Jest cholerykiem, ale nad wodą zamienia się w oazę spokoju, wyłącza emocje. Raz jednak zdarzyło się, że jego wędka poszła w drzazgi: - Zerwało się coś dużego, i nie wiem co to było - wspomina Łukasz Jałoszyński
-To trzeba kochać – nasz rozmówca oczywiście ma na myśli wędkarstwo. Żadne specjalistyczne podręczniki, wyczytane w wędkarskiej prasie i wykute na blachę informacje nie zastąpią intuicji i wyczucia – do tego potrzebne jest to „coś”. To „coś” czyli co? -Pasja – Łukasz nie zastanawia się długo.
[[reklama]] Krew z krwi
Nad wodą stoi siedmio-, może ośmioletni Łukasz. Ojciec zarzuca wędkę, chłopiec z uwagą wpatruje się w lśniącą taflę. Wskazówki leniwie przesuwają się po tarczy zegara, cisza. Żyłka zaczyna wodzić, czujność wskakuje na najwyższe obroty. Kilka wprawnych ruchów i na brzegu ląduje szczupak. -Złapałem bakcyla – nasz rozmówca wydarzenie sprzed lat pamięta bardzo dokładnie. -2 lata później dostałem od taty kartę wędkarską.
Wujek Dobra Rada
Ponad dwie dekady później, poza umiejętnościami i wiedzą oczywiście, niewiele się zmienia, pasja nie gaśnie. Wręcz przeciwnie – rozbudowuje się. Fora internetowe, rozmowy z wybitnymi znawcami tematu, szukanie sposobu na sandacza. Sukces, i to o bardzo konkretnej wadze: 4 kilogramy. -Do tej pory nigdy nie udało mi się złowić tej ryby – opowiada Ł. Jałoszyński, dodając, że w tym roku miał wyjątkowe szczęście – do domu przyniósł sporo dorodnych sztuk. Szczęście? Owszem, bo jak wyjaśnia nasz rozmówca, dobre wędkarstwo to nie tylko umiejętności i doświadczenie, ale i fart – jeśli ryba nie zainteresuje się przynętą, nie pomoże nawet wiedza tajemna. Kilka sztuczek warto jednak znać. -Jak sandacz weźmie, to już go mam – chwali się Łukasz. Skąd ta pewność? -Długo nie mogłem go złapać, dlatego zacząłem szukać metody – opowiada, dodając, że na którymś z forów internetowych znalazł kontakt do wędkarza ze Śląska, który zdradził mu sposób na przynętę. Jaką? -Sznurowanie – Ł. Jałoszyński mówi krótko. Tak po prostu zdradza tajemnicę? Tak po prostu. -Dzielę się tym co wiem, mogę każdemu pokazać jak sznurować rybę – mówi. Dzwoni telefon. „Tak, tak”, „sandacza” - zrób tak i tak – pełen instruktaż przez komórkę. Prawda. W czasie naszej rozmowy Łukasz rady udziela jeszcze raz. [[nowa_strona]]
Wracamy do rozmowy. Na podłodze leży cały wędkarski sprzęt, Ł. Jałoszyński pokazuje w czym rzecz. Wyjmuje długą igłę: -to jest ryba – mówi, pokazując papierową ulotkę. Wbijasz o tu – wskazuje – i przeciągasz pod łuskami. Haczyk zaczepiasz z przodu, więc sandacz od razu go połyka, nie tak jak w przypadku normalnej przynęty – na końcu. Nie zerwie się – Łukasz daje na na to gwarancję.
Zaczęło się od leszcza
Nie tylko sandacze znalazły się na koncie sukcesów młodego wędkarza. Szczupak 5,5 kg, amur 4,5 kg, węgorz 98 cm – wylicza Ł. Jałoszyński. Zaczęło się jednak od leszcza – to pierwsza ryba, której wyciągnięcie sprawiło naszemu rozmówcy niemały kłopot. -Pierwszy raz tak się zmęczyłem – wspomina. -Jak już go miałem, zwinąłem wędkę, rybę w wiaderko i pobiegłem pochwalić się tacie. Robili wtedy na jastrowskiej kanalizację, tata pracował na maszynie – pamiętam jak dziś – uśmiecha się. Łukasz nieprzerwanie wędkuje już od ponad 20 lat. -Chłopaki szli na dyskotekę, a ja siedziałem na nocce na rybach – opowiada, dodając, że rodzice nawet cieszyli się z takiego obrotu sprawy. Żona akceptuje tę pasję, jednak zadowolona jest nieco mniej. Łukasz zdaje się to rozumieć. -W sezonie siedzę na rybach prawie codziennie, wracam późno – bywa, że nad wodą zastaje go późna noc. -Zdarzało się, że częściej byłem na rybach niż w domu – przyznaje. [[reklama]]
Laikowi trudno zrozumieć co interesującego może być w wielogodzinnym tkwieniu w absolutnej ciszy i wpatrywaniu się w spławik – dlatego pytam. Mój rozmówca uśmiecha się. -Samo operowanie kijem sprawia frajdę – tłumaczy. -Albo ryba puści, albo ją wyciągnę. Rywalizacja – to jest to. Cicho podobno wcale nie musi być. -Niektóre ryby lubią hałas – tłumaczy Ł. Jałoszyński, wyjaśniając, że czasami energiczne uderzenie przynętą o wodę skłania je do żerowania.
Marzenie do spełnienia
Stereotyp wędkarza znamy wszyscy. Człowiek-dusza, uosobienie spokoju, którego nic nie jest w stanie wzburzyć. Krótko mówiąc: nudziarz. Na pewno? Łukasz burzy ten obraz – jest cholerykiem. W dodatku bardzo komunikatywnym, żeby nie powiedzieć – rozgadanym. Człowiek z intuicją. -Wchodzę na swoje miejsce i od razu wiem czy coś będzie czy nie, i to się sprawdza. Czasami warunki są super, pogoda wymarzona a ja wiem, że nic nie złowię i tak jest – opowiada, dodając, że czasami też w książkowo fatalnych warunkach można wyciągnąć niezłe sztuki. -Niektórzy zwijają się chwilę po 21.00, bo mówi się, że jak sandacz nie wziął do tej pory to już nie weźmie. Ja siedzę i kwadrans później wyciągam „czwórkę”. Ok, sandacz jest, a czego jeszcze w wędkarskiej siatce Łukasza brakuje? -Moje marzenie to złapać suma. Wiem, że tu jest.
Patrycja Koplin
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze