Reklama

Jaki pan, taki koń

02/11/2012 09:58
Konie z charakterem lubi z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że nie boi się wyzwań, po drugie, bo jak przyznaje sama ma charakterek i osiąga każdy wyznaczony przez siebie cel. Ta zaciętość przydaje się w życiu. Izabela Kokowska szykuje się na podbój jeździeckich aren

Urodzona w siodle
Lata `80, na koniu pewnie siedzi uśmiechnięta, półtoraroczna dziewczynka. Nie jedzie sama, tuż za nią jest tata, który czuwa nad tym, by koń nie poniósł. Póki co to jeszcze on trzyma wodze, nie ma jednak wątpliwości, że niedługo przekaże je córce. Nie może być inaczej, bo Iza miłość do tych zwierząt ma we krwi. Rytm chodu konia poznała jeszcze zanim się urodziła – jej mama, będąc w ciąży, nie odmawiała sobie przejażdżek, nic więc dziwnego, że Iza jako dziecko domagała się, żeby ją sadzać na grzbiet. Mało tego, jak wspomina jej tata, wolna jazda nie była dziewczynce w smak – dopiero w galopie Iza się uśmiechała.

[[reklama]]

To „coś”

Czy każdy może być dobrym jeźdźcem? Każdy. Drogi dochodzenia do perfekcjonizmu są jednak dwie: żmudna praca i to „coś”, co sprawia, że człowiek naturalnie „dogaduje się” z koniem, czyli talent. – To, ile czasu potrzeba, żeby poczuć się w siodle pewnie, zależy od człowieka. Jeden szybko złapie równowagę, drugi jeździ, jeździ i nic – opowiada nasza rozmówczyni. Jej trudno nie było, choć nie ukrywa, że za osiągnięciami stoi nie tylko pasja, ale i ciężka praca. - Żeby być dobrym jeźdźcem trzeba tysiąc razy spaść z konia. Ja liczyłam do setki, potem sobie odpuściłam – śmieje się Iza. Czy upadki jej nie zniechęcały? Nie, choć ma na koncie jeden całkiem poważny. – Spadłam z konia na zawodach, trochę mnie podeptał, siedziałam na ziemi i miałam czarno przed oczami, więc wyglądało to strasznie - wspomina nasza rozmówczyni, która doznała wówczas wstrząśnienia mózgu. Być może właśnie dlatego gdzieś tam, głęboko ukryty, czai się niewidoczny na co dzień strach. Jak gwałtownie może się skończyć kariera jeźdźca Iza mogła się przekonać na własne oczy. Jej trenerski autorytet, były szkoleniowiec amerykańskiej kadry narodowej, olimpijczyk Jacek Wierzchowiecki, u którego nasza bohaterka zdobywała uprawnienia trenera II klasy, jeździ na wózku. Niepełnosprawność jest właśnie wynikiem upadku z konia - jak się okazuje jednak, nawet tak bolesne doświadczenie nie było w stanie zabić jego miłości do tych zwierząt – pan Jacek jest trenerem I klasy, szkoli młodych adeptów jeździectwa i wiele od nich wymaga. – Na początku pan Wierzchowiecki myślał, że zgłasza się do niego ot tak, zwykła dziewczyna, która nie ma większego pojęcia o jeździectwie – wspomina Iza, tłumacząc, że bardzo się później zdziwił – trafił bowiem na dobrze przeygotowaną, cierpliwe dążącą do realizacji marzeń Izabelę. – W życiu miałam dwa cele: skończyć AWF i właśnie zdobyć uprawnienia u jednego z najlepszych trenerów w Europie, pana Jacka Wierzchowieckiego – udało się i nawet mamy w planach napisać wspólnie książkę. To wspaniały trener i zawsze kiedy jestem w Poznaniu odwiedzam go. Dzięki niemu mogę dzisiaj trenować młodych adeptów i rozwijać swoje umiejętności i firmę Kokowska Equestrian.

Wytrwałość przede wszystkim

Pierwszy sukces Izy przyszedł, kiedy ta była jeszcze w podstawówce. Na spartakiadzie LZS zdobyła wówczas srebrny medal indywidualnie i złoty zespołowo. Zwycięstwa, o których mowa, były ostatnimi, w których startowała „z doskoku”. Zaczęła solidnie trenować, zajęła wysoką, dziewiątą lokatę w Halowych Akademickich Mistrzostwach Polski, doczekała się swoich koni – Oazy, która w tej chwili jest już na emeryturze i Larego, na którym po raz drugi w życiu startowała z powodzeniem w tegorocznych Mistrzostwach Pojezierza Krajeńskiego w skokach przez przeszkody. Czy sukcesów będzie więcej? – Nikt nie jest w stanie tego określić – twierdzi nasza rozmówczyni, tłumacząc, że w jeździectwie ciężko jest czynić jakiekolwiek kalkulacje. – Stawiamy sobie jakieś cele i staramy się je realizować, ale konie potrafią zaskoczyć – mówi – zdarzają się kontuzje, czasami, żeby się dogadać z koniem potrzeba miesiąca czy dwóch, a czasami dwóch i więcej lat. Są tacy, którzy traktują je jak maszynki do wygrywania, ale na dłuższą metę nie da się tak pracować. To metoda na krótko. Jeździec musi „czuć” konia, zauważyć, że ten ma np. zły dzień, więc lepiej go nie przeciążać. Po kilkunastu latach spędzonych w stajni, pracy z bardziej doświadczonymi jeźdźcami takimi jak Piotr Morsztyn czy Jacek Zagor i trenerami, nie ma z tym problemu. - Konie to sporo wyrzeczeń. Nie ma większej tajemnicy niż magiczna więź łącząca jeźdźca z koniem. Stworzenie porozumienia i zyskanie zaufania konia to coś szczególnego, dzięki temu można odnieść sukces. Każdy koń jest inny, ma inny charakter, inaczej trzeba z nim pracować. Nigdy nie znajdą się dwa takie same konie. Dlatego jest to tak interesująca praca. Tu nigdy nic nie zależy tylko od zawodnika. To jest mój świat, to jest moje życie... Tej pasji nic nigdy nie złamie, bo konie to życie, to pragnienia, to przyjaźń, to siła marzeń i wola walki... To miłość na dwa serca i sześć nóg - mówi Iza.

Patrycja Koplin
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama