Reklama

Jaki ojciec, taki syn

26/11/2012 00:00
Jest cholerykiem, ale nad wodą zamienia się w oazę spokoju, wyłącza emocje. Raz jednak zdarzyło się, że jego wędka poszła w drzazgi: - Zerwało się coś dużego, i nie wiem co to było - wspomina Łukasz Jałoszyński

-To trzeba kochać – nasz rozmówca oczywiście ma na myśli wędkarstwo. Żadne specjalistyczne podręczniki, wyczytane w wędkarskiej prasie i wykute na blachę informacje nie zastąpią intuicji i wyczucia – do tego potrzebne jest to „coś”. To „coś” czyli co? -Pasja – Łukasz nie zastanawia się długo.

[[reklama]]
Krew z krwi


Nad wodą stoi siedmio-, może ośmioletni Łukasz. Ojciec zarzuca wędkę, chłopiec z uwagą wpatruje się w lśniącą taflę. Wskazówki leniwie przesuwają się po tarczy zegara, cisza. Żyłka zaczyna wodzić, czujność wskakuje na najwyższe obroty. Kilka wprawnych ruchów i na brzegu ląduje szczupak. -Złapałem bakcyla – nasz rozmówca wydarzenie sprzed lat pamięta bardzo dokładnie. -2 lata później dostałem od taty kartę wędkarską.

Wujek Dobra Rada

Ponad dwie dekady później, poza umiejętnościami i wiedzą oczywiście, niewiele się zmienia, pasja nie gaśnie. Wręcz przeciwnie – rozbudowuje się. Fora internetowe, rozmowy z wybitnymi znawcami tematu, szukanie sposobu na sandacza. Sukces, i to o bardzo konkretnej wadze: 4 kilogramy. -Do tej pory nigdy nie udało mi się złowić tej ryby – opowiada Ł. Jałoszyński, dodając, że w tym roku miał wyjątkowe szczęście – do domu przyniósł sporo dorodnych sztuk. Szczęście? Owszem, bo jak wyjaśnia nasz rozmówca, dobre wędkarstwo to nie tylko umiejętności i doświadczenie, ale i fart – jeśli ryba nie zainteresuje się przynętą, nie pomoże nawet wiedza tajemna. Kilka sztuczek warto jednak znać. -Jak sandacz weźmie, to już go mam – chwali się Łukasz. Skąd ta pewność? -Długo nie mogłem go złapać, dlatego zacząłem szukać metody – opowiada, dodając, że na którymś z forów internetowych znalazł kontakt do wędkarza ze Śląska, który zdradził mu sposób na przynętę. Jaką? -Sznurowanie – Ł. Jałoszyński mówi krótko. Tak po prostu zdradza tajemnicę? Tak po prostu. -Dzielę się tym co wiem, mogę każdemu pokazać jak sznurować rybę – mówi. Dzwoni telefon. „Tak, tak”, „sandacza” - zrób tak i tak – pełen instruktaż przez komórkę. Prawda. W czasie naszej rozmowy Łukasz rady udziela jeszcze raz.
[[nowa_strona]]
Wracamy do rozmowy. Na podłodze leży cały wędkarski sprzęt, Ł. Jałoszyński pokazuje w czym rzecz. Wyjmuje długą igłę: -to jest ryba – mówi, pokazując papierową ulotkę. Wbijasz o tu – wskazuje – i przeciągasz pod łuskami. Haczyk zaczepiasz z przodu, więc sandacz od razu go połyka, nie tak jak w przypadku normalnej przynęty – na końcu. Nie zerwie się – Łukasz daje na na to gwarancję.

Zaczęło się od leszcza


Nie tylko sandacze znalazły się na koncie sukcesów młodego wędkarza. Szczupak 5,5 kg, amur 4,5 kg, węgorz 98 cm – wylicza Ł. Jałoszyński. Zaczęło się jednak od leszcza – to pierwsza ryba, której wyciągnięcie sprawiło naszemu rozmówcy niemały kłopot. -Pierwszy raz tak się zmęczyłem – wspomina. -Jak już go miałem, zwinąłem wędkę, rybę w wiaderko i pobiegłem pochwalić się tacie. Robili wtedy na jastrowskiej kanalizację, tata pracował na maszynie – pamiętam jak dziś – uśmiecha się. Łukasz nieprzerwanie wędkuje już od ponad 20 lat. -Chłopaki szli na dyskotekę, a ja siedziałem na nocce na rybach – opowiada, dodając, że rodzice nawet cieszyli się z takiego obrotu sprawy. Żona akceptuje tę pasję, jednak zadowolona jest nieco mniej. Łukasz zdaje się to rozumieć. -W sezonie siedzę na rybach prawie codziennie, wracam późno – bywa, że nad wodą zastaje go późna noc. -Zdarzało się, że częściej byłem na rybach niż w domu – przyznaje.
[[reklama]]
Laikowi trudno zrozumieć co interesującego może być w wielogodzinnym tkwieniu w absolutnej ciszy i wpatrywaniu się w spławik – dlatego pytam. Mój rozmówca uśmiecha się. -Samo operowanie kijem sprawia frajdę – tłumaczy. -Albo ryba puści, albo ją wyciągnę. Rywalizacja – to jest to. Cicho podobno wcale nie musi być. -Niektóre ryby lubią hałas – tłumaczy Ł. Jałoszyński, wyjaśniając, że czasami energiczne uderzenie przynętą o wodę skłania je do żerowania.

Marzenie do spełnienia


Stereotyp wędkarza znamy wszyscy. Człowiek-dusza, uosobienie spokoju, którego nic nie jest w stanie wzburzyć. Krótko mówiąc: nudziarz. Na pewno? Łukasz burzy ten obraz – jest cholerykiem. W dodatku bardzo komunikatywnym, żeby nie powiedzieć – rozgadanym. Człowiek z intuicją. -Wchodzę na swoje miejsce i od razu wiem czy coś będzie czy nie, i to się sprawdza. Czasami warunki są super, pogoda wymarzona a ja wiem, że nic nie złowię i tak jest – opowiada, dodając, że czasami też w książkowo fatalnych warunkach można wyciągnąć niezłe sztuki. -Niektórzy zwijają się chwilę po 21.00, bo mówi się, że jak sandacz nie wziął do tej pory to już nie weźmie. Ja siedzę i kwadrans później wyciągam „czwórkę”. Ok, sandacz jest, a czego jeszcze w wędkarskiej siatce Łukasza brakuje? -Moje marzenie to złapać suma. Wiem, że tu jest.

Patrycja Koplin
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości