Kiedyś podróżowało się konno, tak przecież podbijano Dziki Zachód. Trzech śmiałków chciało poczuć namiastkę takich wypraw
Paweł Skrentny z Osowca wraz z dwójką znajomych z Piły, braćmi Adamem i Grzegorzem Marczak, wybrali się pod koniec maja w wyjątkową podróż. Pomysł zrodził się przed rokiem, kiedy uczestniczyli w konnym rajdzie zorganizowanym w Koronowie pod Bydgoszczą. W tym roku jeźdźcy sami wybrali trasę, sami przygotowali się do rajdu i 25 maja wyruszyli w sześciodniową wyprawę. Zabrali ze sobą czwartego, jucznego konia, który transportował największą część bagażu: jedzenie, owies, śpiwory i namiot. Już na drugi dzień pojawił się problem. Koń juczny nie mógł kontynuować jazdy. Dylemat: powrót do domu czy pozostawienie zwierzęcia pod opieką, zabranie tylko najpotrzebniejszych rzeczy i kontynuacja podróży. Chłopacy nie zrezygnowali, wybrali drugą opcję. Cel wyprawy – Bory Tucholskie. [[reklama]] 220 km w siodle
Szybko okazało się, że namiot wcale nie był potrzebny. Jeźdźcy mogli liczyć na niezwykłą gościnność mieszkańców miejscowości, którymi przejeżdżali. Nawet za owies dla koni nie musieli płacić. W poszukiwaniu kolejnych noclegów, w Brusach, przypadkiem trafili do burmistrza i on osobiście ich ugościł. – Wszędzie mogliśmy liczyć na wielką życzliwość i gościnność gospodarzy – podkreśla z wdzięcznością Paweł Skrentny. Podróżowali cyklami. Trochę wolnej jazdy, trochę kłusem, trochę galopem, średnio 8-10 km na godzinę. Konie były specjalnie podkute, dziennie pokonywali dystans 40-50, a najwięcej jednego dnia 55 kilometrów. Łącznie podczas sześciodniowej wyprawy pokonali 220 km. Zaczęli w Nowym Buczku, dalej przez Kamień Krajeński, Pawłowo, Rytel, Brusy, Lipusz, okolice Bytowa, aż do Przechlewa. Stamtąd samochodami i koniowozami wrócili do domu, choć była opcja, że wrócą również na koniach. Odpuścili, zabrakło czasu. Wszak przejazd, choć turystyczny, był jednak formą rajdu, próbą zmierzenia się właśnie z czasem.
Kiedyś na południe
Trasa wiodła przede wszystkim drogami gruntowymi, oczywiście w przeważającej ilości lasami. – Wszyscy dobrze znieśliśmy trudy podróży. I my, i konie. Owszem, pojawił się mały kryzys na drugi i trzeci dzień, ale minął i spokojnie kontynuowaliśmy wyprawę – relacjonuje Paweł. Już planują kolejną, przyszłoroczną podróż. Szczegółów na razie nie zdradzają. Na pewno będzie nieco dłuższa, może też odbędzie się w nieco większym składzie. – Ten pierwszy rajd był takim sprawdzającym. Dla pewnych jeźdźców i pewnych koni – mówi Paweł, dodając, że jeźdźcom marzy się wyprawa na południe, jakieś 600-700 km. Taka podróż wymaga jednak sporych przygotowań, ale przede wszystkim dużego doświadczenia – dlatego to wizja dopiero kolejnych lat.
Póki co Paweł i koledzy dziękują za pomoc w przygotowaniu pionierskiego rajdu w Bory Tucholskie: lekarzowi weterynarii Przemysławowi Mazurkowi, a także Aleksandrze Polasik i Stanisławowi Glugla za wynajem konia.
Piotr Steffen
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze