schitza. Lekarz przyszedł przesłuchać Teofila.
Co wy najlepszego narobiliście?
Chciałem zabić nazistę!
Chcieliście pewnie nastraszyć sąsiada
– stwierdził.
Nie, ja go chciałem zabić, bo to jest łotr, który bardzo krzywdzi innych.
Lekarz z zainteresowaniem, ale i pewnym zakłopotaniem słuchał opowiadania i że jest Teofilowi całkiem obojętne, gdzie umrze, tylko nie za tych „wyrwańców z piekła”. Po sposobie prowadzenia rozmowy widać było, że lekarz nie był nazistą. Medyk, który zapoznał się już z papierami o przebiegu służby wojskowej, strzepnął nimi o łóżko, uśmiechnął się kwaśno i odszedł. A potem zatuszował tę sprawę.
Ranie na ręce pozwolił się Teofil wygoić, ale ranę na nodze, swoim tylko sposobem, pielęgnował do końca wojny. W czasie szpitalnego leczenia, gdziekolwiek spotkał Teofil zaufanego znajomka, uczył go, jak skutecznie przedłużać „ranność”, by nie ginąć niepotrzebnie za „wyrwańców z piekła”.
Atak na Schitza dał bardzo pozytywny efekt, bo wójt Lugetal (Wiśniewki), Doberschtein, zasugerował władzom, że Schitz jako powiernik nie do końca dobrze działa na rzecz gospodarki niemieckiej. Na wniosek wójta odebrano Schitzowi wszystkie pięć powierzonych mu gospodarstw. Następnym powiernikiem był Arnold Kruzel, porządny człowiek.
Jeszcze raz wykorzystana została wiedza Teofila o promieniach Roentgena w 1955 roku, kiedy w planie budowy Polski Ludowej było wyniszczenie kułaków za notoryczne nie wywiązywanie się z obowiązujących horrendalnych dostaw zbóż. Teofila Blocha aresztować przyjechał milicjant, oznajmił mu, że ma się z nim stawić na posterunek do Wiśniewki. – Tak, tak, ale najpierw pozaganiam ptactwo do kurnika – odparł zagadnięty i… przepadł. Milicjant, pomimo nawoływań, przeszukiwań i gróźb, ze względu na zapadające ciemności odjechał sam. Następnego dnia wczesnym rankiem przyjechał milicyjny gazik z czterema funkcjonariuszami. Na pytanie, gdzie brat, Telesfor odpowiedział: w szpitalu. Tam ubowcy dowiedzieli się, że przypadek ten wymaga hospitalizacji. Teofil tak długo leczył wrzód żołądka, aż przestała się nim interesować milicja.
Opowieści tych słuchałem od nich samych, jak i od wspomnianego tu Bernarda Piszczka, który był naszym wspólnym sąsiadem.
Eugeniusz Drobkiewicz
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Dobrze, że nie dajesz zapomnieć o historii, historii zwykłych ludzi. Pisane wprawdzie prostym językiem, czasami gwarą bliską mojemu sercu. Tak, walczono o polskość szkoda, że dzisiaj jest niszczona nasza kochana Ojczyzna. Serce się kroi. Szacunek dla tych, którzy dla Ojczyzny oddali własne życie, zdrowie i często godność. Wspominaj dalej.
Co wam niepasi fajny tekst tak trzymać Panie Gieniu a tak nawiasem to trzeba czytać ze zrozumieniem i z przymróżeniem oka a to dla niektórych chyba jest za trudne stąd uszczypliwości.Panie GIENIU SZACUN .
Jest to tekst domorosłego historyka pisany ręką grafomana!
pierdu...pierdu....dajcie spokój
A na koncu sie obudziłem:-)
Dobrze, że nie dajesz zapomnieć o historii, historii zwykłych ludzi. Pisane wprawdzie prostym językiem, czasami gwarą bliską mojemu sercu. Tak, walczono o polskość szkoda, że dzisiaj jest niszczona nasza kochana Ojczyzna. Serce się kroi. Szacunek dla tych, którzy dla Ojczyzny oddali własne życie, zdrowie i często godność. Wspominaj dalej.
Co wam niepasi fajny tekst tak trzymać Panie Gieniu a tak nawiasem to trzeba czytać ze zrozumieniem i z przymróżeniem oka a to dla niektórych chyba jest za trudne stąd uszczypliwości.Panie GIENIU SZACUN .
Jest to tekst domorosłego historyka pisany ręką grafomana!