Reklama

Jan Saczuk: górnik, który dźwigał ciężary

15/03/2016 13:10
W Bostonie, gdzie żył, u wybrzeża Zatoki Massachusetts śniły mu się jastrowskie jeziora. Tęsknił za krajem, od Europy dzielił go jednak ocean. Chwilowo. - Wiedziałem, że kiedyś tu wrócę – przekonuje Jan Saczuk. Miał rację – w rodzinnych stronach odnalazł spokój i przyjaciela sprzed lat

Niewiele brakowało, by życie pana Janka skończyło się przedwcześnie.

Kiedy miałem pięć lat rozlała mi się ślepa kiszka. Doktor Hildebrant ze Złotowa cudem mnie z tego wyciągnął

– wspomina jastrowianin. Zresztą przez całe wczesne dzieciństwo nasz rozmówca był delikatny i chorowity, dlatego nikomu by nawet do głowy nie przyszło, że kiedyś będzie dźwigać ciężary. A wybór zawodu górnika? Dobre sobie! Ależ się wszyscy zdziwili...

Szybki start w dorosłość

Karierę sportowca Jan Saczuk rozpoczął od sekcji piłki nożnej – jako junior kopał futbolówkę w Polonii Jastrowie. Także w tym klubie zaczęła się jego przygoda z podnoszeniem ciężarów, długo jednak nie trwała, bo życie prędko przestało go rozpieszczać. Na młodość naszego rozmówcy cieniem położyła się najpierw przedwczesna śmierć ojca, potem kłopoty ze szkołą.

Reklama

Uczyłem się za mechanika samochodowego. Kiedy byłem na praktykach właściciel warsztatu, w którym się uczyłem, miał wypadek. Zwinął interes, a ja zostałem bez niczego

To jedyna pamiątka Jana Saczuka z czasów pracy w górnictwie. Barbórka, akademia w przedszkolu. Rok 1974

– wspomina mężczyzna. Za to z odwagą.

Niedługo potem wpadła mi w ręce gazeta, w której zobaczyłem ogłoszenie o naborze do szkoły górniczej. Górnictwo i rybołówstwo oznaczały dawniej dobrą przyszłość...

– pan Jan wraca pamięcią do końcówki lat `60. Skuszony jej wizją zostawił Jastrowie i jako szesnastolatek, zupełnie sam, wyjechał na Śląsk, do Czerwionki–Leszczyny (powiat rybnicki) – do szkoły górniczej. Niedługo później jego mama też porzuciła rodzinne miasto – za lepszym życiem wyjechała do Stanów.

Reklama

Co trening – dziesięć ton

Dotychczasowe życie pan Jan zostawił za plecami, w jego sercu wciąż tkwiło jednak ziarnko pasji, które zasiane zostało w Jastrowiu – ciężary. Na Śląsku ponownie zaczęło kiełkować. Nasz rozmówca zaczął intensywnie trenować – w pierwszoligowej sekcji podnoszenia ciężarów Rybnickiego Okręgu Węglowego. W międzyczasie[[pay]], kończąc śląską Zasadniczą Szkołę Zawodową, zdobył zawód mechanika maszyn i urządzeń górniczych. Potem zaczął pracę w Kopalni Węgla Kamiennego „Pniówek” w Pawłowicach Śląskich. Z pasji nie zrezygnował.

Na nockę szedłem do kopalni, do południa odsypiałem, a po południu biegłem na trening. Potem kolacja i znów do roboty

Reklama

– pan Jan wspomina ciężkie, aczkolwiek szczęśliwe dla niego czasy. Szczęśliwe, bo owocujące w wyniki. W wadze piórkowej (pięćdziesiąt osiem kilogramów) w trójboju (wyciskanie, rwanie i podrzut) uzyskał wynik dwieście dziewięćdziesiąt pięć kilogramów. Przez kolejne osiem lat reprezentował klub, zdobywając kolejne medale. Systematycznie też wyciskał z siebie siódme poty.

1975 rok - wtedy jeszcze zdjecia były kolorowane. Tu pan Jan w czasach, gdy podnosił ciężary - w wadze piórkowej

Dziesięć ton na trening to był standard

Reklama

– wspomina jastrowianin. Ani sił, ani zapału mu nie brakowało. Stąd życiowe rekordy. Sto trzydzieści pięć kilogramów w podrzucie przy wadze pięćdziesiąt osiem kilogramów to jeden z nich.

Niemal dwa i pół raza więcej niż sam ważyłem

– z uśmiechem podkreśla pan Janek.

Oj, ciężko w życiu pracowałem: i w kopalni, i w klubie na wynik

– wspomina

nic nie przyszło mi w życiu łatwo, tak jak tym, którzy dzięki pomocy partii pokończyli studia wieczorowe i wiedli spokojne życie.

Kierunek: kuchnia

Po dziesięciu latach kres pracy w górnictwie i treningom (pan Jan zakończył karierę w drugoligowym Górniczym Klubie Polonia Łaziska Średnie) położył wypadek w kopalni.

Reklama

Oberwała się ściana i częściowo mnie przysypało. Jak odsunęli maszynę to tylko patrzyłem, czy mam jeszcze nogi

– nasz rozmówca wraca pamięcią do wydarzeń z przeszłości. Wspomnienia z kolejnych sześciu miesięcy to jastrzębski szpital górniczy i nadzieja na to, że jakoś to będzie. Było. Pan Jan prędko odzyskał sprawność – również w sensie finansowym. Prędko się przebranżowił – założył sklepy z warzywami, otworzył też restaurację. Niedługo potem dostał propozycję pracy na Węgrzech jako kucharz i... nie zastanawiał się ani chwili.

Reklama

Jan Saczuk w czasach, gdy trenował podnoszenie ciężarów pracował w kopalni. Do dziś na Barbórkę wywiesza przed domem górniczą flagę

Tam pół pensji płacili w dolarach, pół w bonach, a w Polsce, w tych warzywach, trzeba się było naprawdę naharować

– wspomina. Po półtora roku, kiedy kontrakt się skończył, mężczyzna wrócił do kraju. Na chwilę. Wkrótce uciekł najpierw do Niemiec, potem do Ameryki, do matki, z jedną walizką w ręku. Ryzyka się nie obawiał.

Dzięki sportowi miałem mocny charakter. Nie bałem się ciężkiej pracy i miałem w sobie odwagę

Reklama

– wspomina. Chociażby na życie w Stanach. I na powrót do Polski – po trzydziestu pięciu latach na obczyźnie. Tu czekała go niespodzianka.

Bolek!

W Rybniku Jana Saczuka trenował mistrz Polski w wadze lekkiej Bolesław Palichleb. Trener z olbrzymim doświadczeniem, który z Bialskiego Klubu Sportowego Bielsko–Biała został zwerbowany do KS ROW Rybnik, by od podstaw budować sekcję ciężarowców. To samo zadanie czekało na niego w kolejnym klubie – KS Górnik Czerwionka.

W świecie ciężarowców Bolesław Palichleb jest doskonale znany – wychował m.in. Andrzeja Cofalika, dwukrotnego olimpijczyka i czterokrotnego mistrza Polski. Któż by przypuszczał, że po tylu latach mistrz i uczeń spotkają się... na targowisku w Złotowie!

Reklama

Widziałem go wcześniej ze dwa czy trzy razy, ale nie byłem pewien, czy to on. Kiedyś, kiedy mnie minął, krzyknąłem: Bolek! Odwrócił się i wiedziałem już, że to mój trener

– śmieje się pan Janek. Bolesław Palichleb nie od razu go poznał. Naszemu rozmówcy przybyło lat, nic nie zostało też z wagi piórkowej. Nie zmienił się za to wzajemny, pełen szacunku stosunek obu panów.

Żyjemy jak syn z ojcem. Codziennie do siebie dzwonimy

– dawna znajomość zaowocowała przyjaźnią. Doprawioną respektem, który, jak uważa pan Jan, raz wpojony zawodnikowi przez trenera nigdy nie powinien zniknąć.

Reklama

A to dlatego, że trener nie tylko uczy, ale i wychowuje, kształtuje swoich podopiecznych na całe życie. Wskazuje im ścieżkę prowadzącą na szczyt i ze zdobycia tego szczytu się cieszy

– uzasadnia pan Janek.

Trener po dziś dzień jest dla mnie autorytetem

– kończy.[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    gatkah - niezalogowany 2016-03-15 15:13:31

    Przynajmniej poznał Pan trochę życia w różnych miejscach i ma Pan teraz o czym opowiadac.Jeszcze jest Pan młody i może słuzyć doświadczeniem i pomagac w Złotowie,Jastrowiu innym a oni będą Panu wdzięczni.Powodzenia.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama